Dziecię Europy/Zwierciadło mówi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakob Wassermann
Tytuł Dziecię Europy
Podtytuł czyli Kacper Hauser
Rozdział Zwierciadło mówi
Data wydania 1927
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Vernaya Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Leo Belmont
Tytuł orygin. Caspar Hauser
Podtytuł oryginalny oder Die Trägheit des Herzens
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron
Zwierciadło mówi.

Domek Daumera znajdował się na wysepce. Była to staroświecka budowla o krzywych i półciemnych komnatach. Lecz Hauserowi dostał się milutki pokój z oknem na rzekę.
Przenosiny odbiły się mocnym wstrząsem na organizmie chłopca. Trzeba było zaraz położyć go do łóżka. Niespodzianka niejako odjęła mu mowę. W gorączce rzucał się na nieznanem mu posłaniu. Deszcz, bijący o szyby, przyprawiał go o drżenie. Niepokoiły go kroki przechodniów pod oknami. Odgłos młotów, dochodzący z poblizkiej kuźni, wywoływał w nim trwogę. Starał się być czujnym i to wyczerpywało go jeszcze bardziej.
Daumer przez trzy dni nie odchodził od łoża chorego. Poświęceniem swojem budził podziw. „On musi żyć!“ — mówił. I Kacper ożył. Trzeciego dnia pojawił się na jego ustach uśmiech. Opiekun triumfował.
— Wyglądasz, jakgdybyś sam wyzwolił się z turmy! — zauważyła siostra.
— Bo tak jest! I otrzymałem ku radości swojej w darze świat cały. Spójrz na niego: toć-że to wiosna ludzkości!
Nazajutrz Daumer zaprowadził malca do ogrodu. Aby go nie raziło jaskrawe swiatło dnia, włożył mu na głowę kapturek z żółtego papieru. Potem obierano dla przechadzek późne popołudniowe godziny.
Były to niby podróże, Każdy drobiazg urastał dla Kacpra na całe zdarzenie. Jakiż to trud był — nauczyć patrzeć chłopca, spoufalić z rzeczami, które go przestraszały — wszystkie zgoła swoją obcością, wrazić w pamięć nazwy tylu nowych przedmiotów. Kiedy zrozumiał wysokość nieba, twardość ziemi, odległości dróg na niej — krok jego nabył pewności. Wszystko polegało na tem, aby nauczyć go odwagi.
— To powietrze, Kacprze! Nie pochwycisz go w dłonie; ono przecie jest. Ruchome staje się wiatrem. Nie trzeba go się lękać. To, co jest przed nocą, zwie się: „wczoraj“, — co tkwi za nią, będzie „jutrem“. Od wczoraj do jutra płynie czas, podzielony na godziny. To jest drzewo, to krzak, to trawa, to kamień, to liście, kwiat i owoc...
W posłuchu rośnie oświecające słowo — przybiera kształt niezapomniany. Kacper smakuje słowa językiem: są gorzkie i słodkie, sycące i budzące niepokój niezadowolonych zaciekawień. Jedne brzmią w ciemni, jak dzwony; inne z mgły jawią się płomieniem. Długa jest droga od rzeczy do nazwy. Trzeba gonić za uciekającym wyrazem. Dosięgnięty zatraca naraz wartość. Podobnie działo się z twarzami ludzkiemi; były niby za kratą — obce, — straszące; przełamana krata czyniła je bliskiemi, nieraz pięknemi.
Dźwięczące krasą nowości nad ranem słówko: „kwiat“ było w południe poufnem; wieczorem starzało się i szarzało. Daumer notował w pamiętniku: „co za rozkosz sadzić w wilgotny grunt duszy ziarna, które rozkwitną i dadzą owoce! Co jest blade dla ócz przyzwyczajenia, to oczom mego pupila wydaje się barwnem, jakby dopiero co wyszło z rąk Boga. A tam, gdzie świat zamyka się swoją tajemniczością, jeszcze stoi on ze swojem uporczywem i pełnem nadziei: „Dlaczego?“ — tym wyrazem głodu, zdumienia, wątpliwości, najszanowniejszem ze słów!
Nie ukrywamy, że Daumer mruczał nieraz niezadowolony ze siebie: „Cżyliż jestem jeszcze ogrodnikiem, skoro nie mogę przeszkodzić temu bezgranicznemu wyrastaniu chwastów. U jakiej granicy zatrzyma się to pożądliwe: „dlaczego?“ Znalazłem wprawdzie fenomen, który zniewoli moich współczesnych, aby uwierzyli nieco w cuda, ale...“
Tu zwracał się do Kacpra, który wciąż jeszcze z uciechą gaworzył: „wprzód uczyć się, a potem do domu“ — i starał się go przekonać: „ale jesteś przecie w domu!“ Lecz chłopiec z niedowierzaniem potrząsał głową.
Chwilami stawał przy kracie, za którą w sąsiednim ogrodzie bawiły się dzieci. „Jacy mali są ludzie!“ — rzekł raz niespodzianie do Daumera, a w zdumieniu jego przebijał się smutek. Daumer w drodze powrotnej tłómaczył mu z uśmiechem, że wszyscy ludzie byli kiedyś równie mali — i on Kacper także. Ale chłopiec nie wierzył: „Nie! Kacper nigdy nie mieć takie krótkie nogi i ręce!“ wołał w formie, dowodzącej, że nie opanował jeszcze wszystkich arkanów gramatyki.
Nauczyciel wyjaśnił mu, że przecież on, Kacper, rosnie, zmienia się z każdym dniem i kiedyś zestarzeje się, będzie miał siwe włosy i czoło, zryte zmarszczkami. Na to chłopiec bladł, łkał wylękniony i błagał Daumera, aby zapobiegł tej przemianie. Daumer szepnął siostrze, aby przyniosła z ogrodu świeży pączek i różę więdnącą. Wyjaśniał chłopcu różnicę tych dwóch stanów rozwoju. „Nie! — przeczył chłopiec — to ty sam zepsułeś różę, połamawszy jej nogę.“
— Nie! zwiędła, ponieważ urosła. A rośnie się, ponieważ się żyje.
Nowy świat wrażeń pochłonął chłopca. Jakto, kwiaty i drzewa żyją?! Więc kto wyrzynał listki? I po co jest ich aż tyle?!
— Urosły! — brzmiała odpowiedź, która przecież nie zadowolniła pytającego.
— A ten stary kamienny posąg w ogrodzie, który ma twarz człowieka, czy także żyje? Dlaczego jest taki blady i brudny? Czemu nie jest zmęczony, chociaż ciągle stoi?
Trzeba było pomacać figurę, gdyż nie wierzyło się niczemu bez dotknięcia. Właściwie chciało się ją dostać w darze, aby zobaczyć, co jest wewnątrz. „Coś“ jest zawsze poza „czemś“. Oto jabłko spadło z gałęzi i potoczyło się. „Dlaczego tak ucieka?...“ Daumer rozkrajał jabłko ku przerażeniu chłopca okropnie ostrym nożem. Ukazał mu skręcającą się liszkę we wnętrzu owocu.
„Ten robak był w więzieniu tak samo jak ty!” — zauważył.
Chłopiec zamyślił się. Jest więc tylu więźniów, o których on nic nie wiedział. Odtąd wszelkie „wewnątrz“ było dlań więzieniem, Przypomniał cios, który otrzymał, gdy „Ty“ nauczył go poruszać konika. Od tej chwili we wszystkich rzeczach obcych marzyło mu się niebezpieczeństwo, które groziło ciosem. To jego bojaźliwe wyczekiwanie zdarzeń niezwykłych, sprzężone z radością ruchu, było rysem jego natury, budzącym zachwyt otoczenia.
Razu pewnego po deszczu zobaczył na niebie łuk tęczy. Promieniał. „Kto to robi?“ — Słońce! „Ależ słońce nie jest człowiekiem!“ Daumer odczuł, że żadne wyjaśnienia fizykalne nie zadowolnią malca. Musiał powołać się na Boga — „Bóg stworzył żywą i nieżywą przyrodę.“
Kacper zamilkł. Wyraz „Bóg“ brzmiał ciemno. Chłopiec tajemniczej istocie, która dźwignęła niebo i kryła się wszędzie, nadał niejasne rysy swego „Ty“, na którego plecach legła powała, który wyłonił się z mroku i zadał mu cios, karę za zbyt głośną mowę.
Wszystko dokoła było tajemnicą! Ruch gwiazd — szept wody — bieg strumienia — pęd wesoły obłoków — zjawianie się i znikanie zarysów chmur — a zwłaszcza przemijanie ludzi — ich bolesne miny, kłótliwe głosy, dziwaczny śmiech...
Ile trzeba doswiadczyć i nauczyć się!...
Kacper popadł w stan bolesnej zadumy. Zapalała się w nim jakowaś iskra — a wtedy nie widział nic dokoła siebie, póki nie zagasła. Odzywał się w nim tajemny głos. Młodzieniec wsłuchiwał się w niewyraźne dźwięki tego głosu, Ściskało się serce Daumera, który widział wychowanka w takim nastroju.
— Coś go dławi! Cały świat cięży na jego uczuciu! — mówił do matki i siostry.
Przyszli we troje do wniosku, że Kacper potrzebuje rozrywki. W najbliższy dzień świąteczny zabrano go na dalszą wycieczkę. Stąpał pomiędzy dwiema damami ubrany w błękitny fraczek, modną kamizelkę, jedwabne pończochy, rzeźko podnosząc nogi, obute w pantofelki ze srebrnemi sprzączkami. Nieznajomi ludzie spotykali go okrzykiem podziwu, lub drwiny: „Oho, to Kacper Hauser! jaki wykwintny!“ albo: „Oho! jak wystroił się ten podrzutek!“... Na szczęście nieznajomi szli za nim w pewnem oddaleniu, odpędzeni grzecznemi wymówkami Daumera.
Ilekroć nauczyciel podniósł rękę, Kacper przystawał i zadawał pytania: „Co to jest?... Co to znaczy?“ Towarzyszący Daumerowi na spacerze baron Tucher zdumiony był postępami dyscypliny w zachowaniu niedawnego dzikusa.
— On już doszedł do granicy, od której poczyna się mądrość szkolna! — zauważył.
— Pokażę panu w domu rzeczy ciekawsze!
— Czary?! — zażartował Tucher.
— Nie! Ale, jak mówi Hamlet: „są rzeczy między niebem a ziemią“ i. t. d.
W ustronnem miejscu rozłożono zapasy na trawie; mała kompanja odpoczywała po spacerze, zajadając przysmaki i gawędząc wesoło. Ale Kacper, znużony, zasnął natychmiast. Wnet ucieszyli się wszyscy, jakby śpiący był najważniejszą osobą.
Kiedy obudził się, Daumer rzekł doń, wskazując ręką na zachód: „Czy widziałeś już kiedy słońce tak wielkiem i czerwonem.“ Młodzieniec w niemem oczarowaniu spoglądał na pławiący się w ognistych obłokach dysk słoneczny. Naraz purpurowe blaski pogasły — uczynił się zmierzch. Kacper pobladł, z drżeniem pochwycił dłoń nauczyciela: „Dokąd słońce poszło?!“ — krzyknął. Panie mimowoli roześmiały się. Daumer pomyślał, że pierwszej nocy w raju Adam musiał doznać podobnego przestrachu. Pocieszył chłopca, że słońce powróci.
— Czy słońce jest Bogiem? spytał Kacper.
— Wszystko jest Bogiem! — odparł Daumer, skłonny do filozofowania w duchu panteistycznym.
Chłopiec po dłuższej chwili milczenia ozwał się:
— Kacper kocha słońce!
W jego entuzjazmie był odgłos epoki bałwochwalstwa.
W drodze powrotnej wszyscy milczeli. Ten nastrój przytłumiony był wyrazem czci dla niezapomnianych godzin, spędzonych w harmonji serc na łonie pięknej natury.
Zanim weszli w miejskie wrota, Anna zatrzymała się; wskazała Kacprowi światła na firmamencie, wypowiadając nieznane mu słowo: „gwiazdy“. Kacper nie był w stanie oderwać oczu od ugwieżdżonego nieba i olśniony powtarzał bez końca słowo, które zrabował z ust Anny. Okazało się, że wyróżnił wzrokiem najjaskrawsze gwiazdy i wybitniejsze grupy z gwiazdozbiorów. Pragnął koniecznie dowiedzieć się, kto owe miljony swiatełek „zapalił na wieczór tam w górze.“
Gdy Daumer wyjaśnił mu, że palą się one wiecznie, lecz niezawsze są widzialne, młodzieniec przerzucił się wnet od radosnego zachwytu w stan ciężkiej zadumy; wreszcie jął szlochać.
— Co mu się stało? — szepnął Tucher na ucho nauczycielowi. Czyliżby już odczuł znikomość człowieka wobec wieczności gwiazd?
— Nie sądzę! — odparł Daumer. Poprostu nie widział jeszcze gwiaździstego nieba i nie doświadczył dobroci natury... Ale... nie zapomnij pan przyjść jutro do nas! — dodał, gdyż stanęli przy furtce ogrodu i wypadło się rozstać.

Nazajutrz Tucher spóźnił się nieco na zapowiedziany „seans“. Zdumiony był. W półmroku, panującym w pokoju, usłyszał monotonny głos Kacpra, odczytujący stronicę z Biblji, otwartą na chybił-trafił przez kogoś z obecnych. Goście na wyścigi wyrażali swoj podziw. Oczy chłopca, nazwyczajone do ciemności, zdawały się same być źródłami światła. Podobnież odróżniał bez błędu barwy z dość znacznej odległości.
Daumer oznajmił, że dokona teraz próby węchu. Okazało się, że ilekroć napełniono stojące o kilka kroków od chłopca, nieprzejrzyste naczynie winem, Kacper krzywił się boleśnie i uskarżał się na zawrót głowy. Nie było tu żadnych sztuczek. Ktoś podejrzywający zmowę napełnił za czwartym razem naczynie wodą; efekt nie nastąpił. Jeszcze bardziej zdumiewająco wypadł eksperyment z metalami. Ukryty w nieobecności chłopca kawałek stali poprostu przyciągnął go, jak magnes. Rozległy się oklaski. Ale chłopiec był blady i pokryty zimnym potem. Z tego powodu pan Tucher odradził dokonywania tego rodzaju doświadczeń.
Wbrew tej uwadze, gdy sprawa nabrała rozgłosu, dom Dumera odwiedzany bywał, jak muzeum, i młodzieńca zamęczano ustawicznem próbowaniem jego niezwykłych uzdolnień fizycznych. Nawet, kiedy zapadał w sen, nie zaprzestawano badać. Radca sanitarny Rehbein oświadczył, że nigdy nie widywał podobnego „kamienienia“ we śnie.
Daumer z zapałem wypróbowywał na swym pupilu stare mesmeryczne i nowe hipnotyczne metody, tudzież jego zdolnością odczuwania sprawdzał stopnie potęgi leczniczej różnych preparatów chemicznych. „Medjum“ budziło niedowierzanie jednych, zachwyt drugich. Ponieważ nie następowały dość szybko nowe „cuda, głos opinji wkrótce uznał Daumera za cyrkowego impresarja, który popisuje się spowszedniałemi sztuczkami swego źle wychowanego pupila.
Albowiem Kacper, wbrew napomnieniom swego mistrza, wyrażał głośno politowanie na widok siwych włosów dyrektora poważnej instytucji państwowej, nie taił wstrętu wobec poczernionej bródki radcy magistratu Beholda i nie dawał się nakłonić do całowania rąk wszystkim matronom. Zapominał nawet niekiedy witać gości. Powoływany do pokazywania swoich „sztuk“, nie dawał 52 się natychmiast odrywać od książki, lub zjawiał się dopiero po uporządkowaniu swoich zabawek.
Nudziły go te ciągłe pokazy jego niezwykłej pamięci, albowiem uważał to za naturalne, iż potrafi recytować po jednorazowem odczytaniu szeregi słów i cyfr; nie widział w tem nic godnego podziwu.
Właściwie nie posiadał pełnej świadomości swego odrębnego od świata „ja“ — i śmiałość jego, oparta na przyzwyczajeniu do otaczających go tłumnie ludzi, była tylko pozorna. Nie cieszyło go też wcale, że teraz w całym świecie szeroko mówiono o nim, jako o fenomenie, — co stwierdzał z radością Daumer — że przybywali oglądać go nawet goście zagraniczni. Interesował się bardziej stukiem zegara, nagłem puknięciem w szybę, tem wszystkiem, za czem podejrzywał jakąś niezgłębioną tajemnicę. Zwłaszcza rozkochany był w świecie książek, sądząc, że dadzą mu odpowiedź na wszystkie jego pytania. Z umiłowaniem patrzył nieraz Daumer na swego wychowanka, kryjącego się w zakątku ogródka, zagłębionego w książce, podczas gdy nad głową jego krążyły zygzakowato jaskółki, na ramionach siadały mu motyle, a chłopiec ani słyszał, ani widział. Jego zapał do nauki — zdaniem Daumera — rokował mu wielką przyszłość.
Musiało być w chłopaku coś niezwykłego, skoro ocenił to nawet buldog z sąsiedniej willi. Kiedyś rozwścieczony zerwał się z łańcucha i wpadł do ogrodu Daumera; podczas gdy wszystkich zdjęło okrutne przerażenie przed szczerzącą kły, spienioną paszczęką olbrzymiego psa, ów naraz przystanął na widok zaczytanego Kacpra — zbliżył się doń spokojnie i polizał mu ręce. Można było zaobserwować, że pełne smutku i litości spojrzenie chłopca ułagodziło psa; niby porozumieli się obaj w jakowemś wspólnem nieszczęściu.
Coś niesamowitego było również w następnem zdarzeniu. Służąca Daumera rozbiła lustro. Szklarz wstawił w ramy nowe szkło i przyniósł pod wieczór zwierciadło do domu. Kacper zdziwił się, że matka Daumera kazała postawić je przy ścianie, nie dozwalając zanieść lustra na dawne miejsce. W tym ostatnim celu szklarz został zamówiony dopiero na jutro. Po odejściu robotnika Daumer ofuknął ostro matkę: „Zabierasz ludziom czas niepotrzebnie! Co to za przesąd niemądry, że wieczorem niewolno wieszać zwierciadeł?!“
Matka rozpłakała się. Daumer wyszedł gniewny. Kacper pobiegł za nim do drugiego pokoju. Z pochlebczą miną nalegał, aby Daumer przeprosił dobrą staruszkę. „Idź, drogi chłopcze, i powiedz mamie, że to ja nie miałem racji!“
Zdziwiony usłyszał na progu, że chłopiec ukląkł przed starą damą i rzekł: „Ja nie miałem racji!“
Wybuchnął śmiechem: „Ale nie tak, Kacprze! Ja to jestem ja!“ — tknął się w pierś. „Gdybyś ty nie miał słuszności, to też musiałbyś rzec: ja. Ale ty miałeś słuszność! Ja mówię tobie: ty. A ty jesteś: ja i także mówisz mi ty. Zrozumiałeś?!
Oczy chłopca rozwarły się szeroko. Doznał poprostu zawrotu głowy. Jakby nagle zeszło nań jakieś objawienie! Co za cudowny smak miało to słówko: „ja“ — olbrzymie, bogate. A więc setki ludzi, których widział, całe miasto, mężczyzni, kobiety, dzieci, ptaki, kwiaty, chmury, nawet słońce samo — wszystko to, jakby za umową, mówiło mu: „ty, a on odpowiadał im trwożnym głosem: „ja! A cały świat rozdrabniał się na podobne „ja“, które były dlań: „ty!“...
Rękoma przesunął wzdłuż swego ciała, jakby chciał pomacać ów dziwny mur między swem wnętrznem „ja“ a wszechświatem „ty“... Nagle wzrok jego padł na własne odbicie w zwierciadle. Znał je — ale teraz przemówiło doń nowością. Było tajemnicze, jak ongi jego cień na ziemi. Szepnął doń: „Kacprze!“ Tamto zewnętrzne, mające jego usta, czoło, brunatne kędziory włosów, zdało się odpowiadać: „ja“. Więc było „ty”? — nie było nim! Ale za lustrem była ściana — tedy nie było tam w lustrze w istocie nic. A jednak...! Nagle świat rozdwoił się w jego oczach smugą swiatła: szła odeń w tył jedna ścieżka — druga biegła przed nim — podobna z takim samym, jak on, Kacprem, ale ukrytym, nie dającym się uchwycić, wiedzącym, zda się, coś więcej o nim, niż on sam wiedział o sobie. A „tamten“ nie mógł mu nie powiedzieć!
Daumer obserwował tajemniczą grę myśli na twarzy chłopca. Wtem przez otwarte okno, jakoby wrzucony ręką wiatru, wpadł świstek papieru. Podniosła go pani Daumer i, odczytawszy, z przerażeniem w oczach, cała drżąca, podała synowi. Na papierze skreślone były słowa:
„Niechaj strzeże się ten dom — i jego gospodarz — i obcy, który w tym domu przebywa!“
Daumerowi wydawało się, że miecz przeszył jego serce. Zamyślony głęboko Kacper nie nie zauważył z przebiegu całego zdarzenia.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Leo Belmont.