Dziadunio/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dziadunio
Podtytuł Obrazki naszych czasów
Wydawca Nakładem J. K. Żupańskiego
Data wydania 1869
Druk Druk J. Buszczyńskiego
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Jakkolwiek derywacyjna kuracya Dziadunia na chwilę poskutkowała i Władek zajął się nieco piękną Hanną, nie trwało to długo, trzeciego dnia zatęsknił do Izy, a czuł potrzebę tem większą stawienia się w Waldau że obowiązanym był dowieść przed nią iż miał swą wolę, a ustraszyć się nie dał obawą nieprzyjemności od rodziny. I choć czuła matka, która z bólem postrzegała coraz większą, dla siebie niewytłumaczoną, w nim zmianę, starała się go powstrzymać, Władek pobiegł znowu... choć na chwilę widzieć Izę.
O wszystkich jego obrotach teraz równie Szymbor, który go z oka nie spuszczał, jak i Dziadunio był uwiadomiony. Pierwszy cieszył się wielce swem dziełem, bo wiedział że pobałamuciwszy Władka, wielką, bolesną Dziadkowi zadał przykrość, drugi napróżno szukał środków sparaliżowania podstępnych knowań Szymbora...
Zapewne aby się nacieszyć widokiem zemsty swej, Szymbor, który prawie nigdy nie bywał w Rajwoli sam, a z żoną rzadko, wybrał się nazajutrz po wyjeździe Władka do Szambelana. Stary siedział znowu przy siatce swej w cieniu, gdy z podziwieniem ujrzał przybywającego gościa. Wiedział dobrze że mu pewnie nic przyjemnego nie przywozi, ale nie chcąc się okazać przybitym i smutnym, przybrał minę jak najweselszą i powitał w ganku ochoczo.
— A cóż to za nadzwyczajna okoliczność sprowadza was tutaj! jakże wam dziękować! zawołał — toście się już chyba zanudzili śmiertelnie że nawiedzać raczycie pustelnią starego Dziada.
— Od dawna się wybierałem, odparł Szymbor z tą uniżoną grzecznością zakrawającą na szyderstwo, którą miał zawsze na zawołanie dla Dziada; nie śmiałem tylko być natrętnym... Dziś... zatęskniwszy i za panem Szambelanem i za tym kochanym Władkiem, którego tu pewno zastanę...
— Władka u mnie nie ma! rzekł stary.
— Nie ma! z udanem podziwieniem przerwał Szymbor, nie ma go i tu! proszę! a gdzież to się chłopiec bałamuci! Byłem prawie pewien, wiedząc iż z Zarębia wyjechał, iż go tu złapię. A tak kocham tego poczciwego chłopca... dalipan jak Dziadunio.
— Tylko na inny sposób.
— Ano — każdy po swojemu kocha i nienawidzi, jak każdy kwiat inaczej pachnie...
— Lub śmierdzi! szepnął Dziad żartobliwie.
— To jednak dziwna rzecz, dokąd Władek tak lata?
— WPan nie wiesz? zapytał Dziad z uśmiechem.
— Nie domyślam się.
— A to ja ci powiem. Chłopak się zadurzył i pokochał we wnuczce Beniowskiego, jestem pewien, że poleciał znowu do Kalisza.
— Do Kalisza? spytał Szymbor... doprawdy? a cóż na to Dziadunio?
— Nic — jestem spektatorem, to moja rola, rzekł stary, czy tu czy tam bałamucić się będzie, od romansiku do ołtarza daleko... mamy czas zapobiedz. Władek chłopak słaby ale poczciwy, matkę kocha, mnie czasem słucha.
Szymbor spojrzał tylko, nie rad był że stary nic nie wiedział i taki się zdawał bezpieczny.
— Ale czy tylko to do Kalisza i do Hanny poleciał? zapytał... czy Szambelan tego pewny...
— Dla tego pewny jestem że nic innego i nic ważniejszego nie ma, boćby Władek matce lub mnie się zwierzył, jeśli nie z całego głupstwa to choć z połowy przynajmniej.
Szymbor sie dziwnie uśmiechnął.
— Zresztą, dodał stary nadrabiając wesołością której nie miał — nie tajno to wam, że się w kraju gotuje jak w kotle... warzy, a kipi. Władek choć mało ma do polityki pociągu ale młody... a spisek ma dla jego wieku swój smak i urok... może gdzie na naradzie.
— A pan Szambelan co na to?
— Cóż chcesz bym począł? reflektuję jak umiem, odciągać nie mogę...
— Bądź co bądź, dodał Szymbor, tego roku nam chłopiec więcej niż kiedy się emancypuje.
— Bo tego roku o rok starszy, mości dobrodzieju! rzekł Dziadunio.
Pomilczeli chwilę, stary zdawał się spokojny, kończył nawet kawałek roboty swej z krwią zimną, ale wewnątrz w nim kipiało. Nie dość było zdrady, jeszcze do niej łączyło się urągowisko!
Godzina była poobiednia, dzień dosyć skwarny, słońce jak zwykle ku zachodowi zaczynało się wkradać na ganek... Nagle Dziadunio wstał, otarł pot z czoła... — Jak tu gorąco — zawołał — chodźmy do mojego pokoju, tam jest chłodek bardzo przyjemny.
Nie można było tak wyraźnemu zaproszeniu odmówić, chociaż Szymbor pokoju tego jakoś nie lubił... nie wiedzieć dla czego... Gabinet Dziadunia, ten właśnie po którym zawsze rozmyślając przechadzać się lubił — był pracownią jego i zbiorem pamiątek całego życia. Tu na ścianach wisiały portrety żony nieboszczki, córki, naostatek wnuka Stanisława, którego nagły zgon najboleśniejszą ranę w sercu starca zostawił. Wizerunek Stasia kochanego wisiał w pośrodku... w miejscu widocznem jakby Dziadunio umyślnie go chciał mieć ciągle na oczach... Pod nim na małej czarnej konsolce hebanowej, dziwacznie przyozdobionej trupią główką z kości słoniowej, w pudełeczku z hebanu stała zachowana owa kula z rany wyjęta która go życia pozbawiła...
Wszedłszy do tego pokoju Szymbor mimowolnie rzucił okiem na portret i odwrócił od niego wzrok żywo... Stanisław zdawał się na niego poglądać z dziwnem jakiemś szyderstwem... Usiadł unikając portretu i jego wzroku, ale zkądkolwiek nań patrzał... znajdował oczy wizerunku wlepione w siebie...
W pokoju było chłodno... ale Szymbor ocierał pot z czoła.
— Patrzysz widzę na tego nieszczęśliwego Stasia, rzekł Dziadek po chwili... Co to za dziwna, tajemnicza historya!
— Tak! dziwna dosyć... ale już dziś po latach tylu tajemnicy tej dochodzić trudno...
— Myślisz? rzekł Dziad — tego rodzaju krwawe zagadki niekiedy się i po upływie długiego przeciągu czasu rozjaśniają nagle. Co do mnie... dodał, nigdy nie przestałem szperać, myśleć, dochodzić i poszukiwać śladów...
— Ale bezskutecznie, rzekł Szymbor.
— Może nie tak zupełnie bezskutecznie jakby się wam zdawało?
— Doprawdy? spytał nieco ironicznie Szymbor.
— W istocie... Jużem wam mówił, że doktor, którego mam świadectwo, kulę z rany dobył, zachowuję też jego strzelbę na dowód że ona z niej wyjść nie mogła. Kaliber jest wcale różny...
— I cóż z tego? spytał Szymbor...
— A oto teraz — rzekł patrząc w niego Dziadek, właśnie mi się udało... dostać inną strzelbę, która wedle wszystkiego prawdopodobieństwa na tem polowaniu była... i pasuje do kuli... doskonale... Chcesz się przekonać?
— Nie wierzę zupełnie — odparł obojętnie Szymbor, ale cóż to dowodzi? Strzelb tego kalibru być może po świecie mnóstwo?
— Prawda, zawołał Dziad... ale ta... ta... ta... nie wiem tylko jeszcze dokładnie w czyjem ręku... była na owem polowaniu.
— Ma Dziadunio dowody?
— Znajdą się... rzekł zwolna stary...
— Ciekawa rzecz... zawołał Szymbor i urwał nagle, a po chwili dorzucił nabierając odwagi.
— Radbym tę strzelbę zobaczyć?
Szambelan poszedł do kąta, wydobył dubeltówkę i milcząc podał ją Szymborowi... Ten wziął ją ręką drżącą i począł się przypatrywać pilno.
— To rzecz dziwna! zawołał... ale tak jest! tak jest! Ta strzelba była moją... oto znak... cyfra... Darowałem ją memu Kernerowi... a ten musiał sprzedać... Więc wie p. Szambelan na coby to wyjść mogło? oto na posądzenie że ja zabiłem Stasia...
Dziadek zdumiony zuchwalstwem Szymbora, który strzelbę w tej chwili dziwnie uśmiechając się stawił, spojrzał nań i czekał dalszego ciągu...
— Prawda, żeśmy się całe życie z tym poczciwym Stasiem żarli i kłócili... ale od tego do zabicia go na polowaniu... jeszcze daleko... Spodziewam się że podobna myśl nawet Dziaduniowi przez głowę nie przeszła?
Dziad milczał.
— Ale przypuściwszy nawet — uniesienie, przypadek, słowem zbrodnią o którą by mnie szalony chyba mógł obwinić... cóż dalej? przecież Dziadek męża swej wnuczki i honoru domu po latach tylu nie chciałby dla dziwacznej zemsty jakiejś poświęcić?
Szymbor był blady, uśmiechał się szydersko.
— W istocie podobnej zbrodni nic przypuściłbym... nie śmiałbym nawet pomyśleć — odezwał się stary... ale powiem ci szczerze, gdybym na ślad jej pewny, niewątpliwy trafił, gdybym miał przekonanie że popełnioną została... nie wstrzymałaby mnie ani chęć ocalenia honoru domu, ani miły spokój, ani żadne względy... Jestem z zasady przeciwnym tajeniu występku...
— Jakto? śmiejąc się przerwał Szymbor, poświęciłby Dziadunio Justysię?
— Nie byłoby to już dziś poświęceniem jej, ale może... trochę tylko bolesnem oswobodzeniem... rzekł Dziad. Nacieszyliście się sobą wzajemnie...
Szymbor siedział nieruchomy, chłodny, bawiąc się frendzlami kanapki a niekiedy spoglądając na starca prawie wyzywająco.
— Dzięki Bogu, że to są wszystko żarty i że pan Szambelan nie możesz na chwilę nawet przypuścić... abym ja... ale mówić o tem nawet nie chcę!!
— Przyznasz jednak, że to się dziwnie składa... rzekł stary powoli... ta strzelba która do was należała i którą mieliście na polowaniu?
— Nie miałem jej na polowaniu, odparł zimno Szymbor, była już wówczas darowana Kernerowi!
— A! zawołał Dziad odnosząc strzelbę do kąta powoli... to co innego... Popatrzyli na siebie milczący.
— Jest to zdziecinnienie zapewne pochodzące ze starości, odezwał się Dziad po chwili, a jak wy powiecie — przesąd... ale ja mam tę pewność że oczy moje ujrzą jeszcze wyjaśniającą się tę tajemnicę i karę nad występnym. Jestem o tem przekonany! Są cuda w wypadkach podobnych...
— Po latach tylu... wszak się wszelkie ślady zatarły... obojętnie dodał Szymbor... Ale dobrze się Dziadkowi pocieszać choć tą nadzieją...
— Nie umrę dopóki tego nie dojdę...
— To dobrze, śmiejąc się zawołał Szymbor, będzie nam p. Szambelan żył długie lata...
Stary milczał.
— Waćpanowie tych rzeczy nie czytacie lub śmiejecie się z nich jak z bajek, ale ja w długiem życiu i naczytałem się i napatrzyłem istnych cudów tego rodzaju... Zbrodniarz bezkarnie urąga się sprawiedliwości, mniema się bezpiecznym... głuszy w sobie sumienie... a w lat wiele jakieś niespodziane światło... tajemnicę odkrywa i... winnego wiedzie pod miecz sprawiedliwości...
— Tak! tak! czytałem i ja wiele podobnych historyjek w Causes célèbres, ale zwykle owe przypadki... prędzej przychodzą, a po latach kilkunastu...
— Nawet po kilkudziesięciu! dodał stary.
— Daj Boże! zawołał Szymbor... pragnę bardzo żeby się to raz przecie wyjaśniło... Chociaż trudno mi podzielać złudzenie pana Szambelana. Wedle wszelkiego podobieństwa krwawa ta scena odbyła się w lesie, w ostępie, bez świadków... Materyalne ślady zatarte, a gdyby wypadek tam sprowadził kogoś cobyto był widział... nie czekałby pewnie lat kilkunastu z wyznaniem.
Dziad westchnął...
— Nie było nikogo... mówił Szymbor.
— Był Bóg — odparł starzec i zamilkł.
Na tem skończyła się rozmowa prowadzona z obu stron z wielkiem pomiarkowaniem... Szymbor spokojnie palił cygaro...
— Trzeba przyznać, odezwał się po chwili, że to nieszczęśliwa rodzina! Stanisławowi tak się marnie skończyło... a Władek najpoczciwsze w świecie chłopię, trzpiot i także trudno go będzie poprowadzić...
— O Władka ja się tak znów bardzo nie lękam... dodał Szambelan...
— A ja, co go kocham... trwożę się nie pomału. Władek ma tę gorączkę życia, z którą długie lata mu się nie wróżą... wyczerpie się... Niech Bóg uchowa nieszczęścia... ale w takim razie... jak żeby smutno było Dziaduniowi... samemu jednemu na świecie, my dzieci nie mamy...
— Wiesz waćpan co? gorąco zawołał stary, zabolała mnie ta wasza groźba! dotknęliście okrutnie starego... ale gdyby Bóg chciał mnie ukarać tak srodze... może, możeby się znalazła rodzina... o której wy nie wiecie nawet...
— Zawsze nie tak bliska...
— A no! kto wie! są po świecie tajemnice...
— W naszych szlacheckich rodzinach one się nie trafiają... I uśmiechnął się Szymbor...
W tem na szczęście stary Szczepan oznajmił kawę i frukta... i wyszli z tego pokoju... Szymbor mimo panowania nad sobą drżący, Dziad poruszony i blady, zezem się ukrywać nie myślał...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.