Dwie drogi/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Dwie drogi
Pochodzenie Humoreski z teki Worszyłły
Data wydania 1901
Wydawnictwo Stefan Dembe
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Henryk Sienkiewicz-Humoreski z teki Worszyłły str 218.png



VIII.

Godzina była późna; lampy w salonie pani Bujnickiej paliły się mdłem światłem w zgęszczonem od wyziewów ludzkich powietrzu. Goście rozeszli się już wszyscy; ucichł gwar; samotność jakaś — i pustka wyglądały teraz z każdego kąta sali. Na twarzach pani Bujnickiej i Fani przebijała bladość i znużenie, a przytem znać było na nich i pewien niepokój. Obie panie zdawały sobie sprawę z ubiegłego wieczora i obie czuły jednocześnie, że w atmosferze domowej zawisło coś nowego, co jak burza, zapowiadało się milczeniem. Obie też nie dzieliły się wrażeniami i zamiast słów, słychać było tylko szelest ich jedwabnych sukien. Czasem spojrzenia matki i córki zbiegały się i rozbiegały jeszcze prędzej. Nakoniec Fania pierwsza przerwała milczenie.
— Dobra noc, mateczko! — rzekła.
Pani Bujnicka uścisnęła córkę z niezwykłą tkliwością i gorąco ucałowała jej białe czoło, potem odeszła parę kroków, potem zatrzymała się znowu przy drzwiach, zdawało się, że chce coś mówić — zawahała się, odeszła.
Fania udała się do swego pokoju. Zapewne miała o czem myśleć. Oparłszy głowę na ręku, nie odpowiada ani słowem przywykłej gwarzyć panience służebnej, która, układając pod czepeczek nocny złotawe jej warkocze, starała się zawiązać z nią pogawędkę. I niewesołe były myśli Fani.
Ostatnia rozmowa Iwaszkiewicza ze Złotopolskim przejęła Fanny śmiertelnym niepokojem; przypominała sobie dumne spojrzenia i niemal groźne słowa obydwuch. Przerażał, a zarazem i oburzał ją upór Złotopolskiego. Jakto? więc dla niego — w jego planach — jej wola, jej osobisty wybór nic nie znaczył? Widocznie, traktował ją jak rzecz, nie jak wolną niewiastę, bo kiedy chłodnemi słowy starała mu się okazać niechęć, odpowiedział jej jednym wyrazem: „malgrétout”. Dumny panicz, liczył na nazwisko, na majątek i sądził, że niemasz kobiety, którejby z wolą, lub bez woli, nie można kupić za taką cenę. Postępowanie jego było poprostu zuchwalstwem, ale widocznie dumny panicz nie obawiał się jego następstw; nie obawiał się ani Fanny, ani jej narzeczonego. Tkwiła w tem może odwaga, ale tkwił i wysoki egoizm. Zuchwalec! śmiał jej powiedzieć „malgrétout”, a wszakże ten sam Iwaszkiewicz, który bez drgnienia powieki umiał patrzeć w oczy osławionego z pojedynków człowieka, tak dziecięco prawie był nieśmiałym względem niej. Ale szlachetna ta nieśmiałość szła z niezmarnowanej duszy, a dowodziła świeżości uczuć i prawdziwego szacunku i prawdziwego uczucia. Między Iwaszkiewiczem i Złotopolskim Fanny nie mogła się wahać w wyborze. Zresztą, już była wybrała — i nie o to chodziło w tej chwili. Niepokój jej i trwoga powstawały stąd, że nie wiedziała, do czego między takiemi dwoma ludźmi dojdzie i na czem się skończy.
A tymczasem panienka służebna skończyła ją rozbierać i odeszła. Fania zdmuchnęła świecę. W pokoiku dziewiczym zapanował mrok, tylko promień księżyca wkradał się białem pasemkiem za kotarę łóżka, tylko srebrna lampka, zawieszona przed posążkiem Madonny, świeciła w cieniu, niby robaczek świętojański. Nastała cichość — siostra nocy, kochanka nocy — jak mówią poeci.
Nagle w przyległym pokoju dały się słyszeć czyjeś kroki, drzwi się otworzyły i pani Bujnicka w białym negliżu, ogarniając dłonią płomyk świecy, weszła do sypialni córki.
Fani serce zabiło niespokojnie, podniosła się na łóżku.
— Mama nie śpi jeszcze? — spytała.
— Nie, moje dziecko.
Pani Bujnicka siadła przy łóżku córki.
— Moje kochane, moje drogie dziecko! — przemówiła drżącym głosem.
W oczach Fani zakręciły się łzy; pochyliła się ku wyciągniętym dłoniom matki i, ucałowawszy je serdecznie, ukryła w nich twarz.
— Nie martw się, Faniu! ty płakałaś? Jeszcze nie stało się nic złego.
— O! stało się i wiele złego, mamo, i to ja sama temu winnam. Postępowałam, jak zepsute dziecko, a długo nie było w postępowaniu mojem ani prawdy, ani szczerości.
— Nie uczyniłaś nic godnego nagany.
— Drżę na myśl, co teraz będzie.
— Wszystko się dobrze skończy. Nie obawiaj się.
— Mamo! mamo!
— Ludzie rozchodzą się nawet od ołtarza.
Fania oderwała nagle twarz od dłoni matki.
— O czem mama mówi?
— Ludzie rozchodzą się nawet od ołtarza. Przyjęłaś go, ale zaręczyn jeszcze nie było. Wszystko można zerwać. Któż mógł się spodziewać, że Złotopolski tak dobrze stanie?
— Matko! — przerwała Fanny, płonąc jak róża.
— Czego chcesz, dziecko?
— Stoimy na biegunach i nie rozumiemy się zupełnie. Lepiej odrazu postawić rzecz jasno: czy mam zostać żoną Iwaszkiewicza, czy nie?
Pani Bujnicka nie była przygotowaną na tak nagły zwrot ze strony Fani. Ona rachowała na swoją dyplomacyę, a tu trzeba było wprost powiedzieć: tak lub nie. A przytem pani Bujnicka nie cierpiała, gdy kto mówił wprost. Omówienia miały dla niej tyleż prawie wagi, ile treść sama; nawet, gdy myślała nad czem, gdy była tylko ze sobą, wszystkie jej myśli przybierały zawsze wyszukaną dyplomatyczną formę. Dlatego też pytanie Fani przejęło ją zdziwieniem, ale i oburzyło zarazem.
— Zmiłuj się, Fanieczku, jak można tak nazywać rzeczy po imieniu? Już jeśli dobrze ułożona panienka chce spytać o taką rzecz, to daje do zrozumienia, ale tak... wstydź się, Faniu!
— Ja jednak wprost pytam, jaka jest mamy wola? Potem ja powiem, jak mi się zdaje.
— Nie poznaję ciebie.
— To być bardzo może. Ja sama nie poznaję siebie od niejakiego czasu, ale mi z tem lepiej. Iwaszkiewicz otworzył mi oczy na wiele rzeczy, dlatego okazuję mu to, co czuję prawdziwie.
— Moje dziecko, nie drażnij mnie...
— Ja nie chcę mamy drażnić, ale...
— Panienka dobrze ułożona...
— Powinna miłować prawdę, a potem być dobrą żoną i matką.
— I matką? Mais c’est affreux! Kto cię takich rzeczy nauczył?
— Iwaszkiewicz! To takie proste rzeczy, a jednak nie wiedziałam o nich. A mam lat dwadzieścia dwa.
Teraz pani Bujnicka rozgniewała się na dobre.
— A czy ten mądry Iwaszkiewicz nie nauczył ciebie, że panienka dobrze wychowana wprzód nim zostanie dobrą żoną i mat... (nie chcę tego wymówić...), powinna być dobrą córką?
Fania spuściła głowę. Teraz pani Bujnicka miała swoją racyę.
— Przecież tu nie o mnie chodzi — ciągnęła pani Bujnicka. — Ja będę miała jutro migrenę, ale niech się dzieje wola boża! — gotowam cierpieć! Mnie chodzi o twoje szczęście! Ja będę miała migrenę i nie może być inaczej. Po tem, co tu słyszałam, nie pozostaje mi nic, jak tylko... przyłożyć wizykatoryę za uszami. Ale Faniu! Faniu! zastanów się. Iwaszkiewicz, to burżuazya! Będziesz należała do burżuazyi. Nie przeżyłabym, gdyby cię zaliczano do burżuazyi. Niemasz nic bardziej mauvais genre, jak burżuazya. Och, burżuazya! burżuazya!
— Moja matko, jakże ja mogę wiarę łamać?
— Nie było zaręczyn: deklaracya nie obowiązuje.
— Och! obowiązuje deklaracya i... Nie mogę! nie mogę, mateczko! Ja... mamo!... ja nietylko deklaracyą związana jestem z Iwaszkiewiczem.
Pani Bujnicka zerwała się gwałtownie.
— Co ty mówisz, dziewczyno? — zawołała z przestrachem.
Fania podniosła się na łóżku. Oczy jej zaszły łzami, a jednocześnie purpurowy rumieniec malował zwolna jej twarz. Tak zarumieniona, ze złożonemi rękami, ze łzami w oczach, okryta potokiem rozplecionych warkoczy, sypiących się po giezłeczku nocnem, z bijącem jak u przelęknionego ptaka sercem, podobną była do posągu skruchy lub pokory.
— Mamo! — ozwała się błagalnie.
— Mów, nieszczęśliwa!
— Mamo, to było w karecie...
— Co było w karecie?
— Wracaliśmy od państwa L..., z tego wieczoru, na którym hrabia Władysław... na którym suczka... narobiła wrzasku...
— Co dalej? co dalej?
— Mama z panią Szemiot siedziała w tyle, a ja z nim na przodzie i... wtedy ja... tak! wtedy... ja... sama nie wiem, jak się to stało...
— Zabijasz mnie, gnębisz, dręczysz, pastwisz się nade mną.
— I ja... oparłam głowę na jego ramieniu — kończyła jednym tchem Fania.
— I co więcej? — pytała gorączkowo matka.
— I nic więcej.
— Nic?
— Nic więcej, ale i to, co było, było bardzo niedobrze. Ja sama się oskarżam, ale...
— To było do najwyższego stopnia mauvais genre.
— Nie uważa na genre, kto kocha.
— Przestań! Słyszałaś, żeby panienka dobrze wychowana postępowała w ten sposób?
— Nie, mamo! nie słyszałam. Sama się obawiam, ale też i tłumaczę się przed własnem sumieniem przywiązaniem, jakie czuję dla Iwaszkiewicza. Gdybym po tem, co zaszło, jeszcze złamała słowo — to byłoby szkaradnie!
— Przecie tego nikt nie widział?
— Bóg widział. Ja za nic w świecie nie złamię słowa danego Iwaszkiewiczowi.
— Słuchaj-że, uparta dziewczyno: ja nie będę ciebie przymuszała, byś szła za Złotopolskiego, ale zapowiadam ci, że póki on nie ustąpi — za nic w świecie nie pozwolę na Iwaszkiewicza.
Fania podniosła w górę załzawione oczy.
— On jeśli ma jeszcze choć trochę honoru i uczciwości — to ustąpi.


Henryk Sienkiewicz-Humoreski z teki Worszyłły str 228.png


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.