Strona:Henryk Sienkiewicz-Humoreski z teki Worszyłły.pdf/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Fania podniosła się na łóżku. Oczy jej zaszły łzami, a jednocześnie purpurowy rumieniec malował zwolna jej twarz. Tak zarumieniona, ze złożonemi rękami, ze łzami w oczach, okryta potokiem rozplecionych warkoczy, sypiących się po giezłeczku nocnem, z bijącem jak u przelęknionego ptaka sercem, podobną była do posągu skruchy lub pokory.
— Mamo! — ozwała się błagalnie.
— Mów, nieszczęśliwa!
— Mamo, to było w karecie...
— Co było w karecie?
— Wracaliśmy od państwa L..., z tego wieczoru, na którym hrabia Władysław... na którym suczka... narobiła wrzasku...
— Co dalej? co dalej?
— Mama z panią Szemiot siedziała w tyle, a ja z nim na przodzie i... wtedy ja... tak! wtedy... ja... sama nie wiem, jak się to stało...
— Zabijasz mnie, gnębisz, dręczysz, pastwisz się nade mną.
— I ja... oparłam głowę na jego ramieniu — kończyła jednym tchem Fania.