Dusza Zaczarowana/I/Część pierwsza/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Romain Rolland
Tytuł Dusza Zaczarowana
Podtytuł I. Anetka i Sylwja
Część pierwsza
Data wydania 1927
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Drukarz Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Lwów; Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. L’Âme enchantée
Podtytuł oryginalny I. Annette et Sylvie
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część pierwsza
Pobierz jako: Pobierz Cała część pierwsza jako ePub Pobierz Cała część pierwsza jako PDF Pobierz Cała część pierwsza jako MOBI
Cała księga I
Pobierz jako: Pobierz Cała księga I jako ePub Pobierz Cała księga I jako PDF Pobierz Cała księga I jako MOBI
Indeks stron

Nazajutrz i dni następnych walka potoczyła się dalej, a patrzyła na nią galerja rozbawionych widzów, bowiem goście hotelowi zauważyli, co się dzieje. Dwadzieścia par oczu spozierało z ukrycia, czyniono nawet zakłady, obie zaś rywalki, nadto zajęte grą swoją, przestały zwracać uwagę na grę innych.
W gruncie rzeczy nie była to już dla nich gra. Sylwja rozpaliła się równie jak Anetka, demon zmącił i wzburzył ich zmysły. Triumfujący z sukcesu Tullio nie potrzebował podniecać ognia. Był naprawdę piękny, nie brak mu było sprytu, a sam gorzał pożądaniem, które wzbudził. Wart był zdobycia i wiedział o tem doskonale.
Siostry-nieprzyjaciółki schodziły się co wieczór w swych pokojach. Nienawidziły się, udając jednak, że nic o tem nie wiedzą. Sąsiadując w łóżkach nocą, nie mogłyby wytrwać w tej sytuacji, gdyby sobie nie powiedziały, że należy unikać publicznego skandalu. Starały się wracać i wychodzić o różnych porach, unikać rozmów i udawać, że się nie widzą. Gdy to było niemożliwe, mówiły sobie obojętnie dzieńdobry i dobranoc, jakby nic nie zaszło. Najlojalniej byłoby i najrozsądniej rzecz wyjaśnić, ale nie chciały tego uczynić i nie mogły. Namiętność w kobiecie usuwa z widowni lojalność i rozsądek.
Namiętność Anetki stała się dla niej trucizną. Tullio, korzystając ze swej przewagi, pocałował ją w usta gwałtownie pewnego wieczora, na zakręcie drogi. Dumna dziewczyna nie broniła się, a fakt ten rozpętał w niej burzę zmysłów. Upokorzona i wściekła walczyła z nią, ale nie umiała się bronić, tem więcej, że po raz pierwszy objęła ją ta fala. Nieszczęsne są serca zbyt dobrze strzeżone. Gdy się zjawi namiętność, najczystsze jest najbezbronniejszem...
Pewnej nocy wydało się żartej bezsennością Anetce, że nie śpi, gdy tymczasem zasnęła. Widziała się w łóżku, z oczyma otwartemi, ale bez możności ruchu, jakby była związana. Wiedziała, że Sylwja udaje jeno, że śpi, a niebawem ma nadejść Tullio. Po chwili usłyszała skrzyp posadzki w kurytarzu, oraz ostrożne, skradające się kroki. Ujrzała, jak Sylwja podnosi głowę z poduszki, spuszcza nogi, wstaje i podchodzi do otwierających się właśnie drzwi. Anetka chciała też wstać, ale nie mogła. Jakby to posłyszała, Sylwja obróciła się, przystąpiła do jej łóżka, spojrzała i pochyliła się, by lepiej widzieć. Nie wyglądała zgoła jak Sylwja prawdziwa, nie była do niej podobna, a jednak była Sylwją i śmiała się, złośliwie odsłaniając dziąsła. Miała długie, czarne włosy, proste, twarde i sztywne, które w pochyleniu opadały na twarz Anetki, wciskając się w jej oczy i usta. Czuła na języku smak tej ordynarnej grzywy i odór jej gorący. Twarz rywalki zbliżała się coraz to bardziej, wreszcie Sylwja odkryła kołdrę i weszła. Anetka uczuła twarde kolano na swem biodrze. Dławiło ją w gardle. Sylwja miała nóż, a ostrze jego dotknęło gardła ofiary, która broniła się, wrzeszcząc... Znalazła się w ciszy pokoju, na rozburzonem łóżku. Sylwja spała spokojnie. Anetka słuchała, wstrzymując bicie serca, owego ukojnego oddechu siostry, a przytem drżała z nienawiści i strachu...
Nienawidziła... Kogóż to... a kogo kochała? Surowo sądziła Tullia, nie szanowała go, bała się nawet i nie miała doń żadnego zaufania. A mimo to gotową była dla tego człowieka, nieznanego przed dwoma tygodniami i który był jej niczem, nienawidzić tę, która była jej siostrą, którą kochała najgoręcej... tę, którą kochała dotąd... (nie... tak... której nigdy kochać nie przestała). Oddałaby natychmiast człowiekowi temu resztę swego życia. Ach... jakże to możliwe, jak możliwe?...
Strach ją ogarnął, ale mogła jeno stwierdzić potęgę szaleństwa. W pewnych chwilach błysk zdrowego sensu, poryw ironji, nawrót fali dawnego przywiązania do Sylwji unosił jej głowę ponad prąd. Ale starczyło spojrzenia zazdrosnego, widok Tullia szepcącego z Sylwją, by zapadła zaraz w toń.
Najwyraźniej cofała się w walce i dlatego to właśnie namiętność wzrastała. Była niezręczna, nie umiała skrywać ran zadanych swej godności. Tullio, dobry władca, zgodziłby się nie czynić wyboru i rzucić obydwom chustkę. Sylwja podniosłaby ją zaraz, bez żadnych fochów, rezerwując sobie na potem wyuczenie Tullia, by tańczył, jak mu zagra. Nic sobie nie robiła z tego, że ten Don Juan uszczknie zapewne parę jagódek z winnicy Anetki. Nawet gdyby się to jej nie podobało, nie okazywałaby niezadowolenia. Wszakże można udawać... Anetka była do tego niezdolna, nie uznawała podziału i zbyt jasno podkreślała, jaką czuje odrazę do podwójnej gry Tullia.
Tullio stał się wobec niej chłodniejszy. Owa powaga namiętności była mu nie na rękę, nudziła go. Można brać czasem miłość serjo, ale nadmiar uczyniłby z niej zadanie, gdy ma pozostać jeno przyjemnością. Wyobrażał sobie namiętność pod postacią primadonny, która, skończywszy swą wielką kawatinę, zwraca się do publiki z wyciągniętemi ramionami i składa ukłon. Namiętność Anetki nie znała publiki, grała ona jeno dla siebie, przeto grała źle...
Była nadto prawdziwa, zbyt naprawdę namiętna i nie mogła się przystosować, poprawić, wystylizować rysów swych codziennych przejść, utrapień i niedoskonałości, jak to czyni każda rozsądna kobieta, kilka razy na dzień, zmazując je, lub łagodząc. Nie wyglądała także teraz korzystnie, brzydła nawet w miarę odczuwania porażki.
Sylwja triumfowała i pewna wygranej, spoglądała na pogrążoną siostrę z ironją, pełną zadowolenia, zaprawną odrobiną złośliwości, a także, politowania...
— Masz co ci się należy! — myślała. — Tegoś sama przecież chciała, czemuż się tedy boczysz? Masz minę obitego psa...
Chwilami miała ochotę pobiec do niej i objąć serdecznie w ramiona, ale za lada zbliżeniem Anetka stawała się tak wroga, że dotknięta tem Sylwja obracała się do niej plecami, mrucząc:
— Nie chcesz, moja droga? I owszem. Rób co ci się podoba, mniejsza z tem! Każdy sobie rzepkę skrobie. Jeśli ta idjotka cierpi, to jej własna wina, czemuż zachowuje się zawsze tak śmiesznie serjo?
(Wszyscy byli tego samego zdania).
Anetka wycofała się wkońcu z walki. Sylwja z Tulliem organizowała przedstawienie żywych obrazów, w których miała ukazać wszystkie swe powaby i kilka innych w dodatku. (Ta mała czarownica paryska umiała przy pomocy kilku szmatek przeistaczać się ciągle, tworzyć sobowtóry, piękniejsze jeszcze od oryginału, które jednak razem wzięte czyniły oryginał stokroć pożądańszym). Klęskę poniosłaby Anetka, chcąc na tym terenie walczyć z siostrą. Wiedziała o tem i, uznając się zgóry za pobitą, usunęła się od udziału pod pozorem niedyspozycji, co zresztą uzasadniał jej wygląd obecny. Tullio nie nalegał wcale. Zrezygnowawszy, uczuła atoli natychmiast żal, że wyzbyła się wszelkiej broni. Walka beznadziejna nawet, mieści w sobie nadzieję. Teraz musiała zostawić Sylwję sam na sam z Tulliem przez część dnia. Umyśliła tedy brać udział w każdej próbie, by im przeszkadzać. Ale stało się przeciwnie, podniecała ich jeno. Ta bezczelna dziewczyna powtarzała na złość po dziesięć razy scenę porwania zemdlonej odaliski przez korsarza bajronowskiego, który błyskał oczyma, zgrzytął zębami, miał ruchy demoniczne, kocie i gotów był rzucać się, niby rozżarty jaguar. Grał swą rolę, jakby chciał cały Palace-Hotel spalić i wymordować. Sylwja ze swej strony starczyła za dwadzieścia tysięcy hurys, drapiących po brodzie proroka w raju.
Nadszedł dzień przedstawienia. Anetka siedziała w ostatnim rzędzie, na szczęście zapomniana przez rozentuzjazmowaną publiczność. Nie mogąc dotrwać do końca, wyszła storturowana, z płonącą głową. Czuła gorycz w ustach. Przeżuwała cierpienie swoje, wzgardzona namiętność żarła jej wnętrzności.
Szła przez łąki, otaczające hotel, ale nie była w stanie odejść daleko i krążyła ciągle wokół płonącej światłem sali. Słońce zaszło, zapadł mrok. Instynktem zwierzęcym kierowana, śledziła zazdrośnie te drzwi, któremi zapewne wyjdą oboje, małe drzwiczki, pozwalające aktorom dostać się do magazynu kostjumów w skrzydle gmachu, bez przechodzenia przez salę. Wyszli też rzeczywiście i, nie oddalając się bardzo, przystanęli na pociemniałej już łące. Skryta za kępą drzew, Anetka słyszała rozmowę i nieustanny śmiech Sylwji.
— Nie, nie tej nocy! — mówiła.
Tullio nalegał.
— Dlaczegoż to?
— Przedewszystkiem chcę się wyspać.
— Dużo jeszcze zostanie czasu na sen!
— O, nigdy mi nie za wiele snu!
— Więc dobrze, jutro w nocy?
— Ani jutro, ani następnych. Zresztą w nocy nie jestem sama. Śledzi mnie ktoś i pilnuje.
— Więc wszystko na nic?
Na to odrzekła, wijąc się od śmiechu, wyuzdana Sylwja:
— Ależ ja się nie boję dnia, wcale! Czyżbyś się go pan obawiał?
Anetka nie była w stanie słuchać dalej. Ogarnął ją wstręt, wściekłość, ból i pobiegła przez pola, osłonione ciemnością nocy. Może usłyszeli odgłos jej szaleńczego biegu i szelest gałęzi, które potrącała, jak uciekające w popłochu zwierzę. Nie troszczyła się tem wcale, było jej to obojętne, uciekała, uciekała coraz dalej, nie wiedząc, dokąd zmierza. Biegła, jęcząc i nie widząc nic przed sobą, biegła pięć minut, dwadzieścia minut, godzinę całą... nie mogła liczyć czasu. Wreszcie potknęła się o jakiś korzeń i padła jak długa, uderzając głową w pień drzewa. Zaczęła krzyczeć i wyć, przyciskając do ziemi usta, jak ranne zwierzę.
Wokoło niej była noc, niebo bez księżyca, bez gwiazd, czarne, ziemia niema, bez tchnienia, bez brzęku owadów, martwa. Lekko jeno szemrał strumień po kamykach, u stóp sosny, o którą uderzyła czołem, i zdala dolatywał od gardzieli skalnej, dominującej nad doliną, łomot górskiego potoku. Jęk ten łączył się z jękiem zranionej kobiety i zdał się być wiekuistym lamentem ziemi.
Jak długo krzyczała, nie myślała o niczem, ciałem jej wstrząsało konwulsyjne łkanie. Spadł ciężar, którego brzemię gniotło ją od tylu już dni. Umysł milczał. Wreszcie wyczerpana, przestała jęczeć, a ból i myśl wróciły zaraz. Anetka uświadomiła sobie, jak jest samotna, opuszczona i zdradzona. Myśl nie wychodziła poza ten krąg, nie miała sił zgromadzić rozproszonej trzody, nie miała nawet siły wstać. Leżała na ziemi bezwładna. Ach, gdybyż ziemia przyjąć ją chciała w siebie!... Tętniący potok górski mówił i myślał za nią, chłodził i obmywał jej ranę.
Po jakimś czasie (musiał to być długi czas) prostracji i bólu, Anetka podniosła się, zbolała. Kontuzja czoła dokuczała jej bardzo, a ten ból fizyczny odwrócił jej myśl od moralnego, sprawiając ulgę. Zanurzyła w wodzie podrapane dłonie i ochłodziła niemi zranione, palące czoło. Siedziała, przykładając mokre ręce do czoła i oczu, a ciało jej przenikał zamróz lodowy. Oddalała się zwolna od cierpienia swego, oczy obce patrzyły na jęki cierpienie, zatracając coraz to bardziej sens tych uniesień. Myślała:
— Pocóż to? Naco? Czyż warto?
Potok górski dudnił z oddali:
— Szaleństwo, szaleństwo, szaleństwo... wszystko daremne, wszystko jest niczem...
Anetka uśmiechnęła się gorzko, litośnie:
— Czegóżem chciała? Już sama nie wiem! Gdzież jest owo wielkie szczęście? Niech je bierze, kto chce! Nie sprzeciwię się...
Potem nagle zaczęły wracać niby fale obrazy owego szczęścia, którego mimo wszystko pożądała, i gorące tchnienia tych żądz, które ogarnęły i ogarniać będą długo jeszcze jej ciało, choć rozum je negował. Śladem wyżłobionym ich ostrogą wlokły się uniesienia żalu. Wytrzymała ich atak zgięta, milcząca, jakby tłuczona skrzydłami przelatującego wichru. Potem, podnosząc głowę, rzekła głośno:
— Nie mam racji... Sylwji należy się więcej miłości... tego wymaga sprawiedliwość... nadaje się lepiej do kochania. Jest piękniejsza, wiem to i kocham ją, kocham za to właśnie, iż taką jest. Powinnam się tedy radować jej szczęściem. Jestem egoistka. Ale czemuż, ach czemuż kłamała. Boli mnie to tylko, mniejsza o resztę! Czemuż mnie oszukała? Czemuż nie wyznała szczerze, że go kocha? Czemuż zachowuje się, jak wróg? Ach, jest w niej pozatem dużo cech, którychbym widzieć nie chciała, dużo rzeczy nieczystych, niedobrych, niepięknych... Ale to nie jej wina. Czyż wiedziała co czynić? Jakież to życie wiodła od młodości? Czyż mam prawo czynić jej wyrzuty? Czyż byłam szczerą? Czyż sama jestem czystsza? Czyż tego samego nie było we mnie... czyż tego niema dotąd? Wiem, że tkwi, że jest...
Westchnęła znużona, potem rzekła:
— Dość tego! Trzeba skończyć! Jestem starsza, a mimo to bardziej szalona! Niechże Sylwja będzie szczęśliwa! Ale powiedziawszy dość tego, siedziała jeszcze chwilę bez ruchu, wsłuchując się w ciszę, marząc i gryząc końce podrapanych palców. Potem westchnęła, wstała bez słowa i ruszyła zpowrotem.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Romain Rolland i tłumacza: Franciszek Mirandola.