Strona:Romain Rolland - Dusza Zaczarowana I.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


a ciało jej przenikał zamróz lodowy. Oddalała się zwolna od cierpienia swego, oczy obce patrzyły na jęki cierpienie, zatracając coraz to bardziej sens tych uniesień. Myślała:
— Pocóż to? Naco? Czyż warto?
Potok górski dudnił z oddali:
— Szaleństwo, szaleństwo, szaleństwo... wszystko daremne, wszystko jest niczem...
Anetka uśmiechnęła się gorzko, litośnie:
— Czegóżem chciała? Już sama nie wiem! Gdzież jest owo wielkie szczęście? Niech je bierze, kto chce! Nie sprzeciwię się...
Potem nagle zaczęły wracać niby fale obrazy owego szczęścia, którego mimo wszystko pożądała, i gorące tchnienia tych żądz, które ogarnęły i ogarniać będą długo jeszcze jej ciało, choć rozum je negował. Śladem wyżłobionym ich ostrogą wlokły się uniesienia żalu. Wytrzymała ich atak zgięta, milcząca, jakby tłuczona skrzydłami przelatującego wichru. Potem, podnosząc głowę, rzekła głośno:
— Nie mam racji... Sylwji należy się więcej miłości... tego wymaga sprawiedliwość... nadaje się lepiej do kochania. Jest piękniejsza, wiem to i kocham ją, kocham za to właśnie, iż taką jest. Powinnam się tedy radować jej szczęściem. Jestem egoistka. Ale czemuż, ach czemuż

107