Dusza Zaczarowana/I/Część pierwsza/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Romain Rolland
Tytuł Dusza Zaczarowana
Podtytuł I. Anetka i Sylwja
Część pierwsza
Data wydania 1927
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Drukarz Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Lwów; Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. L’Âme enchantée
Podtytuł oryginalny I. Annette et Sylvie
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część pierwsza
Pobierz jako: Pobierz Cała część pierwsza jako ePub Pobierz Cała część pierwsza jako PDF Pobierz Cała część pierwsza jako MOBI
Cała księga I
Pobierz jako: Pobierz Cała księga I jako ePub Pobierz Cała księga I jako PDF Pobierz Cała księga I jako MOBI
Indeks stron

Niezmiernie upalne lato tego roku sprawiłlo, że w połowie sierpnia poschły liście drzew pięknego ogrodu, a Sylwja chwytała nocą w rozwarte usta chciwie każdy dech wiatru. Przyszła już do siebie, ale była jeszcze blada i nie miała apetytu. Zawsze jadała niewiele i chętnie poprzestałaby na porcji lodów, czy kilku owocach miast obiadu. Ale czuwała Anetka i gniewała się. Miała teraz sporo zajęcia, bowiem postanowiła nakoniec wyjazd w góry, odkładany z tygodnia na tydzień, z uboczną myślą, że się bez niego obejdzie. Chciała mieć siostrę wyłącznie dla siebie, na całe lato.
Udały się do pewnej miejscowości klimatycznej w kantonie Graubündten, znanej Anetce z dawnego pobytu, jako cichy i skromny zakątek starej Szwajcarji. Ale w ciągu lat kilku wszystko się zmieniło i znalazły się w wielkim, rojnym hotelu, pełnym służby i pretensji. Przez łąki wycięto drogi automobilowe, a z głębi lasu dolatywał zgrzyt elektrycznego tramwaju. Anetka chciała zaraz uciekać, ale były zmęczone długą podróżą w skwarze, nie wiedziały dokąd jechać, i miały też ochotę wyciągnąć się na łóżkach bez ruchu, bo mimo zmian, powietrze zachowało swą krystaliczną czystość. Sylwja ssała je, niby lody w Paryżu, zjadane rozkosznie z miseczki przekupnia wędrownego, pośród zgiełku ulicy. Powiedziały sobie, że zabawią dni kilka, aż miną upały, potem nawykły, pociągnięte urokiem miejsca.
Sezon był w pełni, match tenisowy ściągnął dziarską młodzież, czterech co najmniej narodowości, odbywały się bale i małe przedstawienia. Rój brzękliwy tłoczył się, flirtował i paradował. Anetka obeszłaby się bez tego, ale Sylwję bawiło to szczerze, a radość jej udzieliła się siostrze. Obie miały dobre humory i nie było powodu odpychać rozrywek przystojnych ich wiekowi.
Młode, wesołe, pociągające, każda na swój sposób, zgromadziły wokoło siebie niebawem mnóstwo osób. Anetka promieniowała pięknością, zmieniła się jeszcze bowiem na korzyść w środowisku sportu i w pełni słońca. Silna, zwinna, zamiłowana w chodzeniu i grach ruchowych, była w tenisie pierwszorzędną partnerką, o pewnem oku, elastycznych ruchach, a wprawna jej dłoń miotała błyskawiczne ryposty. Zazwyczaj powściągliwa w gestach, w momentach decydujących miała przedziwny rozmach i ciosy jej piorunowały. Zachwycona Sylwja klaskała w ręce, patrząc na jej grę, była dumną z siostry i podziwiała ją tem bardziej, że sama się czuła niezdolną do naśladowania. Nie nadawała się do gier sportowych ta wiotka paryżanka i nie miały dla niej wielkiego uroku. Za dużo wymagały ruchu, uznała tedy, że przyjemniej i roztropniej zostać spektatorką, ale nie marnowała wcale czasu.
Otoczona małym dworem królowała tak, jakby nic innego nie robiła przez całe życie. Sprytna dziewczyna podpatrzyła światowe damy i umiała wybrać to, co było trafne i łatwe do naśladowania. Z miną obojętną, rozkosznie roztargniona, bacznie śledząc wszystko uchem i okiem, nie traciła niczego. Najlepszym jej modelem była sama Anetka, którą kopjowała w licznych szczegółach, ale nadawała tej kopji różne warjanty, w pewnych wypadkach przechodząc nawet do czegoś wprost przeciwnego, mianowicie tam, gdzie szło o zamarkowanie wyrafinowanej perwersji, co stanowiło jedną więcej atrakcję. Okazywała więcej jeszcze inteligencji w nieprzekraczaniu granic terytorjum, po którem stąpała pewną stopą. Tutaj brylowała wprost zachowaniem, postawą i tonem, była pełną dystynkcji, urozmaiconej cieniem ekstrawagancji. Anetka śmiała się mimowoli, słysząc, jak wykłada swemu dworowi z zachwycającym tupetem to, czego się od niej dowiedziała dnia poprzedniego. Sylwja rzucała jej figlarne spojrzenie i śmiała się także. Nietrudno było ją, coprawda, w konwersacji zapędzić w matnię, bo mimo sprytu i doskonałej pamięci musiałaby zdradzić się z nieuctwem, ale nie dopuszczała do tego, pilnowała swych granic, a przytem umiała dobierać partnerów.
Byli to przeważnie młodzi sportowcy cudzoziemscy, Anglosasi i Rumuni, wrażliwsi na błąd gry, niż błąd wyrażenia. Pierwszym ulubieńcem małego kółka kobiecego był pewien Włoch, noszący dźwięczne nazwisko starej rodziny lombardzkiej (wymarłej od wieków zresztą, ale nazwisko, jak wiadomo, nigdy nie umiera). Był to typ, znany pośród modnej młodzieży, związany raczej z epoką, niż rasą, a składa się nań Amerykanin z Fifth Avenue i kondotjer Quatrocenta. Połączenie to wytwarza dość dostojne osobniki (operowe) pięknych chłopców, smukłych, prostych, dobrze zbudowanych, o okrągłych głowach i wygolonych twarzach, ciemnych włosach i płomiennych oczach, wydatnych, zdobywczych nosach, nozdrzach sinawych i grubych, mocnych szczękach. Tullio poruszał się elastycznie i wypinał pierś. W zachowaniu przebijało dostojeństwo, uprzejma kurtuazja i brutalizm. Był człowiekiem, któremu się oprzeć niesposób, a serca leżały pod jego stopami. Ale nie schylał się po nie, czekając, by mu je podano do ręki.
Dlatego może właśnie, że Anetka nie podała mu swego, zwrócił na nią pierwszą uwagę. Jako szampjon tenisu, ocenił w pełnej mierze fizyczne zalety silnej dziewczyny, a w rozmowie przekonał się, że mają też inne wspólne, sportowe upodobania, jak jazdę konną i żeglarstwo, uprawiane przez Anetkę z pasją, jak wszystko zresztą. Wielki nos jego wyczuł nadmiar energji, pełniący to ciało dziewicze, i uczuł pożądanie. Anetka dostrzegła tę żądzę, zraniło ją to, a podbiło jednocześnie. Silne potrzeby fizyczne, przez całe lata klauzurowane, rozpłomieniły się teraz pośród wspaniałego lata, w środowisku młodzieży myślącej jeno o użyciu, oraz w rozmachu gry. Ostatnie tygodnie spędzone z Sylwją, swawolne jej słowa, nadzwyczajna czułość, jaką przesiąkła, wszystko to zmąciło jej naturę, której istotę znała tak mało i niedokładnie. Dom źle był strzeżony przed atakiem zmysłów i po raz pierwszy Anetka poczuła ukąszenie namiętności płciowej. Zawstydziła się i rozgniewała, jakby dostała w twarz, ale pożądanie nie znikło. Miast cofnąć się, stawiła mu czoło chłodna, dumna, z drżącem sercem. On zaś, okrywając, jak zawsze, zupełną obojętnością żarłoczną chętkę, fascynującą go, rozgorzał tem więcej, że spostrzegł, iż go zrozumiała i stanęła mu wbrew. Rozpoczął się inny match, w odmienny sposób roznamiętniający. Przyszło do ciężkich zmagań, padły groźne ciosy, a nazewnątrz nie było nic widać. Kłonił się z uprzejmością samczą, by ją pocałować w rękę, a podczas gdy uśmiechał się z dumnym wdziękiem, ona czytała w jego oczach:
— Będziesz moją!
Bez drgnienia warg odparła:
— Przenigdy!
Sylwja śledziła pojedynek spojrzeniem rysia, bawił ją, a przytem nabrała ochoty wzięcia w nim udziału. Jakiegóż to? Nie wiedziała dobrze... Pragnęła się rozerwać... dopomóc Anetce... oczywiście. Chłopak był śliczny, Anetka także. Jakże upiększało ją każde silne uczucie! Ta duma jego płomienna, to czoło młodego byczka, gotującego się do walki, te fale nagłych rumieńców, ta nagła bladość. Sylwji zdawało się, że widzi dreszcze, przebiegające po jego ciele. Zapalił się do tej gry...
— Nic z tego, chłopcze... — mówiła – nic, nie zdobędziesz jej wbrew woli. Niewiadomo czy chce, czy nie! Zdecydujże się, Anetko. Jest twój, skończ z nim! Glupia dziewczyna, nie wie o niczem... Ano trzeba jej dopomóc.
Zaznajomili się, wychwalając razem Anetkę. Włoch był podbity naprawdę. Uradowana, z rozbłysłemi oczyma, Sylwja rozpływała się w zachwytach nad siostrą i czyniła to bardzo zręcznie. Równie zręcznie jednak uzbroiła się we wszystkie powaby swoje, a gdy raz zaczęła grę, nic jej już powstrzymać nie było w stanie. Daremnie mówiła sama:
— Teraz bądź rozsądna, dość tego, posuwasz się za daleko.
Temperament ją ponosił, musiała być mu powolną. To ją bawiło! Oczywiście, ten idjota zapalił się odrazu. O, jakże głupi są mężczyźni? Myślał, że wdzięczy się doń dla jego pięknych oczu... Coprawda, piękne to były oczy... Cóż teraz uczyni ryba, pośród dwu haczyków? Czyżby miał pretensję posiąść obie razem? Na którąż się zdecyduje? Dalejże, chłopcze, wybieraj!
Nie uczyniła nic, by mu wybór ułatwić, nie cofnęła się poza Anetkę, a Anetka nie ustępowała również. Od tej chwili czyniła instynktowne wysiłki, by usunąć Sylwję. Siostry kochały się czule, Sylwja była równie dumną z pochwał, oddawanych Anetce, jak Anetka z wrażenia, jakie czyniła Sylwja. Doradzały sobie wzajem, baczyły na szczegóły tualetowe. Wiedziały doskonale, jak kontrastowaniem podnosić wzajemne zalety, to też na wieczorkach hotelowych pociągały spojrzenia wszystkich. Ale właśnie, miast korzyści, spojrzenia owe wywoływały pomiędzy niemi rywalizację. Daremnie się broniły i tańcząc mimowoli szacowały wzajem sukcesy swoje, a zwłaszcza powodzenie u tego, który je zajmował, stanowczo dużo więcej, niżby były chciały... Zajmował je właśnie od czasu, kiedy nie wiedział, która go więcej zajmuje. Na widok zainteresowania się Tullia siostrą, zaczynała doznawać Anetka nieokreślonej przykrości. Obie tańczyły dobrze, a każda w inny sposób. Anetka starała się ile sił wziąć górę i w oczach znawców odnosiła zwycięstwo, ale mniej poprawna Sylwja oddawała się więcej danserowi, a w momentach, kiedy czuła, że ją Anetka obserwuje, stawała się wprost uwodzicielską. Tullio uległ i Anetka spostrzegła, że została opuszczoną. Przetańczywszy z sobą szereg tańców, Tullio i Sylwja wyszli, rozmawiając i śmiejąc się, na dwór. Była piękna noc letnia. Anetka nie mogła się powściągnąć i również opuściła salon. Nie śmiejąc iść za nimi w głąb ogrodu, umyśliła przynajmniej patrzeć na nich z oszklonej galerji u wnijścia i dostrzegła w istocie w alei pochyloną ku sobie i całującą się parę.
Zmartwienie to jednak było niczem wobec tego, jakie ją niebawem spotkać miało. Wróciła do siebie i usiadła w ciemności. Po chwili weszła Sylwja. Była ożywiona, krzyknęła, znajdując ją samą, bez światła, pogładziła jej ręce, ucałowała policzki i zasypała tysiącznemi, zwyczajnemi serdecznościami. Anetka powiedziała, że dostała nagle migreny, musiała tedy opuścić zabawę i spytała siostry, jak spędziła resztę wieczora, oraz czy była na przechadzce z Tulliem. Sylwja odrzekła z naiwną minką, że nie była i nie wie, co się z Tulliem stało. Dodała, że Tullio zaczyna ją doprowadzać do pasji, gdyż niecierpi zbyt pięknych mężczyzn, że jest płytki, nudny i głupawy potrochu. Powiedziawszy to, poszła spać, nucąc półgłosem walca.
Anetka spać nie mogła, Sylwja natomiast chrapała w najlepsze, nie wiedząc, jaką rozpętała burzę. Anetka była łupem demonów, to, co zaszło, stanowiło katastrofę i to podwójną. Sylwja była jej rywalką i Sylwja kłamala. Sylwja, jej ukochana siostra, jej radość i wiara...! Wszystko się zapadło. Nie mogła jej już kochać... Nie kochać? Czyż była to w stanie uczynić? O, jakże ta miłość zakorzeniła się w niej... głębiej niż sądziła...! Czyż jednak można kochać kogoś, kim się pogardza? Niczemby była jeszcze zdrada siostry... gorsza rzecz to to... no, cóż? Szło o tego człowieka, którego Anetka nie szanowała, nie kochała... a pokochała teraz... nie, nie... którego pożądać zaczęła. Zazdrość i duma gorączkowo domagały się, by za każdą cenę odebrała go tamtej, lub przynajmniej nie dała go sobie tamtej wydrzeć („tamta“, oto czem się stała Sylwja dla siostry!...)
Ni na godzinę tej nocy nie zmrużyła oka. Pościel parzyła jej ciało. Z drugiego łóżka dolatywał cichy szmer snu istoty niewinnej.
Gdy się znalazły rankiem oko w oko, Sylwja spostrzegła zaraz, że wszystko ma się inaczej, i nie mogła odgadnąć przyczyny. Anetka miała oczy podkrążone, była blada, twarda, dumna, ale przedziwnie piękna (piękniejsza i brzydsza jednocześnie, jakgdyby na jakiś apel podniosły głowy wszystkie tajne moce jej duszy). Zbrojna w pychę, zimna, wroga, zamknięta w sobie, patrzyła i słuchała Sylwji paplającej jak zwykle głupstwa, oddała jej ledwo: dzień dobry i wyszła z pokoju... Szczebiot Sylwji urwał się wpół słowa. Wyszła również i ujrzała Anetkę schodzącą na dół...
Teraz zrozumiała. Anetka spostrzegła Tullia, siedzącego w hallu, i najkrótszą drogą podeszła prosto do niego. I on zrozumiał, że sytuacja doznała zmiany. Ona siadła przy nim i zaczęli rozmawiać o rzeczach banalnych. Trzymając sztywno głowę, patrzyła przed się, pogardliwie unikając jego oczu. Ale nie miał wątpliwości, że wpija w niego wzrok. Spojrzenie to, skryte pod niebieskawemi powiekami, pytało:
— Czy chcesz mnie?
Zadowolony, opowiadał jakąś głupią historyjkę, patrząc na swe paznokcie, a jednocześnie badał z pod oka, niby tygrys, jej ciało i nabrzmiałe piersi. Pytał w milczeniu:
— Więc i ty chcesz?
— Chcę, byś mnie chciał! — odrzekły jej oczy.
Sylwja nie wahała się ni chwili. Okrążywszy hall, zbliżyła się, wzięła krzesło i usiadła pomiędzy Anetką a Tulliem. Irytacja Anetki przejawiła się spojrzeniem, jedynem spojrzeniem, ale starczyło, był to strzał pogardy prosto w oczy go Sylwji. Powieki jej zadrgały, udała, że nie widzi, ale najeżyła się, niby kotka pod wpływem prądu elektrycznego. Uśmiechnięta czekała sposobności, by ugryźć. Anetka ignorując obecność siostry, nie licząc się z jej słowami, rozmawiała ponad jej głową z zażenowanym Tulliem, czasem też, zmuszona jej słuchać, podkreślała uśmiechem, lub słowem ironicznem ten i ów z rozlicznych błędów językowych, zdobiących dyskurs, których wyplenić z ogródka swego dotąd, mimo swej zręczności, nie mogła mała plebejka. Śmiertelnie zraniona Sylwja przestała widzieć przed sobą siostrę i myśląc jeno o rywalce, mruknęła:
— Odpłacę ci z nawiązką!
Wzniesiona wgórę warga jej drgnęła i w myśl zasady: ząb za ząb, oko za oko... nie, dwoje oczu za jedno... rzuciła się w bój. Jakże nierozważną była Anetka! Sylwja nie krępowała się, jak ona, dumą, a każda broń była jej dobrą. Anetka, opancerzona pychą, uważałaby się za zdegradowaną, gdyby Tullio dostrzegł cień jej pożądania. Sylwję nie obchodziły wcale te skrupuły i postanowiła zagrać mu piosenkę najbardziej pochlebną.
— Co wolisz? — pomyślała. — Czy dostojną pogardę, czy miły podziw?
Znała mężczyznę, owo pyszne zwierzę, a Tullio specjalnie lubił kadzidło. To też dała mu go do syta. Naiwnie, bezwstydnie i z całym spokojem, wyuzdana dziewczyna zaczęła wyliczać doskonałości młodego Gattamalaty z Palace-Hotelu, dotyczące ciała, ducha i stroju. Położyła zwłaszcza nacisk na stroju, gdyż jak sądziła, na tem mu najbardziej zależeć musiało. Lubił hołdy wszelakie, to pewne, ale nikt mu nie mówił, że jest piękny, zaś zalety ducha gwarantowało wielkie jego nazwisko. Ale strój stanowił dzieło osobiste, tedy musiał być wrażliwy na opinję wytrawnej paryżanki. Sylwja lustrowała go od stóp do głowy okiem znawczyni, ubawiona niektóremi dowodami naiwności i zamiłowania jaskrawizny, a Anetka rumieniła się ze wstydu i złości. Podstęp siostry wydał jej się tak ordynarnym, że spytała w duchu:
— Czyż możliwe, by to zniósł?
Ale zniósł wyśmienicie i nawet rozanielił się poprostu. Przeszedłszy stopniowo z pomarańczowej krawatki, do fioletowego paska i skarpetek złotozielonych, Sylwja zamilkla, przyszła jej bowiem doskonała myśl. Zachwycając się wykwintnemi nogami Tullia (z których był bardzo dumny), pokazała swoje, w istocie prześliczne. Z kokieterją podlotka odkryła nogę po kolana i zbliżyła do jego nogi, niby to porównując, potem zaś zwracając się do Anetki, rozpartej z pogardliwą miną w swem rocking-chair, powiedziała z rozkosznym uśmiechem:
— Pokaż też i swoje, droga moja!
Błyskawicznym ruchem odsłoniła je, ukazując kostki, łydki i całe nieco ciężkie kolumny nóg Anetki. Trwało to ledwo dwie sekundy, Anetka wyrwała spódnicę z jej pazurów, które cofnęły się zadowolone, bowiem Tullio widział, co trzeba.
Nie poprzestając na tem, przez cały ranek wymyślała różne sposoby porównań, niby to mimowolnych, na których jednak nie najlepiej wychodziła Anetka. Pod pozorem zasięgnięcia opinji Tullia co do bluzki, kołnierzyka, czy szarfy, zwracała umiejętnie jego uwagę na to, co było u niej piękne, a co mniej pięknem było u siostry. Anetka drżała, udawała, że nie słyszy, a trzymała się siłą mocy, by jej nie zadławić. Sylwja z niezrównanym powabem posyłała jej całusa po każdem świństewku, czasem jednak krzyżowały się ich wejrzenia.
Anetka mówiła: — Gardzę tobą!
Sylwja odpowiadała: — Ha, trudno, ale on mnie kocha jedynie!
— Nie! Nie! — wołała Anetka.
— Tak! Tak! — odpowiadała Sylwja.
Zamieniały prowokujące błyski oczu.
Anetka nie mogła długo ukrywać urazy pod uśmiechem, niby węża wśród kwiatów. Gdyby trwała na stanowisku dłużej, byłaby wybuchła krzykiem. Wstała tedy nagle i zostawiła Sylwji pole. Odeszła z podniesioną głową, rzucając jej ostatnie spojrzenie szyderstwa, przekorne zaś oczy Sylwji odpowiedziały:
— Pokaże się, kto będzie górą!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Romain Rolland i tłumacza: Franciszek Mirandola.