Strona:Romain Rolland - Dusza Zaczarowana I.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mawiać o rzeczach banalnych. Trzymając sztywno głowę, patrzyła przed się, pogardliwie unikając jego oczu. Ale nie miał wątpliwości, że wpija w niego wzrok. Spojrzenie to, skryte pod niebieskawemi powiekami, pytało:
— Czy chcesz mnie?
Zadowolony, opowiadał jakąś głupią historyjkę, patrząc na swe paznokcie, a jednocześnie badał z pod oka, niby tygrys, jej ciało i nabrzmiałe piersi. Pytał w milczeniu:
— Więc i ty chcesz?
— Chcę, byś mnie chciał! — odrzekły jej oczy.
Sylwja nie wahała się ni chwili. Okrążywszy hall, zbliżyła się, wzięła krzesło i usiadła pomiędzy Anetką a Tulliem. Irytacja Anetki przejawiła się spojrzeniem, jedynem spojrzeniem, ale starczyło, był to strzał pogardy prosto w oczy go Sylwji. Powieki jej zadrgały, udała, że nie widzi, ale najeżyła się, niby kotka pod wpływem prądu elektrycznego. Uśmiechnięta czekała sposobności, by ugryźć. Anetka ignorując obecność siostry, nie licząc się z jej słowami, rozmawiała ponad jej głową z zażenowanym Tulliem, czasem też, zmuszona jej słuchać, podkreślała uśmiechem, lub słowem ironicznem ten i ów z rozlicznych błędów językowych, zdobiących dyskurs, których

94