Strona:Romain Rolland - Dusza Zaczarowana I.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


On zaś, okrywając, jak zawsze, zupełną obojętnością żarłoczną chętkę, fascynującą go, rozgorzał tem więcej, że spostrzegł, iż go zrozumiała i stanęła mu wbrew. Rozpoczął się inny match, w odmienny sposób roznamiętniający. Przyszło do ciężkich zmagań, padły groźne ciosy, a nazewnątrz nie było nic widać. Kłonił się z uprzejmością samczą, by ją pocałować w rękę, a podczas gdy uśmiechał się z dumnym wdziękiem, ona czytała w jego oczach:
— Będziesz moją!
Bez drgnienia warg odparła:
— Przenigdy!
Sylwja śledziła pojedynek spojrzeniem rysia, bawił ją, a przytem nabrała ochoty wzięcia w nim udziału. Jakiegóż to? Nie wiedziała dobrze... Pragnęła się rozerwać... dopomóc Anetce... oczywiście. Chłopak był śliczny, Anetka także. Jakże upiększało ją każde silne uczucie! Ta duma jego płomienna, to czoło młodego byczka, gotującego się do walki, te fale nagłych rumieńców, ta nagła bladość. Sylwji zdawało się, że widzi dreszcze, przebiegające po jego ciele. Zapalił się do tej gry...
— Nic z tego, chłopcze... — mówiła – nic, nie zdobędziesz jej wbrew woli. Niewiadomo czy chce, czy nie! Zdecydujże się, Anetko. Jest twój,

89