Strona:Romain Rolland - Dusza Zaczarowana I.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie, nie tej nocy! — mówiła.
Tullio nalegał.
— Dlaczegoż to?
— Przedewszystkiem chcę się wyspać.
— Dużo jeszcze zostanie czasu na sen!
— O, nigdy mi nie za wiele snu!
— Więc dobrze, jutro w nocy?
— Ani jutro, ani następnych. Zresztą w nocy nie jestem sama. Śledzi mnie ktoś i pilnuje.
— Więc wszystko na nic?
Na to odrzekła, wijąc się od śmiechu, wyuzdana Sylwja:
— Ależ ja się nie boję dnia, wcale! Czyżbyś się go pan obawiał?
Anetka nie była w stanie słuchać dalej. Ogarnął ją wstręt, wściekłość, ból i pobiegła przez pola, osłonione ciemnością nocy. Może usłyszeli odgłos jej szaleńczego biegu i szelest gałęzi, które potrącała, jak uciekające w popłochu zwierzę. Nie troszczyła się tem wcale, było jej to obojętne, uciekała, uciekała coraz dalej, nie wiedząc, dokąd zmierza. Biegła, jęcząc i nie widząc nic przed sobą, biegła pięć minut, dwadzieścia minut, godzinę całą... nie mogła liczyć czasu. Wreszcie potknęła się o jakiś korzeń i padła jak długa, uderzając głową w pień drzewa. Zaczęła krzyczeć i wyć, przyciskając do ziemi usta, jak ranne zwierzę.

105