Donkiszot żydowski/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Donkiszot żydowski
Podtytuł Szkic z literatury żargonowej żydowskiej
Wydawca nakładem rodziny
Data wydania 1899
Druk Towarzystwo Komandytowe St. J. Zaleski & Co.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IX.

Zdarzyło się, że podczas pobytu swego w Głupsku, wśród ludzi zacnych i ze wszech miar przyjemnych, udało się Beniaminowi zrobić niezmiernie ważne odkrycie, które ostatecznie dowiodło słuszności hypotezy o indyjskiem pochodzeniu mieszkańców tego miasta.
Zanim jednak przystąpimy do opisania faktu, który będzie miał niesłychaną w dziejach ważnych odkryć, doniosłość, musimy przedtem opisać poprzednie wydarzenia chronologicznym porządkiem. Zaletą każdego szanującego się kronikarza jest przedewszystkiem ścisłość i wierne trzymanie się historycznych faktów. Należy o maksymie tej pamiętać.
Znakomici nasi podróżnicy, podczas pobytu w Głupsku, urozmaicali sobie wolne chwile wycieczkami za miasto. Kiedy po raz pierwszy ujrzeli przed sobą Gniłkę, leniwie toczącą swe fale, zadziwili się mocno i zlękli zarazem, albowiem nigdy jeszcze w swem życiu nie widzieli takiej masy wody, nagromadzonej na jednem miejscu.
Senderił zauważył, że bezwątpienia musi to być największa rzeka w świecie. I nic dziwnego, albowiem Senderił był człowiek prosty.
Zresztą, taka rzeka, to nie żarty! rzeka może sto razy większa od tej, która płynie pod rodzinnem jego miastem, Tuniejadówką!
Senderił, jak to już rzekliśmy wyżej, był człowiek prosty; oprócz Tuniejadówki, więcej świata nie znał, drobnego druku czytać nie umiał, wszystko więc, co po za rodzinnem swem miastem spotkał, wydawało mu się niesłychanie wielkiem, dziwnem i prawie cudownem.
Beniamin znowuż, co innego. Beniamin był człowiek uczoności wielkiej, nałykał się dość różnych wiadomości ze swych filozoficznych książek, znał się na drobnym druku i pełną gębą spijał miód „siedmiu mądrości“. On znał opis podziemnego raju, znał dziwne, niezwykłe stworzenia, zamieszkujące „hindye“ i różne tym podobne osobliwości — to też na widok tak olbrzymiej rzeki, jak Gniłka, aczkolwiek zdumiony został niezmiernie, jednak nie pokazał tego po sobie.
Oświadczył on towarzyszowi swemu, że taka rzeka, to wcale nie rzeka... to poprostu błoto! kałuża marna, w porównaniu z Jordanem... Taką rzekę, jak Gniłka, wielki byk „Szejr habar“[1] wypiłby odrazu i nie ugasił pragnienia.
— Co taka rzeczka znaczy, wobec Jordanu — mówił, zapalając się Beniamin — jedna kropla! marność! a Jordan! wiesz ty, co to znaczy Jordan?! Jordan znaczy masa! wielkość! Jordan znaczy Jordan!
Po chwili, przyszła Beniaminowi do głowy myśl genialna...
— Wiesz co, Senderił! — zawołał z radością — postanowiłem, żebyśmy w dalszą podróż puścili się wodą!!
— Bóg z tobą, Beniaminie — krzyknął wystraszony Senderił, — co ty mówisz!
— Dla czegóżby nie?
— Aj, aj, Beniaminie, pomyśl tylko, jeśli taka mała rzeczka, jak nasza, pod Tuniejadówką, pochłania corocznie jednego człowieka — ileż ta, taka ogromna, musi ludzi połykać!? Zmiłuj się, człowieku, miej litość nad naszem życiem, nad twoją żoną i dziećmi, Beniaminie!
— Ufać, ufać trzeba, mój kochany — ufność jest rzeczą żydowską. Z ufnością, przodkowie nasi, mając tylko kij w ręku, przechodzili Jordan — na ufności zbudowane są wielkie sklepy żydowskie!
— Dobrze to jest, ale dla czego chcesz koniecznie płynąć po wodzie, kiedy lądem można wędrować spokojniej i bezpieczniej?
— Mam wiele racyj po temu — odpowiedział Beniamin — przedewszystkiem wyprawa wodą trwać będzie znacznie krócej, ponieważ droga wodna jest zwykle najbliższa. Dla czego najbliższa? to już moja rzecz, to ja wiem. Tu, tu, — rzekł, stukając się palcem w głowę, — tkwi już oddawna myśl, świetna myśl, aby do zamierzonego celu przylecieć lotem ptaka! Za podróżą wodną przemawia jeszcze i to, że kiedy wielki Beniamin, znakomity uczony „fun Tudeło“ (z Toledo w Hiszpanii) puścił się w podróż, to zaraz z samego początku popłynął na falach rzeki „Ebro“, co jest najwyraźniej w jego dziełach opisane. Zapewne, skoro taki podróżnik puścił się w drogę wodą, nie zaś lądem, przeto droga wodna musi być daleko lepszą. Tamten Beniamin wiedział bardzo dobrze, co robił, gdyż był on od nas obudwóch o wiele mądrzejszym, żebym tak zdrów był, Senderuniu. Rabi Beniamin był to człowiek dawnej daty, żył od nas o wiele wcześniej, dla tego powinniśmy go naśladować bez pytania, bez roztrząsań.
— Kiedy tak, to masz, Beniaminie, zupełną słuszność. Na moje żydowstwo! nieinaczej, jak wodą! Gdyby nawet, w dawniejszych czasach, wielki Beniamin podróżował wierzchem na kociubie („ojf a koczere“) to i my powinniśmy siadać na kociuby i puszczać się w drogę natychmiast!!
— Po trzecie — przerwał Beniamin, nic nie zaszkodzi, jak odbędziemy kilka prób, w celu przyzwyczajenia się do niebezpiecznych podróży morskich; nie będzie więc źle, jeżeli zrobimy kilkakrotnie wycieczkę wodną, przy czyjejś pomocy, zanim wyrobimy w sobie dość siły do samodzielnej żeglugi. Widzisz, Senderił, zdaje mi się, że tam, niedaleko, stoi łódka; gdybyśmy dali coś chłopu, do którego ona należy, toby, bezwątpienia, przewiózł nas trochę po wodzie. Pogadaj ty z nim, Senderił, gdyż wiadomo ci, że ja nie jestem bardzo biegły w chłopskim języku.
W kilka minut później, wędrowcy nasi, ukrzepiwszy się na duchu, siedzieli już w łódce i płynęli po grzbiecie Gniłki, leniwie toczącej swe fale. Z początku, obadwaj byli bardzo przerażeni, szczególniej zaś Senderił, który doznał dziwnego zawrotu głowy i wyrabiał dziwaczne gęsta rękami i nogami przy każdem pochyleniu się łódki. — Ot, ot, myślał sobie, lada chwila statek się przewróci i ja wpadnę w niezmierzone głębiny otchłani... Oto już koniec mojego żywota, żona moja pozostanie wieczną „aguną“ a dzieci sierotami!...
Przestrach nie trwał jednak zbyt długo, po niejakiej chwili Senderił uczuł polepszenie; nie doznawał już tak silnego zawrotu głowy i z mniejszą obawą spoglądał na wodę.
— Nic to, Senderił, nic to nie szkodzi — pocieszał go Beniamin, kiedy już wyszli na brzeg. — Niech cię to wcale nie martwi, że dostałeś zawrotu głowy i że nie czułeś się dobrze. Są to zwykłe przypadłości, nieodłączne od wszelkich wodnych podróży; to się nazywa choroba morska, każdy ją musi przejść, gdy się po raz pierwszy znajdzie na falach oceanu. Przekonasz się, że za drugim razem będzie ci znacznie lepiej i że uczujesz się daleko swobodniejszym i zdrowszym na okręcie, aniżeli dziś.
Od owego czasu, od pierwszej wyprawy żeglarskiej, podróżnicy nasi często odbywali wycieczki wodne, a te sprawiały im wielką przyjemność. Czuli się przytem tak oswojonymi z wodą, tak silnymi, że przeprawa przez prawdziwe morze nietylko nie trwożyła ich, lecz wydawała im się dziecinną zabawką.
Nawet Senderił zrobił się bardzo śmiałym do wody; nie obawiał się już wahań i pochyleń czółna.
Beniamin, za pośrednictwem swego towarzysza, koniecznie pragnął wdać się w rozmowę z rybakiem, właścicielem łódki, i zarzucić go gradem pytań, jak naprzykład:
— Spytaj-no, Senderił, tego chłopa, albo spytaj naszego kapitana okrętu, ile mil mamy ztąd do morza? Spytaj go, czy na tej rzece są jakie wyspy? Jaki rodzaj ludzi te wyspy zamieszkuje? Czy są pomiędzy nimi żydzi? Czy opłacają oni jakie daniny i czy wiedzą o rozproszeniu żydów po świecie?
Albo też Beniamin mówił tak:
— Mój Senderił, spytaj też, tak sobie, dla ciekawości, czy ten chłop wie co o górze „Gisbejn“? czy wiadomo mu o dziesięciu zaginionych pokoleniach? Czy może zdarzyło mu się słyszeć coś o nich?
Te pytania były dla Beniamina palącemi kwestyami, lecz odrobina znajomości chłopskiego języka, którą zdobył Senderił, towarzysząc swej małżonce w wycieczkach na targ, nie była wystarczającą do porozumienia się w tak ważnych przedmiotach. Targować się o kartofle, cebulę, kurę, Senderił jeszcze jako tako potrafił, lecz prowadzić rozmowy z kapitanem okrętu o rzeczach ściśle naukowych, stanowczo nie mógł.
Litość brała patrzeć na męczarnie, przez jakie biedny Senderił przechodził, pragnąc wytłómaczyć chłopu, o co idzie... Mówił on nietylko głosem, lecz i mimiką, rękami, nogami, pracował z całych sił, aż pot oblewał mu twarz — wszystko nadaremnie...
Chłop nie rozumiał, splunął, spojrzał na niego ze złością — a Beniamin znowuż gniewał się i ciągle żądał nowych pytań, nowych objaśnień; szturchał Senderiła, trącał, gniewał się i sam wtrącał wyrazy do rozmowy.
— Win, czerwone żidki, win pitaje! — krzyczał chłopu w same ucho Senderił.
— Iz czerwone żidki ja znam Lejbku, Szmulka, bohate żydki i czerwone — odpowiedział kapitan okrętu.
— Ni Lejbka! ni! ni! win czerwone żidki pitaje, wi zogt men epes (jakby to powiedzieć), win tamoczke, leben bergełe Gisbejn, (tam, tam około góry Gisbejn).
— Gisbona? żydka Gisbona?
— Powiedz-że mu, że się pytasz o górę, pokaż mu rękami, że to idzie o górę! Pokaż, jak umiesz...
Senderił podniósł wysoko obie ręce, złożył je i krzyczał:
— Ot! het! het, wisoko, dużo wisoko!
— Tfu! — splunął chłop rozgniewany, i zaczął po swojemu wymyślać — i odsyłać Senderiła do wszystkich dyabłów, pomst, piorunów i nieszczęść.
Wędrowcy nasi przyjmowali te wybuchy chłopskiego gniewu z filozoficznym spokojem i obojętnością przedziwną.
O podróżach wodnych po rzece Gniłce opowiada Beniamin w swych księgach cudowne i zadziwiające rzeczy, które narobiły w całym świecie hałasu... Pragniemy podać niektóre z nich w krótkości.
Płynąc pewnego razu po Gniłce, Beniamin dostrzegł bardzo piękne miejsce, pokryte zielenią tak śliczną, że oczy od niej oderwać było trudno. Sądził on, że jest to mała zielona wyspa, porośnięta trawą i różnemi pachnącemi ziołami.
Skoro już wyciągnął jedną nogę i chciał wyskoczyć na wyspę, kapitan, kierujący łódką, pochwycił go nagle z tyłu za kołnierz, i z krzykiem rzucił na dno statku, z całą siłą, tak, że Beniamin przez długi czas leżał nieruchomo, jak oszołomiony, i nic nie słyszał, prócz tego, że statek tarł się o coś, przepychał i że koło niego coś szumiało. Widocznie, łódź natrafiła na jakąś przeszkodę i torowała sobie drogę z wielką trudnością.
Gdy Beniamin przyszedł do siebie, chłop opowiedział mu, że owa zwodnicza zieleń wcale nie jest wyspą, jak się wielkiemu podróżnikowi zdawało, lecz rzęsą, pokrywającą wodę — i że rzeka Gniłka corocznie się taką rzęsą pokrywa.
„Ja wszakże, pisze w swych księgach Beniamin, nie dałem się oszukać i podobne tłómaczenie nie wprowadziło mnie w błąd. Nie była to żadna rzęsa, ani, jak chłop twierdził, woda kwitnąca, gdyż, jak żyję, nie słyszałem, żeby woda kwitnęła, zresztą, gdyby kwitnęła, to miałaby także owoce, czego dotychczas żaden człowiek nie widział. Wyjaśnienie tego dziwnego zjawiska, to jest, owej zdradliwej wyspy, znalazłem w moich nieoszacowanych księgach, które każdą rzecz, jaka jest tylko na świecie, mądrze i pięknie wytłómaczyć potrafią.
Nie mnie, uczonego człowieka, można złapać na takie plewy! Wiem ja dobrze, iż to, co chłop nazywa jakąś rzęsą, czy kwiatem, to jest nic innego, jak tylko olbrzymia ryba morska „Chiłejno“, której bardzo ciekawy opis znajduje się w księdze „Ceł ejłom“.
Księga opisuje tego potwora temi słowy: Straszliwa, wielka ryba „Chiłejno“ pokryta jest ziemią i trawą; wygląda, niby duża zielona wyspa. Zdarzało się, że żeglarze, ujrzawszy tę rybę i, sądząc, że mają przed sobą piękną górę, wysiadali z okrętów i chodzili po niej, jak po lądzie, nie wiedząc, jaka zdrada ich czeka... Gdy później, pragnąc ugotować sobie pożywienie, rozniecili ognisko, ryba, sparzona w grzbiet, pogrążała się w otchłanie morskie, a znajdujący się na niej ludzie, ginęli w głębinach“.
Dla mnie, powiada Beniamin, jest to jeden jeszcze dowód, stwierdzający przypuszczenie uczonych i filozofów, co do pochodzenia mieszkańców Głupska. Że z Indyj wywodzą się oni, to nie ulega najmniejszej wątpliwości, albowiem, gdy żeglowali ztamtąd przez ocean i przez rzekę Gniłkę, przypłynął za nimi i „Chiłejno“, który pochodzi także z wód indyjskich, a ma taki zwyczaj, że płynie za okrętami.
Wyjaśnienie to jest nader proste i zarazem tak przekonywające, że nie potrzebuje dowodzenia.
Pewnego razu, gdy Beniamin żeglował po falach Gniłki i spoglądał w wodę, dostrzegł w niej dziwne jakieś stworzenia, akurat z kształtu podobne do kobiet. Niedawno właśnie, pisze Beniamin, czytałem w mądrych księgach, że w wodach mieszkają „ludzie morscy“ („jam menszen“). Ci ludzie morscy, pochodzą od prawdziwych ludzi, ale dawno już, bardzo dawno, skazani zostali na zamieszkiwanie w głębiach i odmętach. Komedyanci, którzy jeżdżą z budami swemi po miasteczkach i pokazują ludziom różne wesołe hece i osobliwe komedye, miewają także niekiedy ludzi morskich i, podczas jarmarków zwłaszcza, za parę groszy pozwalają ich publiczności oglądać. Beniamin pamięta, że był sam na takiem widowisku. Nie przypuszczał jednak wtenczas, że te dziwne stworzenia, które oglądał w budzie komedyantów, ujrzy na własne oczy w głębi wód, podczas swoich znakomitych podróży.
Zdumiony niezmiernie, pisze Beniamin, pokazałem te morskie kobiety chłopu, kierującemu moją łódką, on zaś nie zrozumiał mnie widocznie, gdyż, zamiast dziwić się i zachwycać, jak ja, wskazał mi grubym palcem kilka bab, które nad brzegiem Gniłki, zanurzone po kolana w wodzie, prały bieliznę.
Ja mu pokazuję osobliwość, niewidzianą dotychczas, pokazuję mu istny cud pod wodą, a on każe mi patrzeć na jakieś, praniem zajęte, baby, na które nawet, co prawda, człowiekowi poważnemu i uczonemu spojrzeń rzucać nie przystoi.
Ponieważ nie znam dobrze chłopskiego języka, a chłop jest znowuż o tyle ciemny, że mowy naszej nie rozumie, przeto nie mogłem mu wytłomaczyć, jak niezwykłą rzecz może zobaczyć i pozostaliśmy każdy przy swojem, to jest, ja podziwiałem osobliwe stworzenia, mieszkające w głębi wód, a chłop znów patrzył na piorące baby i, o ile pamiętam, coś do nich mówił...
Niedaleko od brzegu, pod samem miastem, znalazł Beniamin miejsce w którem woda była szczególniej gęsta, jakby zamrożona. Właśnie w tem miejscu woziwody napełniali beczki, w których dostarczali wodę mieszkańcom miasta. O ile mi wiadomo, z tą gęstą wodą, gospodynie w Głupsku mięszały rzadką wodę i gotowały w niej wszelkiego rodzaju potrawy. Sam jadłem obiad, przyrządzony na owej wodzie, i (żebym tak kosztował lewiosona) był wyborny. Muszę przyznać, że ów obiad miał siedm smaków, a każdy osobliwszy. Szczególniej „rosołflajsz“, z gęstej wody gotowany, wydał mi się królewskiem jedzeniem.
Napełniłem też sobie wodą obie kieszenie kapoty i kazałem memu Senderiłowi, aby wziął całą paczkę tej, co najgęstszej, wody do torby. Podczas podróży przez oceany i pustynie taka rzecz może się przydać.
Właściwie powiedziawszy, znakomici podróżnicy nasi w Głupsku przeszli jakby szkolę żeglarstwa i uczynili tak zadziwiające postępy, że nietylko nie lękali się wody, lecz nie zatrważało ich nawet przechylanie się łódki. Przeszli już morską chorobę i, jak starzy, doświadczeni marynarze, gotowi byli w każdym czasie puścić się śmiało na głębiny morskie, na grzbietach spienionych fal docierać aż do Indyj i iść śladami wielkiego Aleksandra Macedońskiego.
Pewnego dnia, po obiedzie, Beniamin i nieodstępny jego towarzysz Senderił wyszli trochę za miasto, ażeby użyć ruchu i świeżego powietrza. Obadwaj byli w wyśmienitych humorach, śmieli się, rozmawiali głośno, patrzyli sobie w oczy, jak rozkochana para małżonków po ślubie; jednem słowem, całem postępowaniem zdradzali, że w sercach ich zamieszkała wielka radość i wesele...
Podskakiwali oni, śpiewali, zachwycali się każdem swojem słowem, każdem spojrzeniem.
Cóż się stało takiego? Co było przyczyną tak wielkiej radości i uciechy?
Oto postanowili nazajutrz rano opuścić już Głupsk i, w szczęśliwą godzinę, udać się tam!... tam! daleko, przez oceany, pustynie!...
Gdy tak wędrowcy nasi, w najlepszym humorze, podskakiwali sobie wesoło, dogoniła ich fura.
W wasągu siedziało dwóch żydów, z których jeden powoził, a drugi, z czapką na sam tył głowy zsuniętą, siedział, trzymając w zębach słomkę.
Jest to znak niezawodny, że głowa tego żyda pracowała nad jakąś ciężką kwestyą.
Dogoniwszy Beniamina i Senderiła, przejeżdżający żydzi przypatrzyli im się od stóp do głów i zaczęli z nimi rozmowę, zasypując ich zaraz, jak żydowski zwyczaj wymaga, gradem pytań: — Zkąd, żydkowie, jesteście? jak się nazywacie? i t. d.
Podróżni nasi natychmiast, z całą otwartością i szczerością, opowiedzieli im historyę swego życia, oraz dzieje wielkiej podróży. Co w sercu, to na języku! nie skrywali więc nic i zwierzyli się z najdroższych swoich zamiarów.
Żydzi popatrzyli na siebie z uśmiechem, coś szeptali ze sobą przez chwilę — a ten, który miał słomkę w ustach i czapkę na tył głowy zsuniętą, rzekł do swego towarzysza:
— Et, nie bój się, nic nie szkodzi! w najgorszym nawet razie, jeszcze znajdziemy sposób...
Po chwili milczenia, tenże sam żyd odezwał się do naszych podróżnych:
— Wiecie co? nasze miasto godne jest, dalibóg, zaszczytu oglądania was w swych murach, porządne to miasteczko i nabożne, mogę was zapewnić... Prosimy więc bardzo pięknie, bądźcie tak grzeczni i zróbcie nam ten honor. Na furze jest dość miejsca — siadajcie z nami. Nie targujcie się długo. Ręczymy za to, że w naszem mieście przyjmą was z otwartemi rękami; ugoszczą, nakarmią, napoją i przyjmą wszystkiem, co można...
— Dalibóg, przychylilibyśmy się chętnie do waszej prośby — odpowiedział Beniamin, — lecz cóż? oto przed chwilą właśnie, postanowiliśmy się puścić w dalszą podróż wodą.
— Niech was nie obrazi — odpowiedział żyd, — ale to, dalibóg, wielkie głupstwo! cóż to za woda, którą chcecie się puścić w podróż? Gniłka!? ależ to kałuża, zapleśniałe błoto, paskudztwo! Płynąć po takiej wodzie, to rzecz niegodna wielkich ludzi, uczonych podróżników!... Jedźcie z nami! pod naszem miastem płynie Dniepr! prawdziwa rzeka, która rzeczywiście wpada do morza! Po tej rzece będziecie mogli naprawdę żeglować i, z Bożą pomocą, dopłynąć do mórz i do oceanów. Nie sprzeciwiajcie się więc — siadajcie na furę...
— Co myślisz, Senderił? — rzekł Beniamin, — może naprawdę wypada zrobić honor tym grzecznym żydom i przyjąć miejsce na furze?
— A cóż mnie to obchodzi? — odpowiedział Senderił — jeśli chcesz jechać, to i owszem.
Niedługo trwały pertraktacye; podróżnicy nasi, namówieni przez uprzejmych żydów, wdrapali się na furę, mocno zadowoleni z honoru, jaki ich spotkał, że zostali zaproszeni w imieniu całego miasta. Żydzi pilnowali ich bardzo starannie i strzegli prawie na każdym kroku. Trzeba też przyznać, że dbali o ich pożywienie i o wszelkie wygody, a tak im dogadzali serdecznie, nie szczędząc kosztów i nakładów, że wędrowcy nasi przyznawali w duchu, iż nigdy jeszcze w życiu nie doznawali takich owacyj i takiego, pełnego galanteryi, obejścia.
Na drugi dzień, przed wieczorem, (przy pomocy Bożej) fura wtoczyła się szczęśliwie w ulice pięknego miasta, Dnieprowce. Żydzi, jeszcze bardziej gościnni, niż dotychczas, zawieźli wielkich podróżników do zajazdu i postarali się o doskonałą kolacyę.
— Jesteście dziś znużeni i zmęczeni — mówili, — podróż sfatygowała was mocno, dla tego najlepiej będzie, jak się pożywicie, wzmocnicie siły i udacie się na spoczynek, który jest wam tak bardzo potrzebny. Jutro (gdy Bóg zezwoli) kiedy wstaniecie zdrowi i silni, zaprowadzimy was do osób wybitnych, zajmujących w naszem mieście wysokie stanowiska — i powiemy w interesie waszym dobre słowo. Bezwątpienia, ludzie ci dadzą wam znaczny zasiłek na koszta owej wielkiej podróży i będziecie mogli, prędko i bez trudności, wykonać wasze sławne przedsięwzięcie. Teraz odpocznijcie sobie i nabierzcie sił, które są wam tak bardzo potrzebne. Dobranoc! reb Beniamin, dobranoc, reb Senderił — dobranoc!
— Dobranoc! dobrego roku (a git jor) — odpowiedzieli nasi podróżnicy i, w najlepszym humorze, udali się na spoczynek, weseli, szczęśliwi, a poniekąd i dumni z tego, że są przyjmowani tak wspaniale i uhonorowani przez ludzi zupełnie obcych, w mieście, do którego zaproszono ich umyślnie.





Przypisy

  1. „Szejr habar“. Wśród konserwatywnych mas żydowskich krąży podanie, że po skończeniu świata, żydzi będą mieli wspaniałą ucztę. Na tę uroczystość zabite zostaną dwa olbrzymie potwory: „Szeir habar“ byk niesłychanych rozmiarów i „lewiatan“, ogromna ryby, dźwigająca na sobie całą kulę ziemską.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.