Dedykacya Piotrowi Dubińskiemu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Baka
Tytuł Dedykacya Piotrowi Dubińskiemu
Pochodzenie Uwagi o śmierci niechybney wszystkim pospolitey
Data wydania 1828
Drukarz w Drukarni przy ulicy Mazowieckiéy Nr. 1349
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

SZLACHETNEMU MNIE WIELCE MOŚCIWÉMU

PANU A PANU

PIOTROWI DUBIŃSKIEMU

BURMISTRZOWI JEGO KROLEWSKIEY
MOŚCI MIASTA WILNA
,

PROMOTOROWI BRACTWA ŚWIĘTEGO RÓŻAŃCA,
HETMANOWI BUŁAWY WIELKIEY TEGOŻ ŚWIĘTEGO
BRACTWA, MECENASOWI I PROTEKTOROWI MEMU
ŁASKAWEMU PANU I DOBRODZIEJOWI,

To Dziełko pełne uwag świętobliwych

Dedykuię i ofiaruię
Jak następuie:



Słońce estymy
Dla Polskiéy klimy,
Z różannéy strugi!
Samsonie drugi!
Centrum honorów!
Żywco autorów!
Przyym tę przypiśnie,
Co się umyśnie
Do nóg twych ciśnie;
A diabeł ani piśnie.
O! Hetmanie, na rydwanie,
Coś w ponsowym wiódł żupanie,
Do Trok latem
Z Maiestatem

Processyą.
W dzwony biią.
Za twym śladem ludzie śpieszą
Boso, w bótach, wozem, pieszo,
I łysiny,
Jak patyny,
I staruszki,
Jak garnuszki.
Ale, ale, ku twey chwale,
Za tém woyskiem szły wspaniale
Twe obozy,
Pełne wozy
Miodu, wódki,
Zapach słodki,
I kiełbasy,
I frykasy,
I wędzonki,
I pieczonki,

I iędory,
I ozory,
I kurczęta,
I pulmenta.
Bóg cię bronił iśdź przez lochy,
Gdzie czarownic sprosnych fochy!
Gdzie tańcuią
Z diabłów szuią,
Świéce gaszą,
Wiernych straszą,
Gdzie bazyliszek leży,
A kto nań tylko nabieży,
Wnet on podobny do kury
Zirknąwszy nań z ciemnéy dziury
Oślepi, ogłuszy,
Wywróci iak snopa;
I iuż niemczyków kopa
Tańcuie koło téy duszy,

Owo owo,
Nie drwi głową
Duszo święta, ni bezbożna
Bo tamtędy, iśdź nie można.
Tyś waleczny!
Nie był sprzeczny,
Z diabły koncept niebezpieczny
Minąwszy szatański młyniec,
Przez bity szedłeś gościniec,
Przez aury świeże,
Pod Trockie wieże,
Z mnogim twym ludem.
I sławne cudem,
Biłeś łbem progi,
Bez żadnéy trwogi.
Już chór skruszony,
Rznie w semitony
Swe antyfony;

Dmą miechy w dudy,
Szeptaią ludy,
W gęstym pokłonie,
Wznoszą się wonie.
Letnia i drobna,
Każda z osobna
Babka, Dziewica,
Trzepie się w lica,
Mołoyce, Jury,
Wąsy, fryzury,
Staią u kratki,
I swe niestatki
W skruszonym duchu,
Składaią w uchu
U spowiednika,
Pragnąc krzyżyka.
Po mszy, spowiedzi i po kazaniu,
Każdy myśli o śniadaniu,

Każdy swe oczy
Ku tobie toczy,
A obiadowa pora,
Nowy laur dla Promotora.
Téy sławy czuiąc pochopy,
Prowadzisz wszystkich do szopy,
Przy okrzykach wesołości,
Diabeł pęka od zazdrości.
Ty zaś z myślą czystą
Wznawiasz rzęsisto,
W cnéy alternacie,
»Do ciebie bracie!«
O wesołości! szafarko nektaru,
Którego niebo z skąpego wymiaru,
Spuszcza po łócie na nasze padoły,
Mięszaiąc w cetnar licha i mozoły,
Któż teraz z ludzi zgadnie
Żeś iest w Hetmańskim puharze na dnie.

Pielgrzymko górnego gmachu!
Jam cię poznał po zapachu,
I nikt cię nie zoczy,
Aż puhar do dna wytłoczy.
Już szmer radośny
W przódy słaby, potym głośny,
Ucinki, żarty
Humor otwarty,
Niewinne śmiechy,
Gry i uciechy.
Osiadły szopy strzechy,
Lecz diabeł przeklęty,
Którego męczą grzechy,
Skoroś ty poniosła pięty,
Do miodowego rozcieku
Namięszał diweldreku,
I brodą długiéy wiechy,
Pozmiatał twoich ze strzechy;

A na to mieysce posadził,
Którą z piekła wyprowadził,
Zwadę z długiemi zębami,
Nafryzowaną wężami,
W garści z kiiami,
Z zapuchłém okiem,
I chromym krokiem,
Toż przy niéy plotkę,
Czeczotkę
Nabożną, iak kotkę.
Więc każdy co łyknie,
Zmarszczy się i syknie.
Odchodzi mrucząc, roztrąca,
Zżyma się niechęć gorąca.
Wnet mayster Bartek do maystra Szymona,
»Co to waścina żona

»Cierpi do moiéy baby,
»I u Łukasza sąsiada
»Z przekąsem o niéy gada;
»Chcesz bym ci połamał schaby,»
To mówiąc Bartek,
Cisnął mu w oczy półkwartek.
W drugim kącie item.
Z szlachcicem Witem,
Przemówił się brat Antoni,
I porwali się do broni,
Szlachcic miał ślad oczywisty,
»Co ty półdiable z Jurysty,
»Przeymuiesz moie listy,
»Którem pisał do przyiaciół?»
I wnet go po uchu zaciął,
A ten patryarchalnie,
Jak go na odlew palnie,

Hrymnął o staie Szlachcic.
I tylko nogą chyc, chyc, chyc,
»Ratuy Panie liber Szyc,
»Bo ten srogi certamen
»Zrobi Szlachcicowi amen;
Szyc wnet z podróżnéy apteki,
Któréy ma pełne kieszenie,
Dobywszy mydlane leki
Wysmarował mu pół szczęki
I podniebienie;
Tyś Hetmanie biegł z buławą
Mitygować woynę krwawą.
A znaiąc te figle diable,
Wziąłeś w drugą rękę szablę;
Długoś rozwodził,
Aż nim uchodził,
I wrzawę tę pogodził,
A diabeł zły, że nie zaszkodził,

Wypłatał tobie sztukę,
Że miałeś potém kukę.
Słońce zaszło, padły mroki,
Każdy rzuca święte Troki,
Jeden rakiem,
Drugi kula,
Łeb z siniakiem,
Nos iak dula;
O Dubiński! niech Bóg strzeże,
Ledwoś minął święte wieże,
Kiedy cię kruki,
Czarne iak żuki,
Wypadłszy z chmury
Porwali do góry,
Jak wilcy iagnie
I posadzili w bagnie;
Lecz ty nieustraszony
Chociaż w błocie osadzony,

I za twe wielkie cnoty,
Straciwszy żółte bóty,
Patrzysz alić te kruki
Przemienili się w kaduki,
Nagie iak bizony,
Łby czarne w rogach,
Pazury na nogach,
Nos iak komma zakrzywiony,
Ac tandem z tyłu ogony.
Poznawszy więc że to diabli,
Jak nie dobędziesz szabli,
Jak nie zaczniesz żwawo
Machać w lewo i prawo,
Rąbać na krzyż
Wzdłuż, wszerz i wzwyż.
Widzą czarty,
Że nie żarty,

Zatrąbili głośne larum:
Zatrzęśli totum tartarum.
Wnet srogie larwy,
Różnych kształtów i barwy,
Wypadły e stagno
Okrzyczały całe bagno,
Czepiąc się na twym kołnierzu,
A tuś nam śmiały rycerzu!
Lecz ty odważny na ciosy,
Narąbawszy diabłów stosy,
Skończywszy bitwę wygraną,
Wracasz aż nazaiutrz rano.
Jak o tém głośno gadano,
Jak z ust twych własnych słyszano.
Ja zaś mówię, niechay żyie,
Komum miasto dedykacyie
Napisał tę długą chrie,
I z czyiego dzbana piię

Łask słodkich liczne dowody.
Co ma zawsze przednie miody,
I lipczyki i troyniaki
Nie żałuiąc ich dla Baki,
Czy w sobotę, czy w niedzielę.
Awięc u nóg twoich ścielę
Opus to oprawne w skórę
Cum humillimo operatore,
A twoie magna nomina
Niech późna proles wspomina.






Przypisy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Baka.