Co tu kłopotu!/Akt II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Co tu kłopotu!
Rozdział Akt II
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom VI
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1880
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom VI
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VI jako ePub Pobierz Cały tom VI jako PDF Pobierz Cały tom VI jako MOBI
Indeks stron
AKT II.


SCENA I.
Szwarc, Ernest, Adolf
(w czerwonych ubiorach rozciągnięci w fotelach cygara palą).
Szwarc (zadzwoniwszy, potém do lokaja).

Idź zobacz co Pan robi, powiedz, że czekamy.
(p. k. m.) Nowe na bal dzisiejszy przybędą nam damy.

Ernest.

Wczoraj dużo przegrałem.

Adolf.

Dziś ci się poszczęści.

Ernest.

Bój się Boga Frydryku, oddaj dług, choć w części.

Szwarc.

A ty oddaj Pawłowi a Paweł Gawłowi,
Gaweł zaś Protazemu, Protazy Markowi...
Oddaj! Co to za mowa! kto teraz oddaje?
Na co te przedawnione odświeżać zwyczaje?

Ernest.

Ależ, przyznać wam muszę: Weksle podpisałem.

Szwarc.

A ja nie podpisałem? W towarzystwie całém
Któż nie podpisał? Niby wynalazek nowy...
Nie warto i wspominać, łamać sobie głowy.

Ernest.

Ależ ich czas już minął.

Szwarc.

Bo czas ciągle mija.
„Le temps passe, jak biczem trzasł“
Alboż to nasza wina? Nie wiem nawet czyja.
Ot, nie plećcie, i Bogu dziękujcie pokornie,
Że nam w Panu Albińskim odkrył Kalifornię.

Adolf.

Wszystkie ponoś korzyści niebawem przeminą.

Szwarc.

Jak cytrynę wyciśniesz, za płoty z cytryną.

Adolf.

Jak cytryn kiedyś braknie, cóż natenczas będzie?

Szwarc.

A komunizm od czego? Staniem w licznym rzędzie
I tak prośbą z trybuny jak sękatą pałą
Do podziału majątków wezwiem ludzkość całą.





SCENA II.
Ciż sami, Albin za nim Szczepanek.
(Albin w wysokich butach, w czerwonym fraku, który go zdaje się bardzo żenować.)
Albin.

No! Jestem więc gotowy. (do Szczepanka) Popraw...
z tyłu... w dole...

Szwarc.

Ślicznie ci w tym mundurze!

Albin.

Ja w szlafroku wolę.

Szwarc.

Jedźmy.

Albin.

Coś się podobno zanosi na słotę.

Ernest.

Nie masz widzę ochoty.

Albin.

Straszną mam ochotę,
Ale byłoby może jakoś przyzwoicie
Aby gospodarz jechał z damami w karécie?
Bo damy... Aj Szczepanku coś mnie w bucie gniecie.

Szczepanek (klękając).

Djabliż to widzieć mogą...

Albin.

Nie wywróć mnie przecie...

Szwarc.

Wszak sprzączka przekręcona.

Albin.

Przeklęte ostrogi
Zawsze się wykręcają... lezą między nogi...
Czy bez ostróg nie można?...

Szwarc.

A cóż u kaduka!
Chcesz nam popsuć zabawę?

Albin.

Uf! ciężka nauka!





SCENA III.
Szczepanek sam (siadając na przodzie sceny).

Bóg mnie stworzył rozumnym, ale nie wiem przecie
Dlaczego tyle głupców na tym bożym świecie.

Co tkniesz, głupi; a każdy jakby jendor dmucha,
Myśli, ze jest najmędrszy, siebie tylko słucha.
Ot jeden, drugi, trzeci, ten ceglasty panek,
Weź na łokieć od konia, a głupi jak dzbanek.
Albo i ten Papryka, o mój miły Boże!
Wszystkich zawsze chce odrwić a odrwić nie może.
Teraz swą Panią Pińską forytować skory,
Bo z nią, jak ludzie mówią, miał różne jamory.
Co zaś mój Pan... No!.. to mu honoru nie zmniejszy,
Ale na jego miejscu byłbym rozumniejszy,
Dziśbym jeszcze dom cały zamknął na trzy klucze.
Niech się jak Marek w piekle Szwarc po lasach tłucze.
A te damy, co z góry poglądają z pańska,
Wszystkie trzy w jednym pęku spławiłbym do Gdańska.
(Słysząc nadchodzących zatyka palcem usta i wynosi się zcicha)





SCENA IV.
Joanna, Laura, Papryka.
(Joanna w amazonce idzie spiesznie, za nią Papryka, potém Laura zwolna.)
Joanna (wchodząc).

Nie... Nie chcę... Nie pojadę.

Papryka.

Lecz z jakiéj przyczyny?

Joanna (rzucając zapalone cygaro).

Bo nie chcę.

Papryka
(w ciągu całej sceny niespokojny, pokrząkuje).

Nie chcę — zgoda.

Laura.

Jeśli z mojéj winy
Zaszła jaka przeszkoda, przepraszam stokrotnie.

Joanna.

Prócz w méj woli, przeszkody nie było istotnie.

Laura.

Pan Szwarc....

Joanna (zawsze z wielką grzecznością).

O! Pan Szwarc błądząc winny haracz płaci.
(z ukłonem)
Bo kto się Laurze zbliży łatwo głowę traci.
Prawda Panie Papryka?

Papryka (pokrząkując).

Tak... to jest... w téj mierze...

Laura.

Pani żartujesz sobie.

Joanna.

Ach, nie, mówię szczérze.
Luba woń poezyi opływa ją w koło,
Jenjusz swoje promienie spuścił na jéj czoło.
Jakaś przy niéj stref wyższych czysta atmosfera
Na nas biédnych profanów silny wpływ wywiéra.
Prawda Panie Papryka?

Laura.

Pani jesteś w błędzie,
Że pochlebstw dla poetów nigdy dość nie będzie.
Pochlebstwo przesadzone z ironją graniczy,
Łatwo téż zgadnąć powód téj zbytniéj goryczy.

Joanna.

Może zazdrość? Ach Pani bądźże sprawiedliwa...
Zdrowego mi rozsądku przynajmniéj nie zbywa.
Czyż ja rywalizować jestem z tobą w stanie...
Czyliż nie mam zwierciadła? Co za porównanie!

Mamże tę śnieżną białość? Rumieniec jutrzenki?
Żyłek siatkę błękitną i brwi heban mięki?
Prawda Panie Papryka?

Papryka (na stronie).

Barometr opada,
Burza będzie.

Joanna.

Mówże Pan.

Papryka.

Panie, moja rada...

Laura (do Joanny).

Pomimo moich wdzięków tobie jednak chwała,
U nóg Panny Joanny młodzież nasza cała.
Słusznie. Jak nie podziwiać lubość téj postaci,
Gdzie młoda pełność kształtów w gibkości się traci,
Jak nie podziwiać uśmiech anielskiéj swobody,
Co odsłania perełki przez ustek jagody,
Ale tryumf największy gdy na dzikim koniu,
W wonnym dymie cygara ugania po błoniu,
Wtenczas oczom Farysa przedstawia się zarys.
„Pędź latawcze białonogi!
Sępy z drogi, chmury z drogi!“
Prawda Panie Papryka wszakże istny Farys?

Papryka.

Parys.

Laura (poprawiając go).

Farys.

Papryka.

Tak Parys przy Helenie swojéj.

Joanna (śmiejąc się).

Och kochany Papryka jeszcze dotąd w Troi.

Lecz jak Laura znieść może by u jéj rydwana
Farysa na Parysa nastąpiła zmiana.

Papryka.

Mniejsza z tém, ale Panie, grzeczne wasze spory
Zbliżyły was ku sobie — korzystajmy z pory;
Zejście to dla stron obu z korzyścią wypadnie,
Jeśli mnie wysłuchacie, pojmiecie dokładnie.

Joanna (siadając).

Ach chętnie, bo któż lepiéj poradzić nam może
Jak człowiek tak lojalny, (Papryka krząka) tak silny w honorze.
Wszak prawda droga Pani?

Laura (siadając).

A tak jest... w istocie...

Joanna.

Mówże Nestorze, oświeć mądrością w ciemnocie.

Papryka (siadając między niemi).

Z niezamężnych kuzynek drogiéj nam pamięci
Grzegorza Albińskiego pozostało w chęci
Zaślubienia Albina dwie was tylko Panie.
Cieszmy się zatém z tego bo lżejsze zadanie.

Joanna.

Wybornie! doskonale! Z ust pańskich miód płynie.
Cieszmy się — prawda Pani?

Papryka.

Daléj więc rzecz czynię:
Faktem, że dwie Pań tylko wejdzie jutro w szranki,
Ale i dwie za wiele gdzie mniej jak dwa wianki.
Jedna z was najsolenniéj musi odejść z kwitkiem.

Joanna.

Cudnie!

Papryka.

Mała rzecz a wstyd. A zatém z pożytkiem
Byłoby dla stron obu... gdyby... może... Panie
Chciały losować (dobywa chustkę) która węzełek dostanie
Stając w szrankach już sama...

Joanna (sens kończąc).

Samą tylko będzie,
Świetniejszéj konkluzyi trudno dać w tym względzie
Męża ciągnąć węzełkiem myśl jenjalna, droga,
Lecz czy dość poetyczna Pani sądź z trójnoga.

Laura.

Fe!

Joanna.

Fe!

Papryka.

Fe! Zgoda... Więc?...

Obiedwie.

Nie!

Laura.

Spuszczam się na serce.

Papryka (p. k. m.)

Hm! Niechże jedna drugiéj spłaci spadkobiercę.

Joanna.

Być może.

Laura.

Być by mogło.

Papryka.

Byćby mogło? Bravo!
Jest pierwszy krok do zgody, (zacierając ręce) kupimy więc prawo.

Laura.

Mam własny mój majątek.

Joanna.

Lecz go Pani traci
Na druki swych utworów... Lubo to się spłaci,
Mówią, że w dziełach Pani zalegają krocie.
Prawda Panie Papryka?

Papryka (krząkając).

Tak... może... w istocie...

Laura.

Bajki.

Papryka.

Zgoda, (do Joanny) a zatém Panią prosić muszę,
Powiédz, na swe kupno jakie masz fundusze?

Joanna.

Fundusze? Mój mąż przyszły.

Papryka.

Zgoda, ale w razie
Jak mąż nie da.

Joanna (wpadając w rzetelny zapał).

Co za nonsens w tym wyrazie!
Nie da! Cóżby zmuszało w jarzmo wkładać głowę
I ciągnąć z jakim mężem co siebie połowę
Zostawił już za sobą w rozpustnéj swawoli,
Co mnie tylko ze swemi nudami zespoli?
Co mnie, setnéj już może, nie wzbroni uścisku...
Gdyby nie chęć na wyższém stanąć stanowisku;
Gdyby nie upragnienie zbytku, wystawności
A zwłaszcza dzika żądza wzbudzenia zazdrości?
Gdyby nie ruch zawrotny, namiętna zabawa,
Co pierś upajającém powietrzem napawa,
Co straszy i kołysze jak wzburzone morze
A które tylko piéniądz zapewnić nam może?
I mąż nie da? Naiwność dziwna na mą duszę!
Jak mu długów narobię to go dać przymuszę.

Papryka.

Prawda i to, rzecz jasna, zatém śliczna zgoda...
Zróbmy więc licytacją — któraż więcęj poda?





SCENA V.
Ciż sami, Klotylda.
(Słychać dzwon portjera, Lokaje przebiegają; Klotylda w grubéj żałobie z pleureuzami, wchodzi poważnie.)
Klotylda (przypatrzywszy się Papryce).

Wszak nie Albin Albiński?

Papryka.

Nie — Józef Papryka.

Klotylda (mówi powoli, dobitnie — twarz niezmienna).

Dobrze więc. Exekutor woli nieboszczyka.
Prezentuję się wszystkim nieznana nikomu.
(z niskim ukłonem)
Klotylda Fontazińska, Kutasińska z domu.

(odkrząknąwszy mówi płynnie bez odetchnięcia, nie spuszczając oka z Papryki)

Filaret Kutasiński, podsędek Lubelski
Miał dwie córek, trzech synów z Agnieszki Podcielskiej:
Annę, Ewę, Rafała, Pawła i Prospera;
Anna idzie za Bajkę, Ewa młodo zmiéra,
Prosper ma sześciu synów (westchnienie powszechne)
z Dziobeltowskiej Klary,
Piotr, Józef, Maciéj, Marcin, Kasper i Makary.
Kasper pojął Albińskę, umarł bardzo stary
Był Wojskim Żydaczowskim, miał jednego syna
Antoniego, którego ja córka jedyna.
(odetchnąwszy) To z trzech pierwsza linija. Druga od Rafała...

Papryka.

Wiémy już wszystko, czysta procedencja cała.
Ufam słowu zupełnie... sprawdzę dokumenta...
Jeśli mi czas wystarczy, bo rzecz już zaczęta.

(Klotylda odsłania mantylkę chwyta za wystający z lewéj kieszeni rulon jak można najdłuższy i wyciąga go szybko jakby pałasz z pochwy; Papryka się cofnął, Laura krzyknęła, Joanna jakby en garde stanęła.)
Klotylda.

Oto jest Kutasińskich drzewo od korzenia...
Sprawdzać nie potrzebujesz; samo się ocenia.
W mojém zaś opóźnieniu przyczyna się mieści,
Siedziałam jak przykuta do łoża boleści.
Nie daléj jak przedwczoraj mężam pochowała.

Joanna.

Pani czasu nie tracisz.

Klotylda.

Na tém sztuka cała.

(Klotylda martwém wejrzeniem i postawą bez ruchu zdaje się wszystkich fascynować.)

Dziś domyślam się — widzę — że są różne spiski,
Ale ostrzegam nie patrz na nieczyste zyski.

Papryka.

Och Pani jakże możesz...

Klotylda.

Znam cię z reputacyi
Rozsądzasz kompromisa, ale każdy traci,
Bo bierzesz łapowego z téj i z tamtéj strony.

Papryka.

Chyba dla równowagi.

Klotylda.

Bądź więc ostrzeżony.

Wiem z kim mam do czynienia, acz jesteś jurysta
Jakbyś mnie kiedy zarwał spieniam cię do czysta.
Pewnie moje kuzynki... Jakiż jest stan rzeczy?

Papryka (na stronie).

Urok rzuca wyraźnie.

Klotylda.

Czy Papryka przeczy?

Papryka (na stronie).

A... per: ty! (głośno) Nic nie przeczę i uważną robię,
Że testament chce, aby następnie po sobie,
Ustnie Panie wyznały Panu Albinowi,
Co względem jego ręki, która postanowi;
O pierwszeństwo w tym względzie zawrzejcie umowę...
Ja już ręce umywam... Ja straciłem głowę.

Klotylda.

Mogę być i ostatnią.

Joanna.

I ja nie dbam wcale.

Papryka (do Laury).

Pani więc masz piérwszeństwo. Pięknie! doskonale!
Teraz przestroga, którą Panie nie pogardzą:
Jest tu w domu dziewczynka, ładna... ładna bardzo.

Laura.

Nie bardzo.

Joanna.

Bardzo ładna... i bez rużu.

(Klotylda ogląda się zwolna i wpatruje się w Laurę.)
Papryka.

Zgoda.
Ta dziewczynka Rozalka świeża jak jagoda
Pod Pana Albińskiego zostaje opieką.
Zgoda — wszelka myśl złego niech będzie daleką.

Co każą wierzyć, wierzę — ale prawda szczéra,
Że Rozalka na niego wielki wpływ wywiéra.
Nic złego... zgoda... Ale w jego wybór wglądnie...
Czyżby ją ztąd wydalić nie było rozsądnie?

Laura.

Późniéj będzie dość czasu.

Joanna.

Pogardzam plotkami...
Niech sobie i zostanie.

Klotylda.

Wyścigać rózgami.

(Milczenie — spoglądają po sobie.)
Papryka.

To za wiele.

Laura.

Zbyt wiele.

Papryka.

Niegodnie.

Joanna.

Szkaradnie.

Klotylda.

Półśrodków nienawidzę, — zresztą, jak wypadnie.

Papryka.

Zgoda, tylko łagodnie. Wszakże ręce moje
Od wszystkiego umywam.

Klotylda (wstając).

Gdzież moje pokoje?

(Klotylda bierze pod rękę Paprykę i odchodzi. Za nią Laura i Joanna. Za kolumnadą spotykają Rozalkę, ta się ustępuje na stronę. Wszyscy stają przed nią. Rozalka się nizko kłania. Papryka z Klotyldą odchodzi na lewo Laura na prawo — Joanna się wstrzymuje.)




SCENA VI.
Joanna, Rozalka.
Joanna.

Rozalko jesteś ładna. Ja lubię co ładne —
Zostaniesz przy mnie jeśli tym domem zawładnę.
Strzeż się tych Pań Rozalko, strzeż się tego Pana,
Ja nie jestem zazdrośną, to bądź przekonana,
Nigdy, nigdy nie będę. Lecz ta trójka cala,
Ta ciebie w łyżce wody utopićby chciała.
Rozumiesz?

Rozalka.

Nie rozumiem.

Joanna.

Pamiętaj me słowa;
Na masz, weź ten pierścionek, kochaj mnie, bądź zdrowa.

(Rozalka całuje ją w rękę, odprowadza ku kolumnadzie, potém wraca ze spuszczoną głową — zamyślona. Laura, która czatować się zdawała, wchodzi oglądając się.)




SCENA VII.
Rozalka, Laura.
Laura.

Rozalko, jako młodéj rady ci udzielę...
Nie wierz nikomu. Zdradza, kto chwali za wiele...
W kwiatach kryją się węże. Rozumiesz?

Rozalka.

Rozumiem.

Laura.

Mnie tylko jednej ufaj. Umiész czytać?

Rozalka.

Umiem.

Laura.

Masz tu, weź moje dzieła, serc czułych ogniwa;
Naucz się ich na pamięć, a będziesz szczęśliwa.

(Rozalka całuje w rękę — Laura odchodzi.)
Rozalka (sama).

Zkąd łaska? zkąd przestroga? czego chcą odemnie?
Nie wiem... nie zgadnę, na cóż myśleć mam daremnie.





SCENA VIII.
Rozalka, Papryka.
Papryka (oglądnąwszy się wchodzi spiesznie).

Rozalko, nie mam czasu, a zatem do rzeczy...
Jesteś ładną, cnotliwą, nikt temu nie przeczy,
Lecz dla tych dam to właśnie niby solą w oku...
Nie mogłem się powstrzymać od dania wyroku
Abyś ztąd odjechała, dzisiaj, bez zawodu.

Rozalka.

Abym ztąd odjechała? Z jakiegoż powodu?

Papryka.

Powodu niema... zgoda. Lecz tak jest w istocie,
Gdzież się udać, co robić, byłabyś w kłopocie.
W mój więc dom cię zapraszam. Nie będziesz tam sama,
Jest tam moja bratowa bogobojna dama.
Za małe zatrudnienie czeka cię nagroda...
Później... z pięknym posażkiem wydam za mąż... zgoda?

Rozalka.

Nie pojadę, bo nie chcę; nie rządzą tu Panie...
U pana noga moja nigdy nie postanie.

(Szczepanek, który był wszedł dawniéj i słuchał stojąc przy Papryce zwróconemu ku Rozalce i który oglądał Rulon Klotyldy, zostawiony na krześle, teraz się roześmiał. Papryka obraca się, Szczepanek z ukłonem oddaje Rulon; Rozalka odchodzi — długie milczenie.)




SCENA IX.
Papryka, Szczepanek.
Papryka.

Ha! dobrze że cię widzę, przy téj sposobności
Muszę ci co darować (daje mu pieniądze).

Szczepanek (biorąc).

Kłaniam Jegomości.

Papryka.

Jak miarkujesz Szczepanku, lepiéj będzie w domu
Jak się twój Pan ożeni?

Szczepanek.

Czy lepiéj? Jak komu.

Papryka.

Zgoda. Tyś tęgi chłopak a zwłaszcza do siodła,
Jakby Panna Joanna rej u was powiodła
Zostałbyś jej żokiejem. (szczypiąc mu policzki) Nie brak ci ochoty.

Szczepanek.

Brak.

Papryka.

Skakałbyś przez rowy.

Szczepanek.

O tak!

Papryka.

I przez płoty.

Szczepanek.

Nie głupim.

Papryka.

Zgoda (sekretnie) Z Panią Pińską (między nami)
Jeszcze gorzéj; musiałbyś chodzić z kluczykami
Od cukrów, od konfitur.

Szczepanek.

Szanowna osoba.
A do piwnicy?

Papryka.

Także. Jakże się podoba
Twojemu Panu.

Szczepanek (p. k. m.).

Nie wiem.

Papryka.

Radził co z Dorębą?

Szczepanek.

Radził.

Papryka.

Co?

Szczepanek.

O, to Panie człowiek z ostrą gębą.

Papryka.

Zgoda. A Pan go słucha?

Szczepanek.

Słucha.

Papryka.

Cóż powiada?

Szczepanek.

Alboż jedno.

Papryka.

Naprzykład?

Szczepanek.

Och!

Papryka.

Cóż?

Szczepanek.

Niewypada.

Papryka (daje mu pieniądze, potem p. k. m.).

No!

Szczepanek.

Mówił... żeś Pan... cygan.

Papryka.

O!

Szczepanek.

A mój Pan na to...

Papryka.

Cóż?

Szczepanek.

Powiedział że prawda.

Papryka (na stronie).

Odwdzięczę im za to.

Głos za sceną (i hałas).

Spadł z konia.

Lokaj (przebiegając).

Pan spadł z konia.

Szczepanek.

Otóż macie!
Mówiłem: jak kark skręcisz zapłaczesz po stracie.
(wybiega)

Papryka (sam).

Cóż, jeżeli kark skręcił?... kto na tém zarobi?
Testamentu nie zrobił — testament się zrobi.
W najgorszym razie, płacząc przy młodzieńca grobie
Jako Administrator porządzę tu sobie.

Koniec aktu II.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.