Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom VI.djvu/047

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
Papryka.

Wiémy już wszystko, czysta procedencja cała.
Ufam słowu zupełnie... sprawdzę dokumenta...
Jeśli mi czas wystarczy, bo rzecz już zaczęta.

(Klotylda odsłania mantylkę chwyta za wystający z lewéj kieszeni rulon jak można najdłuższy i wyciąga go szybko jakby pałasz z pochwy; Papryka się cofnął, Laura krzyknęła, Joanna jakby en garde stanęła.)
Klotylda.

Oto jest Kutasińskich drzewo od korzenia...
Sprawdzać nie potrzebujesz; samo się ocenia.
W mojém zaś opóźnieniu przyczyna się mieści,
Siedziałam jak przykuta do łoża boleści.
Nie daléj jak przedwczoraj mężam pochowała.

Joanna.

Pani czasu nie tracisz.

Klotylda.

Na tém sztuka cała.

(Klotylda martwém wejrzeniem i postawą bez ruchu zdaje się wszystkich fascynować.)

Dziś domyślam się — widzę — że są różne spiski,
Ale ostrzegam nie patrz na nieczyste zyski.

Papryka.

Och Pani jakże możesz...

Klotylda.

Znam cię z reputacyi
Rozsądzasz kompromisa, ale każdy traci,
Bo bierzesz łapowego z téj i z tamtéj strony.

Papryka.

Chyba dla równowagi.

Klotylda.

Bądź więc ostrzeżony.