Co tu kłopotu!/Akt III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Fredro
Tytuł Co tu kłopotu!
Rozdział Akt III
Pochodzenie Dzieła Aleksandra Fredry tom VI
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1880
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom VI
Pobierz jako: Pobierz Cały tom VI jako ePub Pobierz Cały tom VI jako PDF Pobierz Cały tom VI jako MOBI
Indeks stron
AKT III.


SCENA I.
Albin (sam)
(wychodzi w czarnym fraku, z założonemi rękoma, głowa spuszczona. Staje zamyślony na przodzie sceny i mówi p. k. m.).

Spadłem z konia. Żenić się ? nie żenić? Pytanie.
Stadło? Saltum mortale... A któż ręczyć w stanie,
Że na dół łbem nie padnę jak padłem pod płotem?
Jakiż to głos z przyszłości zapewnia nas o tém ?
Żenić się? pojąć żonę? Żona tajemnica!
Któż ją kiedy odgadnie? — Trapi lub zachwyca!
Dobra, niebo — zła, piekło — młoda, czasem płocha,
Starsza, stalsza, lecz biada jak nazbyt pokocha.
Nie ożenię się... szkoda — pół majątku stracę;
Ożenię? może później w dwójnasób dopłacę.
(przechodząc w tragicznosć)
Wszędzie drżąca niepewność i trwoga ponura.
Spadłem z konia i stłukłem... Ale czyż natura
W stanowczych chwilach życia tajnéj swojéj księgi
Nie otwiera śmiertelnym? Gdzież kres jéj potęgi?
Nie onaż Odaliskę, siedząc na ogonie
Cięła, jak niegdyś Neptun Hipolita konie?
I kiedy Odaliska wiérzgała mi srodze
Nie byłoż to przestrogą na małżeństwa drodze?

Żenić się? nie żenić się? wyrzec jednak trzeba!
Co tu kłopotu! Co tu kłopotu! O Nieba!





SCENA II.
Albin, Doręba
(który wszedłszy pierwéj słuchał czas jakiś).
Doręba.

Mnie kochany Albinie, głos mówi rozsądku:
Lepiej zawsze mieć żonę, jak nie mieć majątku.
Bez majątku na świecie zawsze ślisko będzie,
Jeśliś jeszcze jenjuszem w jakimkolwiek względzie,
Dadzą ci umrzeć z głodu, lecz pochwalą potém;
Ale jeśli swą biedę kujesz jakby młotem,
Choćbyś miał serce złote a duszę niezłomną,
Z golca w życiu drwić będą, po śmierci zapomną.
Z żoną zaś łatwa rada... święty ślub miłości
Lecz trzeba cierpliwości — wielkiej cierpliwości.

Albin (widząc zbliżającą się Laurę).

O dla Boga już idzie? I ty...

Doręba.

Tak wypada (odchodzi).

Albin (do siebie).

Aż mnie mory przechodzą i drzączka napada.





SCENA III.
Albin, Laura.
Laura.

Przykrą dla nas kuzynku ta stanowcza pora,
Obojga nas podobno dusza jakby chora,
Lecz otwartość wzajemna wkrótce nas uleczy;
(siadając) Siadaj Pan.

Albin.

Z konia spadłem.

Laura.

Cóż to ma do rzeczy?

Albin.

Do rzeczy niekoniecznie, lecz do... stać wolę.

Laura.

Od poezyi sobie rozpocząć dozwolę.
(Czyta zatrzymując się często)
Sonet.
Czemu w nocy księżyc świeci?
Rosa z nieba w kwiaty ścieka?
Do gniazdeczka ptaszek leci,
Przepiórka wabi z daleka?
Czemuż w skałach szumi rzeka
Kiedy rybak rzuca sieci?
Czemu i w sercu człowieka
Wieczny ogień miłość nieci?
Któż przeniknie, na błękicie
Tych gwiazdeczek smutne życie
Co migoczą swém zarzewiem?
Któż pokochał wiernie, skrycie?
Ach któż płacze pod modrzewiem,
Powiedz, powiedz bo ja nie wiem.

Albin (po długiém milczeniu).

Prawdę mówiąc i ja nie wiem.

Laura.

Ale dowiesz się wkrótce; poezyi tknięcie
W Niebianów niezgłębione wiedzie nas objęcie.
Teraz wróćmy do prozy bo o prozie mowa.
Mam oświadczyć... oświadczam że jestem gotowa
Przyjąć rękę kuzynka... chętnie... powiem szczerze,
Bo nad względy poziome ta myśl górę bierze,

Że nietylko na lepszą wyprowadzić drogę
Lecz i szczęście istotne zapewnić ci mogę.
Ach, czémże byłby ten dom w tajemniczéj ciszy,
Ten dom gdzie dzisiaj w zgiełku nikt siebie nie słyszy?

Albin.

Ach, cisza! Cisza!

Laura.

Ogród, dziś miejsce gonitwy,
Powtarzałby słowika wieczorne modlitwy.

Albin.

Śpiew słowika najlepiéj usypia.

Laura.

Ze świata
Niech nas szmer tylko, jakby szum wody dolata,
Ciało kołysze, duszę unosi w marzenie.

Albin.

Kołysać się, kołysać, to moje życzenie,
Lecz próżne.

Laura.

Czemu?

Albin.

Szwarca każdy opór drażni.

Laura.

Chceszże szczęście poświęcić dla Szwarca przyjaźni?

Albin.

Ach, dziś się przekonałem że to człowiek podły.

Laura.

A więc?

Albin.

Zmiany do kłótni pewnieby przywiodły.

Laura.

Boisz się?

Albin.

Swaru, gwaru, kłopotów się boję.

Laura.

Cóż Doręba?

Albin.

Chce zmiany.

Laura.

Spuść się na nas dwoje.
Jak rószczką czarnoksięzką tknięty żeglarz młody
Wypłyniesz z wiru szaleństw w cichy prąd swobody.

Albin.

Lecz co świat na to powie? Że tak nagle z Pana...

Laura.

Powié że się wyrwałeś ze szponów szatana.

Albin.

Dobrze więc, róbcie, ale cicho, grzecznie, zgodnie....
Lecz aż jutro... pojutrze... w tydzień... dwa tygodnie...

Laura.

Bądź spokojny.

Albin (całując ją w rękę).

Jestem nim.

(Laura odchodzi — odprowadziwszy ją wraca)

Skończyło się przecie
No! nie tak djabeł czarny jak malują w świecie.
Raz, dwa, trzy... Huź na wodą! ożenię się gładko,
Jasną mi teraz prawdą co było zagadką.
Niepotrzebuję konno udawać warjata...
Słowik będzie usypiać... kołysać szmer świata...
Ale Szwarc?... Co Szwarc powie? Jak jemu dać radę?
Ha! jak się już ożenię, sam z domu wyjadę...
Doręba z moją żoną skończą bez bojaźni..
A ja się potém wsunę jak do ciepłéj łaźni.





SCENA IV.
Albin, Szwarc.
Szwarc.

Cóż to Albinie? W pierwszéj zachwiałeś się walce?
Ulegasz téj srokato malowanéj lalce,
Bez mojéj wiedzy, rady?

Albin.

Tak, bez twojéj rady...
Prawda... bo widzisz... bo to... Jéj,... moje zasady...

Szwarc.

Bajka! Trutkę chwyciłeś, kręcisz się jak płotka...
Lecz wiédz, pierwéj czém była... co cię przy niéj spotka.
Słuchaj: Młodą, już dawno, zaślubił poeta
A raczéj najpłodniejszy w świecie wierszokleta;
Pisał wiersze a pisał, czy dobre nie pytał,
Ale niedość że pisał, wszystkie żonie czytał.
Jednéj godziny prozy już w życia nie miała.
Budzi ją w nocy — po co? By wiérszy słuchała...
Rano czyta jéj znowu... i czyta w południe...
Biedna małżonka słucha lecz blednie i chudnie
I byłaby zagasła jak świéczka w latarni
Gdyby był pomysł wielki nieulżył męczarni.
Chwyta librę papieru, piórek pół tuzina,
Atramentu butelkę i pisać zaczyna.
Ale jak!... pióro biegło tędy i owędy
A wiérszęta Ventre à terre stawiały się w rzędy.
Jak raz pierwszy mężowi wywarła część dzieła...
Drgnął — jakby mu kulka pod nosem świsnęła.
Drugim razem, wiérsz za wiérsz oddawał odwetem,
Bajkę odpierał bajką, a sonet sonetem.

Ale przy poemacie zachwiał się widocznie,
A gdy żona wciąż czyta, nigdy nie odpocznie...
Wpadł nareszcie w konsumpcję... i przytkawszy ucha...
W dwudziesto-czwartéj pieśni Bogu oddał ducha.

Albin.

Umarł?

Szwarc.

Umarł.

Albin.

Od wierszy?

Szwarc.

Ha! dobre pytanie!
Nic nie spiąc.

Albin.

Nie spiąc?

Szwarc.

Nigdy. To się łatwo stanie.

Albin.

Ależ w nocy spią wszyscy.

Szwarc.

Ale nie Poeci.
Wszak to woda na ich młyn gdy księżyc zaświeci.

Albin.

A fe?

Szwarc.

A myślisz że w dzień spoczniesz! O! tak właśnie:
Jak utnie dytyrambem aż ci we łbie trzaśnie.

Albin.

Ja tego nie chcę.

Szwarc.

Niema pardonu kochanku.
Słuchaj, słuchaj i słuchaj a chwal bez ustanku.

Wciąż: Losy nosy, Łąki bąki, Nieba chleba,
Słońce końce... Toć w końcu i umrzeć potrzeba.

Albin.

Słowa jeszcze nie dałem.

Szwarc.

Bo téż i nie pora;
Wysłuchaj jeszcze drugie, masz czas do wieczora.
Oto Pannę Joannę postrzegam w ogrodzie...
Idź, pomów, spróbuj — może serca będą w zgodzie.

Albin.

Ha! idźmy. Ale wprawdzie po téj pierwszéj próbie
Słabą już mam nadzieję. (wracając od kolumn)
Ja wiérszy nie lubię.
(odchodzi).

Szwarc.

Bo masz rozum Albinie. (sam)
Lecz i ja nie głupi,
O niełatwo kto ciebie z moich rąk wykupi.





SCENA V.
Szwarc, Papryka.
Papryka.

Panie Szwarc, my się znamy.

Szwarc.

Znamy się dokładnie.

Papryka.

Zgoda. Wielki masz rozum, nikt Panu nie przeczy.

Szwarc.

A Panu każdy przyzna.

Papryka.

A zatém do rzeczy:

Kopiem dołki pod sobą, walczym nieustannie,
Starasz się szkodzić Laurze, ja Pannie Joannie.
Ledwie Albin do któréj zbliżać się zaczyna,
Już zaraz druga strona straszydła rozpina.
Ten go ciągnie na lewo a tamten na prawo...

Szwarc.

Któryś przeciągnie.

Papryka.

Zgoda. Ciągniem sobie żwawo,
Lecz i on szarpnąć może, wymknąć się w potrzebie,
A od Joanny dla mnie a Laury dla ciebie,
Gorszém będzie sto razy jak nam jutro powie:
Ni żony, ni majątku — teraz bądźcie zdrowi.

Szwarc.

Co? On miałby się wyrzec majątku połowy?

Papryka.

Być może, ja powiadam. Przytém kłopot nowy,
Co nad nami zawisnął jakby gniazdo gromu.

Szwarc.

Co? — jak? kto?

Papryka.

Fontazińska, Kutasińska z domu.

Szwarc.

A to co?

Papryka.

Pretendentka.

Szwarc.

Zniszcz dowód i basta.

Papryka.

Tak, zniszcz, spróbuj. To Panie potężna niewiasta,
Szturmem bierze warownię a kto się z nią zetrze,
Musi się poddać albo wyleci w powietrze.

Szwarc.

Straszna?

Papryka.

Straszna.

Szwarc.

I przed nią stchórzyłeś na piękne?

Papryka.

Tak jak ty przed Skubelskim.

Szwarc.

Pah! Jéj się nie zlęknę.
Cóż radzisz?

Papryka.

Łącznie, silnie, zagradzać jéj drogę...
A co przytém najgorsze, co mi zwiększa trwogę,
Że dość młoda i ładna.

Szwarc (poprawiając wąsów i włosów).

Co ładna? I młoda?
Gdybym miał tydzień czasu...

Papryka.

Uległaby — zgoda.
Ależ Joanna.

Szwarc.

Prawda.

Papryka.

Zazdrośna.

Szwarc.

W téj mierze
Jak Laura kiedy ciebie z Rozalką postrzeże.

Papryka.

O! O!

Szwarc.

Wiem, wiem.

Papryka.

Rozalka! Lecz nie o niéj mowa.

Szwarc.

Fontazińska niech ginie. Decyzja gotowa.

Papryka.

Zgoda. Lecz z drugiej strony zostawmy losowi,
Niech Albina Joanna albo Laura złowi;
My się potém zgodzimy.

Szwarc.

Pan to mówisz szczerze?

Papryka.

Wszak przyszedłem z tą myślą.

Szwarc.

Ja Panu nie wierzę.

Papryka.

Przysięgam na uczciwość.

Szwarc.

Wiatr.

Papryka.

Na honor.

Szwarc.

Woda.

Papryka.

Na mój interes własny.

Szwarc.

No! to coś.

Papryka.

Więc zgoda.

Szwarc.

Zgoda.





SCENA VI.
Ciż sami, Albin.
Albin.

Winszujcie szczęścia. Rzecz prawie skończona.

Papryka.

Wiemy.

Albin.

Panna Joanna to jest dla mnie żona.

Papryka.

Panna Joanna? Wszakże Laura...

Albin.

Nie chcę wierszy.
Zrobiliśmy więc układ najczystszy, najszczerszy.
Od razu do mnie rzekła: Mój Panie Albinie
Pożycie nasze z sobą jak woda popłynie
Jeśli jedno drugiemu słodko, mile, grzecznie,
Własnych gustów narzucać nie zechce koniecznie.
Naprzykład: Lubię kawę, Pan herbatę wolisz,
Pij Pan sobie herbatę, mnie kawę pozwolisz.
Lubię do kawy grzanki, Pan może placuszki,
Lubię z kurcząt wątróbki, Pan może pępuszki,
Jédz pępuszki, placuszki. Ja wątróbki, grzanki.
Tak będziem zawsze wzorem kochanka, kochanki,
Bez wolności we wszystkiém, małżeństwo niewolą.

Szwarc.

Muszę pójść powinszować... Panowie pozwolą.
Pamiętaj na przysięgę.

Papryka.

Buduj jak na skale.





SCENA VII.
Albin, Papryka, później Doręba.
Papryka.

Co ty robisz Albinie? w jakim jesteś szale?
Ty? ty człowiek spokojny z tą warjatką w parze?

Albin.

O! O!

Papryka.

Gniewaj się — zgoda. Lecz mój honor każe
Mówić ci bez ogródki. W wielkie leziesz błoto.
Oto i Pan Doręba. To mędrzec! To złoto!
Niech powié czy Joanna dobrą żoną będzie.

Doręba.

Wątpię.

Papryka.

Niech powié o niej co zasłyszał wszędzie?

Doręba.

Ha! Niewiele dobrego.

Papryka.

Czy słyszysz? Niewiele.

Albin.

A niechże piorun trzaśnie! Sami przyjaciele,
A każdy łeb mi kuje, cwiek cwiekiem wypycha,
Toż i mnie cierpliwości zabraknie u licha!
Żenić mi się każecie, ale z kim do czarta?
Jedna jest niebezpieczna, druga mało warta.

Doręba.

Jest Pani Fontazińska, godna białogłowa.

Papryka.

O téj potém, a teraz o Joannie mowa.
Wiesz co są te istoty zwane lijonkami?
Z nich dusza się wywarła wszystkiemi porami,

I osiadła na wstążkach, koronkach i piórach,
Na świetnych ekwipażach, zbytkowych ubiorach,
Nie zostawiwszy z siebie jak poczwarkę lichą,
W któréj jeżeli jeszcze serce bije cicho,
To nie serce kobiety, żony albo matki,
Ale już tylko serca wyschnięte ostatki.
Jeśli rumieniec przedrze srokate osłony,
To rumieniec zazdrości lub pychy zranionéj.
Taką jest i Joanna... ale niedość na tém,
I lionerja u niej płaszczykiem przed światem.
Co? Wolności bez granic, wolności wymaga?
Lecz zbytnia wolność jednych, drugim ciężka plaga.
Szwarc ma tu wolność wszelką, a maszże ty swoję?
A cóż dopiero późniéj, gdy ich będzie dwoje?
Dwoje — czy ty rozumiesz? Wiedzieć ci się godzi,
Że Szwarc z dawna z Joanną w ścisłéj parze chodzi.

Albin.

A! A! całuję nóżki.

Doręba.

Ach tak jest niestety!

Papryka.

Żona! U której w ręku zawsze pistolety...

Albin (półgłosem).

Nie, nie, bardzo dziękuję... Lecz słowa nie dałem,
Na głowę nie upadłem acz z konia zleciałem.

Papryka.
(Klotylda zbliża się niewidziana; wstrzymuje się zasłyszawszy swoje nazwisko.)

Co zaś do Fontazińskiej... To wdowa w koronie
Ale nie z Malabaru. Na stosie nie spłonie,
Bo zaledwie nieboszczyk ziewnął w jéj uścisku,
Na czułéj narzeczonej staje stanowisku.
To zdaje mi się dosyć i pewnie za wiele.

Klotylda (zbliżając się niewidzianie).

Hę?

Papryka.

Ach!

Klotylda.

Jak?

Papryka.

Wszak.

Klotylda.

Co?

Papryka.

Zgoda.

(Milczenie i Papryka pod wejrzeniem Klotyldy nie wie co robić z oczami, nareszcie na jéj znak głową kłania się nisko.)

Pod nóżki się ścielę.

(Wychodzi chylcem a przy kolumnach oqląda się przestraszony czy go nie gonią.)




SCENA VIII.
Albin, Doręba, Klotylda.
Klotylda.

Tak jest kuzynku, w świeżéj przybywam żałobie,
Bo zadaniem niewiasty nie ślęczyć przy grobie.
Mąż, narzędziem bez końca, nigdy nie umiera,
Która straci jednego, drugiego wybiera,
I jak każe przestroga spartańskiéj kobiety,
Tylko z nim lub na nim musi dojść do mety.
Przyjmuję twoję rękę. A nie zechcesz, fraszka,
Ale niech cię w samotrzask nie złapią jak ptaszka,
Joanna albo Laura, czém ci się podoba?
Lijonerja szaleństwo, autorstwo choroba.

Autor jest złym autorem, gdy nie z duszą, ciałem,
Kobieta, gdy kobiétą nie jest życiem całém,
Żadna jednym i drugim nie może iść torem,
Będzie złą żoną, matką, lub nędznym autorem.
A ta u któréj karty, konie, pistolety,
Niby emancypacją zwiastują kobiety,
Wziąwszy nałogi mężczyzn, weźmie i przywary,
A nie mając sił męzkich, zabrnie w złém bez miary.
Chcesz żyć nieczynnym, dobrze, — weźże żonę sobie,
Któraby i za ciebie myślała o tobie,
Któraby z energją pochwyciła wodze
I z twym całym majątkiem nie zagrzęzła w drodze.
Z Laurą sentymentalną twój majątek zgaśnie,
A z Joanną jak bomba wkrótce się roztrzaśnie.
Tak z jedną jak i z drugą nędza czeka ciebie,
To ja mówię. Rób jak chcesz. Znajdziesz mnie w potrzebie.

(Wychodzi powoli, skłoniwszy głowę.)




SCENA IX.
Albin, Doręba.
Doręba.

Wiesz co Albinie, rada, rzecz to djable śliska,
Nie wydźwignie z otchłani jak raz pchnie z urwiska.
A jednakże tym razem, biorę na sumienie,
I szczęście twe zapewnię jak cię z nią ożenię.
Mówiłem z nią, rozsądna, oszczędna, pobożna,
Młoda i dość przystojna. Cóż więcéj chcieć można?

Albin.

Prawda, prawda — z tém wszystkiém... Ja się jéj coś boję.

Doręba.

A ba!

Albin.

Nawet ogromnie.

Doręba.

Rozważ rady moje.
Postępując rozsądnie.

Albin.

Dobrać to nauka,
Lecz w strachu mieć odwagę na tém cała sztuka.





SCENA X.
Ciż sami, Rozalka, Szczepanek.
Albin.

Co to? Rozalka płacze. Rozalko co tobie?

Rozalka.

Ja, nie wiem... za co... za co... ta Pani w żałobie...
Złajała mnie.

Albin.

Złajała?

Rozalka.

Takiemi słowami!...

Szczepanek.

Księżniczka z łyséj góry groziła rózgami.

Albin.

Co! rózgami, rózgami, Rozalce rózgami?!
Ja... ja... zaraz... Szczepanku wyrzuć ją za bramę!

Doręba.

No, no... tylko powoli.

Szczepanek.

Taką wielką damę,
Chybaby we dwóch...

Doręba.

Cicho!... Ty głupi bajtało!

Szczepanek.

Otże masz!

Albin.

Ale powiedz, jakże to się stało?

Rozalka.

Przyszła do mnie i rzekła: Precz mi zaraz z domu?

Albin.

Precz?

Doręba.

No, no no...

Albin.

I z groźbą?

Rozalka.

Cóż ja winna komu?!

Albin.

Precz? Precz? Ona precz pójdzie.

Doręba.

Powoli, powoli...

Albin.

Co to? Czemu powoli? Co boli, to boli...
Rozalki nie dam krzywdzić.

Rozalka.

Pójdę z Pańską wiedzą,
Ale niech, żem wygnana ludzie nie powiedzą.

Albin (biorąc za rękę).

Ty Rozalko, wygnana! O ty lube dziecię...

Doręba.

No, no... Albinie... słuchaj... zastanów się przecie...

(Odprowadza zwolna od Rozalki i cicho z nim rozmawia w ciągu mowy Szczepanka.)
Szczepanek
(na przodzie sceny — nikt go nie słucha).

Bo to tak — powiem — wszystkie na Pana wołają:
Wybierz mnie, wybierz! Djabli w czém wybierać mają!
Wszystkie jakby senne mary włóczą się na jawie,
A gdyby kto z respektem przepławił po stawie,
Wyszłyby jak ów Sznurek każda innéj maści...

(posuwając się na przód sceny — do siebie)

Och!... Och!... Och!... co za myśl!... Tak — zbędziem się napaści.
Szczepciu, pokaż co umiesz, a na dniu jutrzejszym
Pozna i Pan Doręba kto tu rozumniejszym.

Albin.

Tak, tak, wszystkim ogłoszę me postanowienie,
Że, czyli się ożenię, czyli nie ożenię,
Opieki nad Rozalką nie oddam nikomu,
I póki sama zechce zostanie w mym domu.

Doręba.

No... no... tylko powoli.

Albin (do Szczepanka).

A ty zaś Mospanie,
Strzeż jéj jak oka w głowie.

Szczepanek.

Nic się jéj nie stanie.

Koniec aktu III.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Fredro.