Beniowski (Sieroszewski, 1935)/XXXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Beniowski
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXXIV.

Było ludno i wesoło na szlichtadzie. Dwadzieścia podwunastnych sani wyjechało z bramy fortecznej i skierowało się za miasto. Pogoda sprzyjała; wiosenne słońce iskrzyło się na błękicie nieba kręgiem czystym, jasnym jak źrenica dziecka.
Od gór, od dolin i łęgów, od topniejących śniegów wiało wilgotnem, rozmarzającem ciepłem. Oczy wszystkich biegły w sinawą dal z tęsknem, aż do bólu, oczekiwaniem wesela. Usta otwierały się mimowoli do śmiechu i okrzyków, do podśpiewywania hucznej muzyce, grającej na przednich saniach pod wodzą starego Bielskiego. Psiarczykowie pokrzykiwali i pobrzękiwali „osztołami“ do taktu, do taktu tupotały psy i nawet poskrzypywały do taktu sanki.
Wszystko zlewało się w jeden poryw wesela, nakazanego przez pana naczelnika, podnieconego sutą na wyjezdnem libacją. A gdy szlichtada wybiegła z zabudowanych ulic na mleczno-sine śnieżyste pola, gdy obleciał wszystkich żywiczny zapach rozbudzonych już modrzewiowych lasów, gdy poczuli się zdala od ludzkich oczu, wesołość przeszła w szał... Mężczyźni, kobiety krzyczeli, śpiewali, przychutniwali tanecznym dźwiękom muzyki, zapomniawszy o rangach, o pensjach, o należnej urzędom czci i względach.
Mknął rozśpiewany korowód, mknął, ile tchu miały w piersiach, ile sił miały w kosmatych łapach oszalałe, podniecone powszechną wrzawą psy. Migały na śniegach czerwone, niebieskie, żółte i sine barwy drogich kitajek i aksamitów, skrzyło się złoto i srebro galonów, guzów, pętlic, szamerowali; nad ciemnem futrem kosztownych kołpaków i bezcennych szub chwiały się, niby barwne dymy, lekkie kity i pióropusze.
Zdało się, jakoby nawet stroje, zamknięte srogiemi mrozami w czas zimy w skrzyniach i schowkach, chciały sobie nagrodzić przewlekły w ciemnościach pobyt szczególnie jaskrawą grą mieniących się kolorów. Zdało się, jakoby żądze ludzkie i pustota wszelaka chciały użyć sobie i nahulać się dosyta w śródpościu przed zbliżającym się surowym Wielkim Tygodniem.
Nawet naczelnik Niłow, ciężko obijając się na wyboinach o siedzącego z nim razem w saniach sekretarza, mruczał wesoło:

Upiła się młoda wdowa,
Zapragnęła żyć od nowa...

Ci zaś, co mieli koło siebie niewiasty, mimowoli przytulali się do nich i wcale nie byli odpychani. Że zaś Beniowski tak zarządził, aby tym razem białogłowy nie mężów miały za towarzyszy, a innych kawalerów, była więc powszechna stąd wesołość.
Sam Beniowski, wspaniale odziany w krytą drogim niebieskim atłasem szubę kunią i śliczną czapkę bobrową z niebieską czaplą kitą, wpół leżał w długich wąskich saniach obok Nastazji i stało się, rzecz prosta, że ręce ich złączyły się pod futrzanym fartuchem sani. Beniowski zamknął oczy.
— Ostatni raz, ostatni raz! — mówił sobie i pozwolił rozkochanym palcom dziewczyny błądzić po swoich dłoniach i nawet odpowiadał na jej uściski.
Z pewnym niepokojem jednak spoglądał na zawrotach drogi ku sankom, gdzie z Baturinym jechał Stiepanow, zauważył jego bladość i złowrogo płonące oczy.
— Nastazjo Iwanówno, przez wzgląd na tego tam szaleńca musimy zachować pozory!... — szeptał, uchylając ramię od kłoniącej ku niemu głowę dziewczyny.
— A niech tam! Co mię wszyscy oni obchodzą!...
— W przystępie obłędu on może Bóg wie na co się ważyć!...
— On, niewolnik! Niech się ośmieli!... Ojciec zgnoi go w kazamatach!...
— Zapominasz, że byłem, nawet poniekąd jestem takim, jak on...
— O, ty co innego!
— A jednak nie należy go drażnić! Pamiętasz, co mówiłem ci wtedy!
— Kiedyż to nareszcie się skończy!... — westchnęła dziewczyna, odsuwając się z niechęcią.
— Niezadługo, niezadługo...
— Mówisz mi to już od trzech miesięcy. A według mnie wszystkie te przeszkody nie mają żadnego sensu... Powiedz mi nareszcie, co to znaczy? — dodała, zwracając się ku niemu i zaglądając wprost w oczy.
— Jeszcze chwilkę, chwilkę cierpliwości, a dowiesz się, wszystkiego się dowiesz i... przyznasz, że miałem rację, że istotnie... miłuję cię! — odszepnął.
Nastazja odchyliła się na poręcz sani z cichem westchnieniem.
— Więc proszę cię, abyś była uprzejma dla Stiepanowa, i nawet chcę posadzić go z tobą do sani, gdy po śniadaniu ruszymy dalej z przy« stanku. — Przenigdy! A ty z kim pojedziesz?... — Z twą matką. — Nie, nie chcę, z nikim nie chcę jechać, tylko z tobą!... Przekomarzali się tak, aż Beniowski spo« strzegł nieopodal drogi wielką, już pod dach wy« prowadzoną budowlę, na której uwijała się pokaźna liczba cieśli i stolarzy, stukających siekierami, zgrzytających piłami, szurgających heblami i strugami po pachnących, smolnych kłodach. Przypomniał sobie opowieść Stiepanowa i domyślił się, co to jest; nie miał jednak czasu spytać się swej towarzyszki, gdyż rychło ich sanie wpadły za innemi saniami na podjazd przed budujący się dom. Już naczelnik Niłow, sekretarz, pani Niłowowa, podtrzymywana przez Sybajewa, pani komendantowa, opierając się na ręku Chruszczowa, a za nimi inni wychodzili z sani i kierowali się ku schodkom ganeczku, gdzie z gołą głową stał pochylony pokornie ciesielski „narjadczyk“ Parenicyn, niegdyś okrętowy cieśla kupca Chołodiłowa. Za nim ustawili się w dwa szeregi wolni i niewolni robotnicy, Rosjanie i Kamczadale. Niektórzy tylko postukiwali jeszcze gdzieś w głębi domu młotami.
— Prosimy, prosimy dalej miłych gości!... — zapraszała wesoło Niłowowa zaciekawionych i rozbawionych uczestników szlichtady.
Weszli tłumnie do napół wykończonego już środkowego pokoju, gdzie wśród stosów zgarniętych na bok strużyn i wiórów stały stoły zastawione szkłem, porcelaną, cynowemi talerzami, sztućcami i innemi biesiadnemi przyborami. Na wielkim kaflowym kominie cudzoziemskiego wzoru palił się suty ogień; zaciągnięte w oknach, zamiast szkieł, żółte kitajkowe zasłony, rzucały wesołe, słoneczne światło na złotawe, świeżo wystrugane, modrzewiowe ściany, na takąż powałę z potężnych bali i gładką posadzkę komnaty.
— Zaiste pańska siedziba! — wyrzekł sekretarz, rozglądając się wokoło.
— To dla ciebie, Auguście Samuelowiczu, godny zięciu nasz i synu, szykujemy gniazdko!... — zwróciła się uroczyście do Beniowskiego Niłowowa. — Abyś nie potrzebował oddalać się zbytnio od nas do tej twojej na Łopatce kolonji i nie potrzebował odkładać ślubu i wesela, aż do czasu pobudowania się tam, co przeciągnęłoby się Bóg wie jak długo, postanowiliśmy ten ci tu dom wybudować własnym kosztem, a wesele i przenosiny chcemy sprawić zaraz po Wielkiej Nocy...
— Wybornie!... — zahuczały liczne głosy.
— Do kolonji będziesz mógł dojeżdżać... Zresztą będzie ona wciąż potrzebowała twego przedstawicielstwa w mieście. Prócz tego staramy się dla ciebie o miejsce naczelnika całej policji okręgowej. Będziesz mógł mieć tutaj swoją kancelarję. Miejsca dosyć!... — dowodził Niłow, obwodząc ręką ściany domu.
— Ale w takim razie pocóż, Iwanie Piotrowiczu, stawiacie ten budynek na własny koszt... Przecież to będzie gmach na użytek rządowy... Czy nie prawda, Sergjuszu Mikołajewiczu? zwrócił się słodko komendant do Nowosiłowa.
— Juściż!... — mruczał ten. — Będą stąd rządzić a więc gmach rządowy!... Zgoda, zgoda! Będzie można jeździć tu na pohulanki! Ho, ho!... Ani oko cudze nie zobaczy, ani ucho wrogie nie usłyszy!... Ho, ho!...

W teremie żona łzy srebrne roni,
Obok małżonek w kielichy dzwoni!...

— Czy nie tak, pani naczelnikowo, co?... Bodajto życie nasze: nie spać, nie umierać, jeno się całować i gębę ucierać!
— Siadajcie, goście mili! siadajcie!... — zapraszała naczelnikowa.
Obsiedli hałaśliwie stół, podsuwając sobie wśród żartów i śmiechów drewniane pieńki zamiast stołków, których zabrakło. Deska położona jako ławka na obrzynkach bali, gięła się i chwiała pod ciężarem biesiadników, wywołując lękliwe piski niewiast.

Jak mi miłe życie!
Czego się boicie?...
Że się położycie?...
Nie pierwszy to raz
Zdarzy wam się taki... szpas!

— składał napoczekaniu sekretarz.
Wniesiono potrawy, odkorkowano butelki i beczułki; zapach mięsiwa, zamorskich korzeni, wódki i wina zlał się z miłym, rzeźwiącym zapachem żywicy, świeżo ciosanego drzewa i aromatem smolnych płonących na kominie szczap.
Beniowski usiadł z Nastazją na końcu stołu, naprzeciwko teścia i teściowej i, wesoło gawędząc z sąsiadami, troszczył się jedynie o napełnianie talerza i kieliszka narzeczonej, gdy zbliżył się do niego Chruszczów i szepnął mu do ucha:
— Wynijdź bez zwłoki na ganekl Sprawa pierwszej wagi!...
Zmieszał się Beniowski, spojrzał na ucztujących i, nie dostrzegłszy wśród nich ani Sybajewa, ani Stiepanowa, zrozumiał o co chodzi. Baturin w przeciwnym końcu stołu rozmawiał spokojnie z naczelnikiem i ważniejszymi urzędnikami.
— Znowu ten niecnota! — pomyślał marszcząc brwi Beniowski. — Mam dosyć tego!
Nie mógł jednak zaraz wstać, gdyż siedząca po drugiej jego stronie pani Czernych jęła właśnie go wypytywać, jak to można jeździć sankami, zaprzężonemi w takie duże i dzikie zwierzęta, jak konie?
— Nigdybym się nie odważyła, przenigdy!... Jeszcze gdy mężczyzna na koniu siedzi, to go pod sobą ma, to nim włada, ale tak, toć jakże powodować nim? Może zawieźć, gdzie sam zechce!...
Musiał więc wyłuszczać jej Beniowski urządzenie cugli i wędzidła, kół wozu oraz dyszla, aż usłyszał dyskurs zoddala Nowosiłow i wmieszał się głośno:
— Dyszel urządzon tak, że go białogłowom opisać trudno, ale pokazać łatwo!
— Cha, cha!... — śmieli się mężczyźni.
Beniowski wyniósł się cichaczem, lecz nie zastał już Chruszczowa; psiarczykowie, pilnujący sani, powiadomili go, że odjechał razem z Sybajewym przed chwilą.
— A Stiepanow gdzie?...
— Ten dużo wcześniej od nich wyruszył. Wrychle po przybyciu!...
Beniowski popatrzył na drogę, żółcącą się na śniegach, niby cienka brudna nić, i zawahał się, lecz już go z ganku wołano, żeby wracał, bo sekretarz będzie miał przemowę.
Jakoż Nowosiłow już stał z kielichem w ręku i gadał:
— Kolonja taka nieobliczone przysporzy krajowi korzyści, bo pomijając okoliczność, że dziś wór mąki żytniej, często sprzałej i podmoczonej, przywiezionej lądem z za 12 tysięcy wiorst, kosztuje rząd do dwunastu rubli i za tę cenę sprzedawany jest z dobrodziejstwem mieszkańcom, lub wydzielany kozakom i żołnierzom, jako strawne, co naraża skarb na ogromne straty; to jednak i owej mąki, którą nieraz przed użyciem siekierą kruszyć trzeba, to i tej mąki, powiadam, często dosyć nie bywa!...
— A jakże!... — zgodzili się obecni.
— Jakąż więc zasługę wobec państwa mieć będą ci, co dowcipem pokonawszy nieprzychylność klimatu i gleby, przyszczepią krajowi rolnictwo...
Długo gadał sekretarz, przypijając z kielicha i komplementując zkolei to Niłowa, to Beniowskiego, to komendanta Czernych, to panią Niłowową i nadobną jej córkę, to wreszcie zręcznym zwrotem pochlebiając wszystkim białogłowom, równając je z wdzięcznem polem dziewiczem, które rychło zakwita wszełkiemi fruktami, skoro przejdzie po niem pług oracza...
Tu znowu wszczęły się śmiechy, żarty powodujące powszechne niewiast spłonienie i opuszczenie oczu.
W tym czasie wpadł do sali Sybajew i zbliżył się porywczo do Beniowskiego; ledwie parę słów mu powiedział, gdy ten wstał i, podszedłszy do Niłowa, poprosił go, aby pozwolił mu oddalić się na chwilę, gdyż Stiepanow oszalał i trzeba z nim zrobić porządek.
Umilkł sekretarz, słysząc szepty, i nadstawił ucha.
— Wielka rzecz! Poco masz sam jechać?... To nam zepsuje zabawę!... Każ go związać i niech poczeka!... — odpowiedział głośno Niłow.
— Narzeczoną chcesz rzucić!? Jakże to wyglądać będzie. Wy tu główne jesteście osoby... gospodarze niejako w tym waszym domu — sprzeciwiała się naczelnikowa.
— Bieżysz ratować zuchwalca, któryby cię życia rad pozbawić!... — wmieszała się Nastazja, która podążyła za narzeczonym. — Wiem ja, wiem, co znaczy to szaleństwo!... Zaklinam cię, nie jedź!
Zakryła oczy rękoma i zalała się łzami.
Zerwali się biesiadnicy i otoczyli ich kołem.
— Cóż to znaczy?... Jakieś tajemnicze spiski? — spytał naczelnik, zwolna czerwieniąc się na twarzy..
— Żadne spiski, ojcze, jeno rozmiłował się we mnie ten szaleniec i grozi śmiercią z zazdrości Beniowskiemu...
— Rozmiłował się... bez rodzicielskiego pozwolenia? A możeś mu co obiecała?...
— Nic zgoła!... Wiadomo ci, ojcze, i matka może to potwierdzić, że miłuję jedynie przeznaczonego mi wolą boską i waszą Augusta Samuelowicza!...
— A jednak tego wieczoru u Beniowskiego gadałaś z nim długo. Potem przychodził do nas, widziałem parę razy. I, wyznam, wydawał mi się człowiekiem wcale do rzeczy.
— Wtedy właśnie, ojcze, dowiedziałam się, że mię miłuje, i odwodziłam go od tego beznadziejnego uczucia, prosząc żeby nie ścigał nadaremnie zazdrosną nienawiścią swą Beniowskiego, któremu pozostanę wierną do śmierci. Wtedy to dowiedziałam się, że już czyhał na jego życie i omało nie zabił go zdradziecko w pojedynku...
Coraz ciaśniej kupili się dokoła mówiącej goście, coraz mocniej czerwieniła się twarz naczelnika i nabrzmiewały mu krwią grube żyły na skroniach.
— A ja nic o tem nie wiem!... — zawołał nagle na Beniowskiego.
— Chciałem uniknąć rozgłosu w tak delikatnej sprawie! — tłumaczył się ten.
— Do turmy!... Wszystkich do min! Batoga? mi wybiję ja im te zakazane amory!... Rab nędzny śmiał targnąć się zuchwale na osobę mej córki!... Niedługo po moją głowę sięgną!... Ho, ho! Jedziemy zaraz!... Czernych, każ podawać sanie!... — szumiał Niłow i nogą stół od siebie odepchnął, aż upadły na nim z brzękiem kieliszki i flasze.
Z żałością patrzeli biesiadnicy na lejące się trunki, na niedojedzone na misach mięsiwa, słodycze i placki, lecz słowem nie odważali się sprzeciwić rozgniewanemu naczelnikowi. Jeno niewiasty pośpieszyły z pomocą naczelnikowej, podnoszącej wywrócone szkła.
— Czyby nie lepiej jednak doprawdy załatwienie tej sprawy powierzyć na razie Beniowskiemu? — zauważył ostrożnie sekretarz. — On jest starostą wygnańców, ich bezpośrednim naczelnikiem, on odpowiada za ich prowadzenie się... Można będzie potem śledztwo urządzić, dociec kto tam zawinił i winnych ukarać, ale teraz niech jedzie Beniowski!... Poco mamy zaraz wszyscy dla jednego niewolnika się niepokoić... Zbyt wiele o sobie mniemać zaczną!...
— Nie jedź, Auguście!... Ojcze, nie puszczaj go!... — krzyknęła Nastazja. — Chcą go zgubić, ukochany mój! Widzę to!...
— Dlaczego gubić!?... Poco takie brzydkie podejrzenia!?... My mu damy rozkaz na piśmie... — wtrącił sekretarz.
— Będzie mógł wziąć do pomocy kozaków!... — uspakajał ją komendant.
— Więc pisz, że mu pozwalam robić z nim, co zechce!... — rozkazał Niłow.
Podczas, gdy pisano rozkaz na ćwiartce papieru, dostarczonej przez ciesielskiego „narjadczyka“ Parenicyna, Beniowski upewniał tysiącami zaklęć narzeczoną, że nie narazi się na żadne niebezpieczeństwo i że nic mu się stać nie może.
Goście, gwarząc o wypadku, znowu obsiedli stół.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.