Beniowski (Sieroszewski, 1935)/XXXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Beniowski
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXXV.

— Śpiesz, śpiesz się, Jędrzeju!... Popędzaj! — naglił woźnicę Beniowski.
Jędrzej, który dowiedział się coś niecoś od Sybajewskiego psiarczyka, sam w wielkim niepokoju gnał psy, co miały tchu. Sybajew został daleko w tyle. Pędem minęli miasto, fortecę, skąd, wydało się Beniowskiemu, że wołają nań stojący przed bramą żołnierze. Przechodnie, poznając naczelnikowskiego faworyta, ustępowali pośpiesznie z drogi i kłaniali się pokornie. Lecz wydało się Beniowskiemu, że w ich twarzach czyta jakąś niezwykłą, złośliwą ciekawość i wciąż przypilał Jędrzeja. Minęli szkołę, dokąd psy gwałtem chciały skręcić, i za chwilę znaleźli się przed obejściem Chruszczowa. Pobladł i porwał się Beniowski z sani, nim te stanęły, gdy spostrzegł kupę żołnierzy i kozaków, dobijających się do drzwi domostwa.
— Co się tu stało?... Co wy tu robicie!?...
— Nie puszczają!... Każcie im otworzyć, panie!
— Krzyczał tu jeden: „słowo i dzieło!...“, a ci nie chcą go wydać!...
— Wiadomo zdradę knują!... Hej, otwieraj!
— Co zważać na nich!... Napieraj, napieraj... Siekierą wal!... Z dołu podważaj!...
Zahuczały ponownie drzwi pod uderzeniami żołnierskich butów i żelaza.
— Nie ważcie się wchodzić!... Będziemy strzelać!... Mamy swoją własną władzę nad sobą nie was...
— Ho, ho!... Zdrajcy i złodzieje!... Wydajcie zaraz tego, co krzyczał słowo carskie!... Jak łże, to sam odpowie, a może takie powie o was zeznanie, że ducha tu waszego wkrótce nie zostanie!... Dawajcie dokazczyka zaraz, a to odpowiecie za opór!... — dowodził stojący na przedzie podoficer.
Z trudem przecisnął się ku niemu Beniowski przez zbity, wzburzony tłum.
— Czy umiesz czytać?... — spytał go.
— Umiem! Albo co?
— Przeczytaj ten papier, zabierz swoich ludzi i wynoś się zaraz. Jak śmiecie wyrabiać tu takie burdy?...
— Dokazczyka ukrywają... Wołał „słowo i dzieło“ do naszego żołnierza, który tędy przechodził... Mówił, że ma tajemnicę carską do wyjawienia, żeby go więc ratować z rąk waszych, panie Beniowski, że go zamordować kazaliście!... My musieliśmy go usłuchać!... Taki jest ukaz carski... Brać zaraz do urzędu tego, co obiecuje „słowo i dzieło“. Mybyśmy za to ciężko odpowiedzieli przed władzą, wielmożny panie, gdybyśmy go nie wzięli! — tłumaczył się podoficer.
— Czytaj, czytaj! — kazał mu Beniowski.
Żołnierz posłusznie zagłębił się w czytanie, inni przyglądali mu się z otwartemi ustami.
— Tak niby powiedziano tu jest, żeby go wam, wielmożny panie... zostawić... do... rozporządzenia! Ha, zostawić, tak zostawić!... Dla nas czy wziąć, czy zostawić, niema różnicy!... Jak każą, tak zrobimy, byle się nam za to nie dostało... Ale że jako na tym papierze jest podpis Jego Wysokiej Szlachetności pana Naczelnika, więc owszem... bierzcie go! A my spokojnie odejdziemy. Nie gniewajcie się jeno na nas, łaskawy panie, bo my jak nam każą... my jak ustawa! Niech się pan na nas nie żali, jeżeli my co źle zrobili, to nie ze złej zrobili woli a przez ciemnotę naszą... — dowodził wymownie.
— Dobrze, dobrze!... Idźcie już sobie i puśćcie mię, żebym mógł uspokoić napadniętych przez was! — odpowiedział Beniowski.
Zastukał do drzwi, ale gdy Chruszczów odezwał się z głębi, kazał mu po francusku wstrzymać się z otworzeniem, zanim żołnierze i kozacy nie oddalą się zupełnie. Wreszcie na ponowny znak drzwi odemknęły się i Beniowski spostrzegł bladego jak płótno Chruszczowa z rozwichrzoną brodą, a za nim kilku spiskowców z muszkietami w ręku.
— Cóżeście, nieszczęśnicy uczynili?... Czyż nie było sposobu?
— Ach, ty nie wiesz, co się stało!... — zaczął Chruszczow, odprowadzając Beniowskiego na stronę. — O małośmy wszyscy nie zginęli!... Ten szaleniec, Stiepanow, skoro tylko usłyszał przemowę Niłowowej o tym nieszczęsnym domu i twojem niedalekiem weselu, zaraz wybiegł. Śledziłem go i pośpieszyłem za nim, aby przeszkodzić jakiemu wybrykowi. Już siedział na saniach i krzyczał na psiarczyka, żeby go wiózł. Nadaremno wołałem nań, żeby się zatrzymał. Nie słuchał... Wtedy wsiadłem sam do sanek i popędziłem za nim. Miał lepsze psy, nie mogłem go dogonić. Na wjeździe do wsi spotkałem Kuzniecowa i Gurcynina, więc powiedziałem im, co zaszło, i pośpieszyliśmy razem do domu Panowa, z którym, jak wiesz, Stiepanow zamieszkał. Zastaliśmy go nad jakiemś pismem. Skoro nas zobaczył, wpadł wprost w szał. Zaczął lżyć nas, ciebie, świat cały. Krzyczał, że sprzedałeś nas, że za naszą tajemnicę, zdradzoną rządowi, kupiłeś sobie wolność, dostatek i że gotujesz się do ostatecznej zdrady za cenę wdzięków tej dziewczyny... Że on sam woli cię uprzedzić, woli nas wszystkich i siebie wydać i zaprzedać, niż tak cierpieć... Wrzaski i groźby swoje do tego posunął stopnia, iż gdyby je ktokolwiek obcy usłyszał, bylibyśmy wszyscy zgubieni... Staraliśmy się go ułagodzić, przekonać, lecz gdy się porwał biec do kancelarji, żeby wszystkie nasze sekreta rządowi odkryć i kryjówki wskazać, spostrzegliśmy, że nie wypadało dłużej szaleńcowi pobłażać. Rzucili się nań towarzysze, chcąc go obezwładnić, lecz wyrwał się, powalił Gurcynina, mnie również, gdy mu zastąpiłem drogę, wybiegł na ulicę i tam, spostrzegłszy przechodzącego żołnierza, jął wygadywać na nas, oskarżać nas, że go otruć chcemy, prosić, żeby żołnierz pobiegł do kancelarji i powiedział, że ma na nas „słowo i dzieło“, że knujemy przeciw rządowi zdradę... że chcemy uciec a miasto spalić i zrabować!... Zwabieni jego wrzaskiem zbiegli się wygnańcy z całej wsi, kobiety i nawet przechodnie. Chcąc położyć kres scenie i nie dopuścić do ucieczki Stiepanowa, kazałem towarzyszom schwytać go, gębę mu zakneblować i zawlec do mnie, gdzie go kazałem w lochu pod podłogą zamknąć. Żołnierz jednak uciekł i sprowadził kozaków oraz patrol. Na szczęście przybył w międzyczasie Panow, Sybajew a potem Baturin. Pchnąłem Sybajewa zaraz po ciebie a sami postanowiliśmy się bronić. Do Stiepanowa przystawiłem Ziablikowa z krócicą, żeby na wypadek zwycięstwa żołnierzy śmierć mu natychmiastową zadał. Przybyłeś w samą porę. Radź, co robić!...
— Przedewszystkiem odwołaj z lochu Ziablikowa... Czyż nie wiesz jakie miał zajście ze Stiepanowym, jeszcze go uśmierci przed czasem, a musimy się dowiedzieć, co ten zdrajca przedsięwziął, co pisał? Może już zrobił jakie wskazanie rządowi? Gdzie list, nad którym zastaliście go?...
Chruszczów wzruszył ramionami.
— Nie wiem gdzie ten list!... Może go podarł?
— A może go oddał żołnierzowi!... Co?... Widzicie, jacyście wy nieroztropni!? Zajmiemy się szukaniem tego listu... I wogóle trzeba przejrzeć rzeczy Stiepanowa... Ale przedewszystkiem pojedziesz do Naczelnika, przedstawisz mu wszystko przystojnie, powiesz, że wskutek szaleństwa nieszczęśnika wynikła przez nieporozumienie burda z żołnierzami; powiesz mu, że ręczymy za spokój, prosimy jednak, aby wobec powszechnego wzburzenia zabronił przez jakiś czas wchodzić do naszej wsi kozakom i żołnierzom, że porządek i poszanowanie prawa sami nadal utrzymywać będziemy. Poczem przyjedziesz do mnie, do szkoły, gdzie zwołam zebranie i złożymy sąd. Śpiesz się jednak, bo nie chcę bez ciebie tej sprawy załatwiać. Uprzedzisz tych, co mieszkają w mieście, aby też przybyli... Naczelnik pewnie bawi jeszcze z całem towarzystwem na budowli — tam jedź!
Chruszczow odjechał a Beniowski, zabrawszy z sobą Baturina i Kuzniecowa, udał się do Panowa.
Ten spotkał Beniowskiego z twarzą tak zbolałą, postarzałą i zmienioną w krótkim czasie, że litość Beniowskiego zdjęła.
— Nic takiego się nie stało! Wszystko jeszcze na dobre się obróci... — próbował go pocieszać.
Panow wstrząsnął głową.
— Hańba, hańba!... — mruknął.
Pilnie pomagał przeglądać rzeczy siostrzeńca, znosił je z rozmaitych kątów, wywlekał z ukrycia, ale nie odzywał się wcale.
Wieczorem obszerna sala szkoły wypełniła się po brzegi uzbrojonymi wygnańcami. W krwawem świetle kaganków i płonącego po rogach izby łuczywa, złowrogo rysowały się posępne twarze brodate i błyskał tu i owdzie oręż.
Chruszczów opowiadał szczegółowo przebieg wypadków, wskazał świadków, których badano pokolei; poczem Beniowski spytał zgromadzonych, co ze Stiepanowym według ich rozumienia czynić wypada?
— Śmierć, śmierć!... — zaszumiało w dalszych szeregach, ale bliższe milczały.
Beniowski obwiódł spojrzeniem zebranych i zatrzymał wzrok chwilkę na zmiętej twarzy Panowa. Stał z głową wzniesioną do góry, ale z opuszczonemi powiekami i szeptał zawzięcie przez zaciśnięte zęby, błyskające drapieżnie wśród czarnego zwichrzonego zarostu:
— Śmierć!... Śmierć!...
— Coś źle wygląda! Czyżby wiedział zdawna o zamierzonej zdradzie!? — błysnęło przez myśl Beniowskiemu.
Przypomniał sobie pierwsze wystąpienie Stiepanowa, jego wpływ na Panowa, chorobliwą podejrzliwość ostatniego.
— Muszę dowiedzieć się! — powiedział sobie i zaczął głośno:
— Zastanówcie się dobrze, towarzysze, nad waszą decyzją. Sprawa stała się głośną. Śmierć Stiepanowa może zostać użyta przeciwko nam przez nieprzyjacioły nasze, których nie brak nietylko wśród rządu, ale i w mieście, wśród tych zawistnych, co nam zazdroszczą powodzenia, co sarkają przeciwko nadaniu nam przez władzę ziemi i rzekomych tysięcy rubli zapomogi...
— Cóż z nim uczynić zamierzasz?... Ustawa mówi wyraźnie!... — przerwał zapalczywie Kuzniecow.
— Możemy trzymać go w zamknięciu, aż do chwili naszej ucieczki — odpowiedział Beniowski.
— To słaba asekuracja!... Z więzienia można uciec, można napisać... — rzucił Sybajew.
— Zresztą ci sami wrogowie i zawistnicy, o których przed chwilą mówił czcigodny nasz przywódca! — zaczął Gurcynin — nie omieszkają zapewne wypróbować wszelkich sposobów, żeby Stiepanowa z naszych rąk wydostać i dowiedzieć się prawdy. Obecnie władze za sprawą pana Beniowskiego uważają napady Stiepanowa za proste oszczerstwo. Gdyby jednak udało mu się wskazać im nasze kryjówki broni, opowiedzieć treść naszych uchwał, ujawnić wszystkie kunsztowne sposoby, wynalezione przez nas gwoli zapobieżeniu zdradzie, co, zapytam, mogłoby nas uchronić od srogiego losu!?...
— Niech lepiej on zginie, zamiast byśmy mieli zginąć wszyscy!
— Słuszna jest! Dla uratowania pięćdziesięciu, lepiej aby przepadł jeden!...
— Cackają się z nim, jak z wrzodem, bo ich, bo szlachcic, bo siedzi w Radzie, ale z Piacynym i Lewantiewym to się załatwili wprędce...
Huczały coraz burzliwsze głosy. Chruszczów, Baturin, Winblath, Meder, Brondorp, Serebrennikow, kniaź Zadskoj i reszta znaczniejszych wygnańców spoglądali wyczekująco na Beniowskiego.
— Wprowadzić oskarżonego!... — kazał ten. — Może on co nam powie na swoją obronę!
Wszedł Stiepanow w pętach, w otoczeniu czterech uzbrojonych spiskowców. Minę miał dość zuchwałą, skoro jednak przeczytano mu rozkaz naczelnika kraju, oddający go na łaskę i niełaskę Beniowskiego, oraz skoro własnemi oczami sprawdził rozporządzenie i podpis Niłowa, zbladł i opuścił głowę. Ale rychło znowu ją podniósł i obwiódł błyszczącym wzrokiem zebranych:
— Zamiast mnie tracić, który wam dobrze życzę, albowiem dla waszego ocalenia całą rzecz wszcząłem, lepiej schwytajcie jego, wydajcie władzy, upokorzcie się a uzyskacie przebaczenie!... — zagrzmiał nagle, kiwając głową w stronę Beniowskiego. — Azali wiadomo wam, dokąd was on prowadzi i czem się to skończy?... Azali nie on sam dotychczas miał korzyści z naszych trudów, pracy, niepokojów i niebezpieczeństwa!?... Spojrzyjcie na niego: w atłasy i sobole odzian, a wy czyż nie nosicie po dawnemu siermięgi podartej oraz skórzanej odzieży!?... Żyje z gnębicielami naszymi za pan brat... i czy wiadomo komu o czem mówi z nimi w głębokie noce przy kieliszku?... Może on dawno wszystkich nas sprzedał i stara się nas zebrać w onej kolonji poto ino, iżby żaden z nas stamtąd nie uszedł i nie stał się powszechności mścicielem?... Co, czy kto z was poręczy, czy nie tak?... I ciebie, wuju, widzę wśród sędziów moich!... — zwrócił się do Panowa — a czy nie dalej jak wczoraj nie przyznawałeś sam, że podejrzane jest zachowanie się tego tu niesłychanego kłamcy i zagranicznego intryganta?... Bo zaiste, jaki ma powód starać się i narażać po tysiąc razy na własną zgubę, aby ocalić nas, biedną hołotę, obcą mu mową, językiem, obyczajem, przeszłością!... Zapytajcie go, niech powie!? Przecież nie na tyle miłuje nas, aby obecne swoje położenie, swoje wpływy, swoje zdobyte przez nas bogactwo, swoje nadzieje na urzędy i zaszczyty, zamienić na niepewny los buntownika i zbiega, oddać się na łaskę burzliwych mórz, nieznanych przygód w nędznej łupinie tutejszej bajdary... Czego mu brak?... Już teraz włada całym krajem, jak prawdziwy jego naczelnik, urzędnicy gną przed nim swe grzbiety, kozacy i żołnierze słuchają go pilniej, niż swych oficerów... Je, pije, bogaci się... Za parę dni zaślubi najpiękniejszą w mieście, ba, w kraju całym, na świecie całym, dziewczynę... — tu pobladł, zachwiał się i dokończył zdławionym głosem: — A wtedy... a wtedy... Cóż mu przeszkodzi sięgnąć po najwyższe w województwie zaszczyty?
— Powiedziałem ci, nędzniku, że nie zaślubię jej nigdy!... Wiedz, że nawet jej zaślubić nie mogę, gdyż mam żonę i dziecko!... Spytaj się Chruszczowa i Baturina, niech poświadczą!... — wybuchnął wreszcie Beniowski. — Co się zaś tyczy innych twoich oszczerstw, to czyny moje są najlepszą na nie odpowiedzią!... Czy istotnie nie polepszyło się położenie wasze?... Czy rabują, poniewierają i katują was za byle co, jak dawniej?
— Bili niedawno Bielskiego... — bąknął ktoś z tłumu.
— To... nic... Co was to obchodzi... Sam wiem... sam Beniowskiego prosiłem!... Nie winien nikt!... Głupcy!... — odpowiedział nagle z kąta przerywanym głosem Bielski.
— Nie jestem wszechwładny!... — mruknął Beniowski — ale porównajcie swoje poprzednie położenie z obecnem... Czyż istotnie nie widzicie różnicy i czy sądzicie, że zdobył ją wam swem przebiegłem rozumowaniem Stiepanow?... Nie o to wszakże chodzi, gdyż przecie nie dla polepszenia obecnego swego bytu związaliśmy się i sprzysięgli. Nie dlatego narażaliśmy życie nasze na śmierć i najgorsze tortury, aby zdobyć mały, lepiej okraszony kęs chleba, lecz poto, aby zdobyć wolny, ludzki byt, aby żyć jak inni, żeby nie drżeć wciąż, iż lada kaprys tyrana odbierze wam to, co dzisiaj dała wam jego łaska... Czyż nie pragnęliśmy wszyscy wolności!... Czyż nie w imię wolności zgromadziłem was, pobudzałem do pracy i wytrwania?... Kiedyż to mówiłem wam, że będzie wam lepiej, że lepiej będziecie mieszkać, smaczniej jeść, dłużej spać, skoro zwiążecie się w sprzysiężenie, karane torturą i minami!?... Zaiste moglibyście mię uważać za ostatniego w tym wypadku głupca... Nie, nie dlatego zgromadziłem was, nie dlatego sam kłamałem, poniżałem duszę mą, obcując z wyrodkami tego świata, nie poto wwodziłem w błąd szlachetne, miłe mi serca... abyście tłusto jedli i miękko spali! O, nie! Bo chociaż sprzyjam wam, jak wogóle sprzyjam ludziom udręczonym, lecz duszy mej za całość waszego obuwia i sytość waszego brzucha nie oddam i nie winienem jej oddawać... I nie dlatego miłuję was, żeście ciemni, ubodzy i udręczeni, lecz dlatego, miłuję was, że z waszą pomocą tylko mogę stać się wolnym, czyniąc i was wolnymi!... Tak, jesteście mymi towarzyszami dlatego, że idziecie razem ze mną do wyzwolenia, do panowania nad swym losem, do zniszczenia raz na zawsze wspólnych dla wszystkich krzywd, raz na zawsze powtarzam... Czy nie tak?
— Tak, tak... Śmierć zdrajcy! — zahuczał tłum.
— Co się tego tyczy, to pozwólcie niech zdecyduje Rada. Zbyt jesteście wzburzeni, aby rzecz tak ważną jak śmierć niedawnego waszego przywódcy spokojnie rozważyć. Pozwólcie więc, że rozważymy to my, wybrani przez was, w cichości, tu w sąsiedniej komnacie, i rezolucję wyniesiemy wam niezwłocznie. Wy zaś tymczasem rozejdźcie się do domów i znieście tutaj natychmiast wszelką broń, jaką macie, i wszystko główniejsze, co kazano wam przygotować do drogi... Albowiem chwila stanowcza może już jest bliska! Odprowadźcie więźnia do lochu!... — zwrócił się do straży.
— Słuchaj, Beniowski, słuchaj!... Nie wiedziałem, że jesteś żonaty... Daruj!... Dlaczegoś mi przedtem tego nie powiedział?... Jakże żałuję... Teraz rozumiem wszystko!... Jakże inaczej potoczyłyby się wypadki... — zagadał rwącym się głosem Stiepanow, ale Beniowski skinął i więźnia wyprowadzono.
Cała Rada, za wyjątkiem Panowa, zebrała się w szkolnej świetlicy.
— Cóż poczniemy? — zagaił Beniowski obrady po chwili milczenia. — Z wielu względów chciałbym uniknąć stracenia Stiepanowa.
— Tym razem nie uda się. Wina jego jest zbyt widoczna!... — westchnął Chruszczów.
— Wtedy chodziło głównie o ciebie, Beniowski, mogłeś mu przebaczyć lub nie, obecnie przewinił przeciw całemu sprzysiężeniu!... — zauważył surowo Baturin.
— Lepiej niech zginie jeden, niż pięćdziesięciu powtarzał uparcie Kuzniecow. — Gdyby udał się mu występny zamiar, coby się stało?... Sądny mielibyśmy dzień!... Pasy by z nas w tej chwali darto w katowni!... Powinien czuć się szczęśliwym, że z niego drzeć ich nie będziemy.
— A jednak trzeba go ocalić, choćby ze względu na Panowa, dzielnego i wiernego jak rzadko towarzysza!... — nastawał Beniowski.
— Wszelkie związki krwi milkną wobec takiej zbrodni!... Słyszałem, jak sam Panow żądał jego śmierci!... I co byłby wart, gdyby myślał inaczej! — zapalczywie dowodził Kuzniecow.
— Wiemy jednak, że jest bardzo do krewnego przywiązany, uważa go poniekąd za syna!...
— Tem bardziej!... Zgniótłbym własnemi rękami takiego gada, gdybym go znalazł w swem gnieździe!...
— Zemsta nie powinna mieć miejsca w sprawach ogólnych. Ona równie często je gubi, jak niewczesna pobłażliwość. Zimno rozważmy, jakie korzyści da nam jego śmierć, i jakie grozi nam z tego niebezpieczeństwo!
— Zniknie człowiek, który zna nasze tajemnice a życzy nam źle. Chytry niegodziwiec, który zawiódł nasze zaufanie...
— Powtarzam, że możemy go obezwładnić, odosobnić, otoczyć strażą.
— O wierz mi, Beniowski, że najlepiej milczą umarli!... Dlaczego tak bardzo pragniesz go ocalić? — wybuchnął Kuzniecow.
— Zresztą co powiedzą inni!... Słyszeliście już, jakie robili nam zarzuty? Co? Może więc nasza pobłażliwość ostatecznie zdemoralizować wielu i przyśpieszyć szkodliwe dla nas rozwiązanie sprawy... — zauważył Gurcynin.
— Śmierć Stiepanowa przyśpieszy je tem bardziej! Naczelnik i przyboczni jego urzędnicy myślą, że chodzi tu o oszalałego z zazdrości i nienawiści ku mnie zalotnika. Przypuszczają, że ukarzemy go najwyżej chłostą lub zamknięciem. Nie dali nam prawa miecza, bo i sami go nie posiadają!... Toć każdy wyrok śmierci tutejszej władzy musi zatwierdzić generał-gubernator! Zniknięcie Stiepanowa może groźne wprost dla nas mieć następstwa... Jestem stanowczo przeciwny jego zgładzeniu! Ze względu jednak na powszechne wzburzenie, a również dla nastraszenia i przełamania przestępcy, proponuję, aby dać mu silną dawkę lekarstwa na wymioty, któreby on uważał za objaw otrucia... Będzie to zupełnie wystarczająca kara, a uratowanie jego od mniemanej śmierci da nam dostateczny pozór do ułaskawienia. Następnie wszystko się przewlecze, a nim chory przyjdzie do siebie, ruszą lody na rzece i odpłyniemy swobodnie!
— Jest to środek dobry, lecz okrutny i dla nas trochę poniżający!... — zauważył Baturin.
— Cóż robić, przyjacielu, czyż nie gorzej będzie, jeżeli go zabijemy?... Bóg świadkiem, że to, co mówię, jest najprostszym i najkrótszym wybiegiem!... Niech odpowiedzialność zań spadnie wraz z tyloma innymi na moją głowę. Słyszeliście przecie cały szereg stawianych mi zarzutów. Sądzę, że nie będzie ten zarzut największym!... — uśmiechnął się Beniowski.
Projekt został przyjęty; Meder dobył lekarstwo z przygotowanej apteczki podróżnej, odważył ilość potrzebną i zabrał ze sobą w papierku.
Gdy Rada weszła ponownie do wielkiej sali szkolnej, zastała ją już znowu zatłoczoną spiskowcami, jak w początkach zebrania. Dym od łuczywa i kaganków wprost gryzł oczy, zepsute powietrze chwytało za gardło, czerwone przyćmione płomyki świateł ledwie płonęły. Ze względów ostrożności nie otwierano okien ani drzwi i zebrani, znużeni i sposępnieli, czekali niecierpliwie w ścisku i zaduchu na wyrok.
Wprowadzono Stiepanowa i kazano mu zdjąć z rąk pęta.
— Przyznaj, iż obchodzono się z tobą, Hipolicie Aleksiejewiczu Stiepanowie, bardzo względnie! — zaczął uroczyście Chruszczow.
Poczem wyliczył cały szereg dobrodziejstw i ulg, z jakich korzystał obwiniony, dzięki zasługom dla sprawy wygnańczej wuja swego, Panowa. Wspomniał zatarg z Ziablikowym, niecne oszczerstwa rzucane na Beniowskiego, oraz inne drobne, brzydkie nadużycia.
— Ale ostatni twój występek przeszedł wszelką miarę i Rada skazuje cię na śmierć!
— Na śmierć... — powtórzył Stiepanow. — Na śmierć!... A ja myślałem właśnie, że teraz, kiedy wiem...
Pobladł, zachwiał się i pochylił na ręce Panowa.
— Tchórzu nikczemny!... — gromił go ten, ale widząc, że Stiepanow leży bezwładny, zawołał przejmującym głosem:
— Umiera!... Serce pękło!... Umarł!...
Przypadł Meder i zaczął trzeźwić omdlałego octem i „amonjacką“ solą. Wśród zebranych powstał ruch.
— Czego go trzeźwicie? Niech ginie pies podły!
— Oho! Dlaczegóż to tak poprostu!
— Musi wysłuchać wyroku do końca!...
— Niech mu wszystko wyczytają, co zrobił, niech wie! — ozwały się głosy.
Chruszczow szybko pisał wyrok na rogu stołu. Meder podsunął skazańcowi przygotowany kubek. Gdy nieszczęśnik otworzył oczy i ujrzał go przed sobą, znowu zmysły postradał.
— Gachu przeklęty, co masz odwagę zadzierać jeno białogłowskie spódnice!... — zasyczał Panow, chyląc się nad nim z obnażonym sztyletem. Beniowski schwycił go za rękę.
— Co robisz, Pawle, zastanów się!
— Idź precz!... Mam prawo żądać, żeby choć w ostatniej chwili nie kalał rodowego naszego imienia!
— Słuchaj: on żyć będzie!... Upewniam cię!
— Wolej, żeby umarł!... Niewiadomo, co jeszcze od niego nas czeka!... — odrzucił zapalczywie.
— Pozwólcie... pozwólcie mi raz jeszcze przed zgonem... zwrócić się!... — zaczął głuchym głosem Stiepanow, dźwigając się z trudnością.
— Milcz, milcz, psie!... Zdrajco!... Pij!... — rozlegały się głosy.
— Niech mówi!... Każdy ma prawo przemówić ostatni raz przed śmiercią!... — wołali inni.
— Niech mówi!... — rozkazał Beniowski.
Stiepanow zwrócił ku niemu trupią twarz i padł na kolana z wyciągniętemi rękoma:
— Łaski!... Łaski, najwspaniałomyślniejszy z ludzi!... Zaiste nie jestem godzien... Jako nędznego... robaka... rozdeptać mię winieneś... Ale zważ, że skoro nie będziesz... że skoro ona... nie będzie nigdy... niema powodu... Nieszczęsna moja nienawiść w najwierniejszą zamieni się miłość!... Zostanę czem chcecie... kuchtą... oprawcą... czyścicielem okrętowych ustępów... jeno błagam... łaski!... Wywieźcie mię na jaką wyspę bezludną i rzućcie, ale... pozwólcie mi odkupić... winy moje, zmazać hańbę moją... Wszak życie całe jeszcze przede mną. Wszak mam zaledwie trzydzieści pięć lat... trzydzieści pięć... O ludzie! Rodacy... Nie każcie mi ginąć tu w ziemi niewoli... tak młodo! O Beniowski, miłościwy panie, mądry wodzu nasz... przebacz, iżem śmiał się targnąć... nawet oczy podnieść na ciebie!... Słońce dobroci i honoru!... Czyż chcesz splamić ręce twe krwią najnędzniejszego z ludzi!...
Popełznął na klęczkach za Beniowskim, który się cofał. Aż znowu omdlał.
— Dosyć, dosyć!... On istotnie umrze!... — zawołał Beniowski.
— Umrze ze strachu!... — powtórzono w tłumie. — Co za tchórz!...
— Wziąć go i niech Meder puści mu krew natychmiast!... — rozkazał Beniowski.
Kilku litościwszych spiskowców pochyliło się nad nieszczęśnikiem i przeniosło go na ławę. Meder zbliżył się z lancetem i obnażył mu zesztywniałe ramię. Gdy struga czarnej krwi popłynęła w miednicę, spiskowcy zaczęli się rozchodzić.
Beniowski uspokoił Panowa, powiadamiając go o postanowieniu Rady.
— Pozwolisz jednak — zakończył — że w mieszkaniu twojem postawimy przy nim osobną straż. Ciebie, twą szlachetną otwartość on zna zbyt dobrze i łatwo wyprowadzi cię w pole. A przyznasz, że nie możemy już wierzyć mu obecnie!...
— Ależ słusznie!... Sam o to prosić chciałem. Co za nicpoń!... A wiesz, Beniowski, co on mi przed paru dniami mówił?... Otóż ni mniej ni więcej, jeno chciał osobno na swoją rękę córkę naczelnika gwałtem porwać, owładnąć jakim okrętem i uciec... Zmówił się w tym celu z Łoskarewym, Izmaiłowym i sześciu majtkami, których upewnił, że zająłeś się wyłącznie osadą rolniczą, że uciekać już nie myślisz, w czem powoływał się na świadectwo Wołodimirowa i Puszkarewa.
— Dlaczegoś mię o tem nie powiadomił?
Panow zmieszał się, głowę opuścił, ale po chwili podniósł się i spojrzał w oczy Beniowskiemu.
— Ha, źle zrobiłem. Widzę to teraz i to się już nie powtórzy, ale...
— Nie wierzyłeś mi... co?... Ach, Panow, Panow!... Nie daleko w ten sposób ujedziemy... Każdy na swoją rękę...
— To się już nie powtórzy! — rzekł znowu twardo oficer. — Bądź pewny!... Zresztą poprzysięgli mi, że nic bez mej wiedzy nie przedsięwezmą, miałem więc zawsze możność zwrócenia się w ostatniej chwili do ciebie, co też doprawdy zamierzałem uczynić...
Znowu spojrzał twardo w oczy Beniowskiemu, a widząc, że ten kiwa z rozżaleniem głową, chwycił go za rękę.
— Tak, to prawda, że to już po raz wtóry! Ale przysięgam ci, że po raz trzeci... już nie stanie się! Oficerskie słowo! Przeniknąłem do głębi tego kłamcę Stiepanowa... Już mu się więcej mię uwieść nie uda, nie uda... Twoja wspaniałomyśność... doprawdy... ty jesteś... doprawdy! — mruczał coraz niewyraźniej, z trudem kryjąc wzruszenie.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.