Beniowski (Sieroszewski, 1935)/XXXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Beniowski
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXXI.

W domu zastał Beniowski list od Norina i partję futer, którą ten oficer przysłał na satysfakcję długu, jaki przed odjazdem zaciągnął. Winszował Beniowskiemu przyjaźni naczelnika i przyszłych związków z jego córką. Kończył prośbą, aby dalej kontynuował dla niego swe względy i nie odmawiał w potrzebie pomocy.
Niewolnik Jędrzej rozpakował przysłane futra, z których kilka było wielkiej ceny; dodał w czasie rozmowy, że pan Chruszczów coś trzy razy w ciągu wieczoru przychodził dowiadywać się, czy pan wrócił...
Beniowski był wszakże tak znużony niewywczasem i kłopotami ubiegłego dnia, że wprost nie miał już siły na rozważanie jakichkolwiek spraw. Usiadł więc na łożu i kazał Jędrzejowi ściągnąć sobie buty, gdy drzwi się otwarły i wszedł Chruszczow.
— Po raz czwarty!... — zawołał od proga. — Ale tylko na chwilkę... Pewnie ledwie żyjesz? Nie spałeś ubiegłej nocy, lecz co robić, musisz mi dać wskazówki... Przedewszystkiem, co mam począć z tym... z tym i tymi... trzema?
— Możesz iść spać, Jędrzeju... Sam się rozbiorę, a jutro rano obudzisz mię o zwykłej porze — zwrócił się Beniowski do niewolnika i dopiero, gdy ten odszedł, spojrzał pytająco na Chruszczowa.
— Siedzą i lamentują, myślą, że ich zgładzić każesz!... Następnie przyszła odpowiedź z kancelarji gubernjalnej w sprawie ustąpienia nam okrętu dla przewiezienia rzeczy, narzędzi i nasion na Łopatkę... Otóż, pewnie wiesz już, że nie powiodło się...
— Wiem, zamiast okrętu dają sześć bajdar.
— Dalej z Niżniego jakieś trwożne przyszły wieści. Przybył umyślny z listem od popa Ustiużnikowa. Oto pismo!
Beniowski natychmiast rozdarł kopertę i zagłębił się w czytanie.
— Znowu zdrada!... Boże mój!... Pisze, że protojerej cofnął pozwolenie na jego wyjazd do Bolszeriecka, że traktuje go jakoś dziwnie a nocami miewa jakieś tajemne rozmowy z Izmaiłowym i Boczkarowym... że po mieście chodzą mętne wieści o buncie, o mojem aresztowaniu, że jest pełen niepokoju, że nie wie co robić i że jeżeli tam u nich nie dzieją się gorsze rzeczy, to dzięki jedynie znanej przychylności do wygnańców komendanta Norina...
— Cóż więc? — spytał głucho Chruszczow.
— A no, poczekaj — pomyślimy... Przedewszystkiem niech Sybajew weźmie dwunastu ludzi i przywiezie z Niżniego tych nicponiów oraz resztę pozostałych tam wygnańców... Niech przedstawi im, że są potrzebni przy zakładaniu kolonji na Łopatce... Skoro jednak z dobrej woli się nie zgodzą, niech użyje siły... Gorzej z popem: jeżeli go zostawimy, wyda nas, a wziąć go przemocą niepodobna. Kłóci się i swarzy wciąż z tamtejszym protojerejem! Więc wszcząłby się hałas... Ale słuchaj: czy mi się przywidziało, czy co, lecz wydaje mi się, że mówiono w mieście o zgonie protojereja Łożkowa?...
— Umarł dziś właśnie.
— Aha, wybornie!... Jutro Niłow wyśle list, żeby Ustiużnikow przyjechał tu na uroczysty pogrzeb protojereja!... Rozumiesz?... Już moja w tem głowa!... Niech Sybajew uprzedzi go, żeby szykował się do drogi... Tak!... A więc jedna sprawa załatwiona!... Dalej: przed południem zwołasz Radę do mnie; wezwiesz Kuzniecowa, Panowa, Gurcynina, Winblatha, Baturina, no i sam przyjdziesz... Pogadamy o okręcie i owych bajdarach... Następnie, skoro świt wyślesz Iwaśkina pod strażą dwóch spiskowców do Wierchniego Ostrogu, — został tam internowany z rozkazu sekretarza i nosa niech stamtąd nie wychyla, bo będzie źle!... Mnie jako staroście wygnańców polecono za tym śledzić! Zapowiedz mu to ode mnie!... Wołodimirowa i Puszkarewa zostawić na wolnej stopie. Ale mieć oko na nich, ze wsi nie wypuszczać, z ludźmi obcymi nie pozwalać im wiele gadać... Niech się szykują też, gdyż biorę ich z sobą na Łopatkę...
— To jedziesz?
— Jadę i cieszę się z tego niezmiernie, bo jestem bardzo znużony. Zresztą pobyt mój jest tam konieczny. Władze, mieszkańcy i nawet nasi muszą być przekonani, że te sprawy nas obecnie jedynie zajmują, że nawet jeżeli były, albo są jakie inne projekty, to porzucone zostały dawno i ostatecznie!
— Słusznie, ale widzisz...
— Nic nie widzę! Dosyć!... Dziś nie mogę więcej... Czuję, że jak się nie wyśpię, to zdechnę!...
— Bój się Boga, nie zdychaj!... Cóż się z nami stanie, przyjacielu!?
— Właśnie!... Dlatego wynoś się!...
— Szczęście istotnie, że jeszcze spać możesz... Ja bo nie mogę się tem pochwalić...
— Bo masz nieczyste sumienie!... Ale już idź, idź sobie!...
— Nieczyste sumienie!... Dobrześ powiedział!... — roześmiał się Chruszczow, uścisnął wyciągniętą prawicę przyjaciela i wyszedł.
Beniowski opatrzył i zasunął za rum rygle, drzwi wewnętrzne, wiodące do Jędrzeja, zawarł na haczyk; położył nabitą krócicę koło siebie na nocnym stoliczku, rozebrał się i zwalił, jak martwy na posłanie.
W opustoszałej nagle komnacie chwiał się jeno i cicho pryskał blady płomyk kaganka. To nikły, to wypływały w chybotliwem jego świetle stojące pod ścianami sprzęty i lśniące jak sztaby lodu rzędy nabitych muszkietów oraz broni, zebranej w kącie, zasłoniętym we dnie zazwyczaj kotarą, w nocy rozsuwaną na boki.
Nazajutrz na cichy stuk do drzwi Beniowski otworzył oczy rzeźki, wypoczęty. Wesoło spojrzał na smugi słońca, przekradające się przez okno, zszyte z drobnych mikowych szybek.
Zarzucił naprędce futrzaną opończę na ramiona i poszedł otworzyć drzwi. Wszedł Jędrzej, niosąc zastawę do herbaty i błyszczący, buchający parą imbryk.
— Cóż słychać?... Przychodził kto?...
— A jakże!... Już przychodzili!... Jakżeby się bez tego obyło!?...
— Gdzież są?
— Gdzież mają być: u Chruszczowa czekają! Niech się wielmożny pan nie lęka, zaraz tu będą, jak kruki węszą każdą chwilkę wolną pana...
Beniowski roześmiał się i, obmywszy się cały od stóp do głowy zimną wodą. siadł do śniadania; nie zdążył go jednak zjeść, gdy zjawił się Chruszczow z całą Radą. Obsiedli długi stół; Jędrzej przed każdym z nich postawił filiżankę herbaty, a Beniowski podsunął im fajansową cukiernicę z cukrem trzcinowym i koszyczek z sucharami.
— Od czegóż zaczniemy?... Aha, Chruszczow, czy wszystkie moje rozporządzenia spełnione?
Wszystkie. Iwaśkin błagał, żeby go dopuszczono do ciebie, że chce się usprawiedliwić i ciebie przebłagać, alem się nie zgodził.
— Słusznie bardzo. Sprawa jasna, niema powodu mitrężyć! Czy Sybajew już wyruszył?... Nie chciałbym, żeby go w drodze mógł dopędzić posłaniec naczelnika z listem...
— Pewnie, że wyruszył. Miał zaraz jechać, zanim miasto się obudzi...
— A więc teraz: cóż powiecie na odmowę okrętu?... Jeszcze jedna nadzieja prysła. Mów Winblath, tyś najmłodszy!
— Wyznaję, że nie żywiłem nigdy nadziei zbyt wielkiej. Nawet lepiej może, że nam odmówiono. Liczylibyśmy na pewno i nie przedsiębrali środków, a statku mogli nam nie dać w ostatniej już chwili. Co wtedy?... Pogłoski i plotki rozchodzą się coraz szerzej, lada dzień możemy zostać wykryci. Dlatego radzę obecnie przywarować, siedzieć cichutko, zaprzestać nawet ściągania i werbowania ludzi. Poco nam więcej!? Każdy nowy człowiek to możliwy zdrajca... Tymczasem, jeżeli rzecz poprowadzić należycie, starczy nam tych sił, jakie posiadamy. Z jedenastu statków, jakie stoją w porcie, wypatrzyć najlepszy, najodpowiedniejszy dla nas i owładnąć nim w ostatniej chwili, kiedy będzie miał wyjść pod żaglami. Zazwyczaj cała załoga i oficerowie są wówczas pijani po pożegnalnej uczcie... Część naszych ludzi mogłaby jeszcze w czas tej uczty na statek zakraść się i uśpić załogę, częstując nietrzeźwych marynarzów wódką zmieszaną z jakim sennym proszkiem... Mederowi nie trudno go będzie sfabrykować, myślę. A wtedy łatwo już będzie za umówionym znakiem reszcie naszych do statku przypaść i przymusić ekwipaż do posłuszeństwa albo opuszczenia okrętu...
— Rada dobra, ale zbyt... dowcipna, za dużo komplikacji, a dość by jeden warunek zawiódł, a cała sprawa upadnie! — zauważył Beniowski.
Winblath próbował bronić swego projektu, upierał się, wskazując na trudność otwartej walki, ale po długich dyskusjach projekt został odrzucony licznemi głosami.
Zkolei mówił Gurcynin; ten zalecał ucieczkę ofiarowanemi przez rząd bajdarami do wysp Kurylskich, a stamtąd do Japonji, gdzie nie trudno spotkać holenderski okręt i na nim już dostać się do Europy. Podobała się z początku śmiała rada, lecz kiedy wystawiono trudności kierowania płaskimi statkami na pełnem morzu, a stąd niezawodne rozproszenie całej flotylli, następnie długość wodnej podróży na statkach tak niedołężnych, gdyż objechać należało całą prawie Japonję, zanim uda się dosięgnąć Nagasaki, jedynej na tych morzach holenderskiej osady gdy rozważono to wszystko, projekt Gurcynina również został odrzucony.
Panow zrzekł się głosu, gdyż wyznał, że zupełnie nieświadom jest przedmiotu.
Baturin proponował, ażeby, z powodu mniemanych przenosin do Łopatki całej wygnańczej kolonji, dać bal dla naczelnika, oficerów, urzędników, przedniejszych obywateli; wszystkich w czasie uczty pochwytać i trzymać w zakładzie, póki rząd nie ustąpi jednego okrętu.
Lecz i ten wniosek nie znalazł uznania, gdyż obliczono, że garnizon, składający się z 240 żołnierzy, snadno mógł przymusić o wiele mniej licznych wygnańców do wydania zakładników. A choćby się udało podejściem czy przekupstwem wojsko przemóc, pozostałoby jeszcze 700 blisko kozaków, rozkwaterowanych w mieście, okolicy i dalszych warownych osadach, którzyby obojętnem okiem na podobny postępek wygnańców nie patrzyli.
Gdyby zresztą i ich, co rzecz wątpliwa, udało się ułagodzić, niewiadomo jeszcze, coby powiedzieli oficerowie morscy, mający na swych okrętach armaty oraz broni i amunicji poddostatkiem. Ci, skupiwszy swych majtków i część fortecznej załogi, mogliby nieprzełamaną ucieczce stawiać przeszkodę.
I ten więc projekt odrzucono i oczy wszystkich zwróciły się na Beniowskiego, który pilnie słuchał, najmniej mówiąc w czasie całej dyskusji.
— Przedewszystkiem powinniśmy, o ile się da, unikać wszelkiego gwałtu, wszelkiej przemocy — zaczął niespodzianie dla wszystkich Beniowski. — Mało nas jest, a nadomiar, jak to ze smutkiem przekonaliśmy się, nie na wszystkich polegać możemy. Bo jeżeli wobec grożącego nam wciąż niebezpieczeństwa nie w stanie jesteśmy drobnych wyzbyć się wad, zaniechać swarów i pokonać niskie zawiści, co stanie się, gdy życie trzeba będzie narazić i ponieść w ofierze!?... Wątpliwa jest powszechna jedność działania i przezorność każe nam liczyć ino na te wypróbowane siły, któremi wykonywaliśmy wszystko dotychczas. Te porachować możemy nieledwie na palcach. Ale to nic; położenie nasze obecne nie jest wcale ani rozpaczliwe, ani krytyczne, abyśmy hazardować albo śpieszyć się potrzebowali. Zdaniem mojem należy czekać i uciec się do wybiegu, który jest siłą słabych. Należy skorzystać z odjazdu okrętu „Święty Piotr i Paweł“, który ma być przygotowany na 15 maja, a więc za pięć tygodni. Cały jego ekwipaż składa się z dwudziestu dwóch majtków i kilku pasażerów. Nic łatwiejszego jak kilkunastu naszym towarzyszom zaciągnąć się w służbę okrętową, co gdy nastąpi, wówczas Kuzniecow, jako należący do handlu, ułoży się z kapitanem, żeby go na okręt zabrał potajemnie, nocną porą, niby dla ukrycia kilku pak przemycanych futer... Z kapitanem Kuzniecow powinien się przedtem zaprzyjaźnić, ująć go pieniędzmi i obietnicą wspólnych zysków. Według umowy kapitan musiałby ruszyć z portu pod żagle przed świtem i wszystko na ten czas przygotować... My zaś w ostatniej chwili na bajdarach dopadniemy okrętu, każemy się wziąć na pokład pod jakimkolwiek pretekstem, choćby dostawy owych futer przemycanych, w których może być schowana broń... W ten sposób opanujemy statek bez rozlewu krwi i bez niebezpieczeństwa wykrycia, gdyż plan ten możemy trzymać w zupełnej tajemnicy do ostatniej chwili.
Po krótkiej rozwadze plan Beniowskiego został przyjęty. Polecono Kuzniecowowi wybrać dwunastu ludzi, którzy mieli się za majtków na okręt zaciągnąć. Następnie obradowano nad ułożeniem porządku służby wojennej, w przypadku, gdyby wygnańcy zmuszeni zostali do otwartej walki. Podzielono spiskowców na trzy dywizje. Lewem skrzydłem miał dowodzić Winblath, a dano mu w rozporządzenie Kuzniecowa, Stiepanowa, Sybajewa, Bielskiego, Łobaczowa i trzynastu towarzyszy. Beniowski objął dowództwo środka, do którego zaliczono: Panowa, Rumina, Medera, Łoginowa, Baturina i czternastu związkowych. Chruszczowowi oddano prawe skrzydło i zaliczono doń archidjakona Protopowa, kniazia Zadskoja, Brondorpa, Nowoziłowa, Lapina, Wołkowa i dwunastu spiskowców podrzędniejszych.
— Samych inwalidów, żeby się miało kim opiekować twoje litościwe serce!... — żartował Gurcynin, zwracając się do Chruszczowa.
Na Łopatkę postanowił Beniowski wyruszyć nazajutrz rano i za towarzyszy podróży wyznaczył sobie Panowa z Winblathem i sześcioma ludźmi z najmniej wtajemniczonych i najmniej potrzebnych na miejscu.
Po skończonych obradach Beniowski odział się przystojnie i udał się do naczelnika na obiad, gdzie spodziewał się zastać takoż sekretarza Nowosiłowa i zręcznie ubić tam odrazu sprawę popa Ustiużnikowa.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.