Beniowski (Sieroszewski, 1935)/XXXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Beniowski
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Dzieła zbiorowe
Data wydania 1935
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXXII.

— Kiedy wrócisz, Auguście Samuelowiczu? Wracaj, miły, jak najprędzej!... Będę niespokojna... Gdy niema cię wpobliżu, nawet wprost gdy do domu tylko odszedłeś, serce moje wciąż ściska trwoga, że coś się stanie, że coś ci zagrozi, że nie zobaczymy się już, że cię porwą, zamordują... Nad twoją jasną głową, wciąż wydaje mi się, że wisi chmura, że padnie grom, który i mnie i ciebie zabije... Cóż dopiero, gdy jesteś daleko! Ach, kiedyż, kiedyż nareszcie będę mogła nie opuszczać cię ani na chwilę? — szeptała Nastazja, zaglądając w twarz Beniowskiemu.
— To chyba będzie niemożliwe do ziszczenia nawet po ślubie, gdyż nie mogę przecie zamknąć pani w mem sercu, jak w więzieniu!
— Co za szkoda!... — westchnęła zabawnie.
Starała się odprowadzić Beniowskiego na ubocze od gromady jego towarzyszy, zajętych szykowaniem psów i sani do dalszej podróży. Szli po rozmiękłych śniegach, po rozoranej płozami drodze ku sinawym rozłogom i ciemnym borom, rozpływającym się w bladych dalach wiosennych, w srebrnych blaskach słonecznych, przesianych przez zwały skłębionych chmur. Wiał łagodny wiatr niewiadomo skąd i niósł ciepło i wilgoć nadchodzącej z za morza odmiany. Wesoło spoglądały oczy dziewczyny na topniejące śniegi, pełnym tchem dyszały jej piersi i radośnie uderzało serce, czujące wolniejące pęta zimy.
Trzymając się za ręce, uchodzili coraz dalej od ludzi i nędznej chaty zruszczałego Kamczadala z Nihilowej, gdzie jedli obiad. Nastazja z bratem miała stąd wrócić do miasta, a Beniowski odjeżdżał dalej na Łopatkę.
— Niech mi pan powie, dlaczego pan zwłóczy z małżeństwem? Bo przecież ten brak domu, brak gospodarstwa najmniejszego nie ma znaczenia... Chętnie zamieszkałabym z panem w jego obecnym pokoiku przy szkole; zastąpiłabym Jędrzeja w małem gospodarstwie pana. Więc dla kogo ta zwłoka potrzebna?...
— Potrzebne to przedewszystkiem... dla ludzi... dla ojca pani, jako przedstawiciela władzy, dla matki, jako niewiasty o dawnych poglądach, dla sąsiadów, kupców, znajomych... Nie może pani, naczelnikówna, zamieszkać w lichej chałupie wygnańca... nie może upodobnić się do ludzi niewolnych!
— Ach, przypuśćmy że tak, lecz to wszystko dla nich, a co dla mnie?... Są to błahostki w porównaniu z tęsknotą, jaka mię gnębi, gdy ciebie niema... Co wobec niej znaczą wszelkie pozory, nawet same śluby... Chcę wiedzieć nareszcie, że doprawdy jesteś mój, że mię miłujesz! Chcę trzymać cię blisko siebie w objęciach, patrzeć bez przeszkody w twe oczy... Chcesz, a przyjdę kiedykolwiek do ciebie... ani się domyślisz i spostrzeżesz: w noc ciemną zastukam niespodzianie w okienko...
— Byłoby to tak wielkiem nadużyciem zaufania rodziców pani, którym obowiązany jestem aż nazbyt wiele... — dowodził Beniowski.
— Co mi tam! Co za nadużycie, jeżeli mię kochasz? Zresztą wszak mię zaślubisz... Ach, jakże mię to wszystko nudzi i nuży!... Słuchaj, wracajmy do miasta... Sprawimy zaraz natychmiast w twym pustym domu nasze gody weselne!... Powiesz towarzyszom, żeś coś zapomniał, dogonisz ich potem... Niech jadą!
Stanęła i zastąpiła mu drogę. Patrzał na nią, na jej śliczną wzburzoną twarz, na oczy płonące jak gwiazdy pod sobolowym kołpaczkiem, na różowe rozdęte nozdrza, na rozchylone usta nabiegłe krwią i sam czuł, że twarz mu blednie od żądzy.
Odwrócił od dziewczyny pociemniałe, rozszerzone źrenice.
— Co pani ze mną robi, Nastazjo Iwanowno, co pani ze mną robi! Niemożliwe!... Nietylko względem pani popełniłbym haniebną zbrodnię, ale... nieobliczalne wywołałbym następstwa. Dowie się pani zczasem i zrozumie!...
— Nikt wiedzieć nie będzie!... A zresztą co mię to obchodzi! Kto mi tu słowo może powiedzieć!... Nowosiłowa ojciec już podkupił... On jeden coś śmie...
— Ho, ho!... Dużo tu jest oczów, co nas śledzą gorliwie!?
— Myśli pan o Stiepanowie! Nienawidzę go!... Pocoś pan kazał mi go przynęcać? Jest to wstrętna dla mnie nad wyraz osoba!...
— A jednak... błagam panią, niech pani nie odtrąca go ostatecznie... jeszcze... jakiś czas!...
— Dziwna jakaś tajemnica!... Albo pan mię... nie kocha... albo...
Beniowski przemilczał; szli kroków kilkanaście, nie mówiąc do siebie, nie patrząc na siebie, a gdy wreszcie Beniowski rzucił na nią zukosa spojrzenie, dostrzegł łzy wiszące na długich jej rzęsach.
— Niech się pani uspokoi!... Przysięgam, że już niedługo wszystko pani wyjaśnię, wytłumaczę!
Ujął dziewczynę za rękę; nie broniła jej i wydała się osłabłą i bezwolną.
— Dobrze!... — rzekła wreszcie. — Będę czekać!... Wszak czekałam tak długo, a mogłeś wcale się nie zjawić!... Bywaj zdrów więc, ale pamiętaj, pamiętaj, że straconym dla mnie jest bezpowrotnie każdy dzień spędzony bez ciebie... Pamiętaj, pamiętaj, kochany!
Beniowski podniósł jej rękę ku ustom i utonął w odwróconej jej dłoni, jak w kielichu kwiatu.
Tupot psów, skrzyp sani, brzękanie „osztołów“, okrzyki i nawoływania ludzi, zbliżające się gwałtownie, ostrzegły ich, że przyszedł czas, by się rozstali.
Grześ krzyknął na psy grubym głosem starego psiarza i zatrzymał zręcznie sanie przed siostrą. Beniowski pomógł mu je zawrócić i usadowił pieczołowicie Nastazję.
Chwilę potem mknęli w dwie przeciwne strony.
Wygnańcy mijali bory, doliny, wzgórza i pasma zaśnieżonych gór, wciąż kierując się ku stojącemu na zenicie słońcu. Przypiekało. Zmęczone, zgrzane psy co chwila lizały śniegi wywieszonemi ozorami i pokładały się przy najmniejszym przystanku. Dopiero gdy droga wywiodła na krawędź morza, powiało chłodem. Zatrzymali się, dziwując niezwykle pięknemu widokowi kier lodowych, rozkołysanych na morskich odmętach.
Przypędził je tu do samego brzegu wiatr i silny flukt bałwanów, jaki bił o skały. Ogromne, lśniące bryły z niezmiernym hukiem, zgrzytem i stukotem ześlizgiwały się po bokach gwałtownie wzdymających się fal i rzucały wściekłemi zastępami na stromy brzeg. Z pod ich cielsk, ze szpar, z niedomkniętych paszczy ich spękanych krawędzi wysoko pryskała ślina wzburzonej piany, chlustały bicze zielonawych wytrysków, roznosząc daleko słony pył. Wodna kurzawa rychło zmoczyła, niby z dołu bijący deszcz, wstrzymaną przez Beniowskiego na krawędzi wiszaru karawanę wędrowców.
Psy pokładły się, a ludzie nie odrywali oczu od wrzącej w dole szalonej walki, od potężnych brył lodowych, z jękiem i rykiem spływających jako wiórki drobne w leje wirzysk, gdzie uderzając o się wzajem, topiły się i mełły w szatańskim młynie. Na miejsce znikłych pod wodą pojawiały się inne, wynurzały z zielonych toni białe łona i roziskrzone w słońcu złomy, zapalając to tu, to tam błyskawice diamentów i tęczy, niby błyski oczu rozigranych bestyj.
Pomimo jednak niezmiernych wysiłków morza, wszędzie, jak okiem zajrzeć, panowały tu jeszcze lody. Widać je było wzdymające potworne łbiska, szeregi nieprzeliczone, aż po kraj widnokręgu... A szedł od nich taki szum, ryk, grzmot, że mowa ludzka nawet zbliska nikła w nich bez śladu.
— Kiedyż to wszystko odejdzie!... Mam wrażenie, że nigdy nie starczy słońca, by roztopić te lodowce! — szepnął Panow do Beniowskiego, gdy ruszyli dalej.
— Morze zabierze je i połknie, jak garść śmiecia! — roześmiał się ten. — To tylko wobec człowieka takie przeraźliwe, ale i ten daje sobie z tem radę dowcipem... Majtkowie islandzcy nigdy po innem nie pływają morzu; życie ich mija wśród lodów i morskich fal!... Jeżeli wiatr powieje pomyślny, jutro już może ich tu nie być śladu... Gorzej z lodami na rzece, w zatoce, w przystani. Te musi słońce skruszyć, podnieść powódź ze stopniałych śniegów... Trzeba więc czekać cierpliwie terminu. Ha, będziemy czekać! Już niedługo!...
— Dobrze, że niedługo!... — odszepnął Panow.
Dnia tego nocowali w osadzie Kompach, skąd otwierał się wspaniały widok na poszczerbiony stożek wulkanu „Opalnaja“. Miejscowy „taju“ przyniósł Beniowskiemu kawałki rudy miedzianej i spore ułamki malachitu, znalezione w pobliskich wąwozach.
Zmęczone ciepłem psy z coraz większym trudem ciągnęły sanki po rozmiękłych od odwilży śniegach. Czwartego dopiero dnia stanęła wyprawa w wioseczce Tontynie, skąd Beniowski zamierzał zrobić wycieczkę w głąb lasu dla rzekomych poszukiwań miejsc zdatnych do uprawmy zboża. Tontnyński taju bardzo wychwalał żyzność wschodnich wybrzeży półwyspu Łopatki, ofiarował się zawieźć tam Beniowskiego z towarzyszami morzem na bajdarach. Ale w tych jego zachwalaniach czuć było strach o posiadanie podległej mu obecnie ziemi i chęć oddalenia od siebie niebezpiecznej osady. Beniowski zaś musiał zachować pozory, więc na propozycję się nie zgodził i kazał się wieźć ku równinom, leżącym wpobliżu jeziora Kuil. Tam, odnalazłszy obszerną równinę nad małą rzeczułką, dopływem jeziora, wytknął na śniegach wiechami granice i plan przyszłej kolonji. Poczem wrócił do Tontyny, a nazajutrz opłynął na bajdarach półwysep, zwiedził wyspy Szumszu, Paramuszir, Alaidę i odesławszy Panowa do Tontyny, aby z pozostałymi tam ludźmi wracał sankami lądem do Bolszeriecka, sam dla lepszego poznania brzegów popłynął bajdarą morzem do Czekawki.
Wyprzedził w ten sposób znacznie towarzyszy i niespodzianie wszedł sam do Chruszczowa o północy.
Zastał go za stołem pochylonego przy kaganku nad stosem papierów. Alajda spała już za kotarą.
— Wróciłeś?... A gdzie tamci?... — zdziwił się Chruszczow.
— Przypłynąłem morzem.
— Aha, więc nie widziałeś się z naczelnikiem, z naczelnikową, z Nastazją Iwanowną... Wybierali się wszyscy na twoje spotkanie!
— Nie, nikogo nie widziałem!... Przyjechałem wprost!... Wiesz co, chodź do mnie: Jędrzej ugotuje nam herbaty i opowiesz mi, co się tu działo!
— Dobrze!... Chodźmy, ale właściwie nic tutaj godnego opowieści nie zaszło!
W drodze ostrożny Beniowski nie mówił wcale i dopiero oddaliwszy Jędrzeja podsunął gościowi filiżankę gorącej herbaty, sam wziął drugą i zaczął go szczegółowo wypytywać.
Chruszczow zdał sprawę dokładnie z wyjazdu Sybajewa, z drobnych zatargów, jakie znowu zaszły wśród wygnańców, z plotek, jakie krążyły po mieście...
— Czy pop Ustiużnikow przyjechał?...
— Nie. I nie mam stamtąd dotychczas żadnej wieści...
Zerwał się z miejsca Beniowski i krążył niespokojnie po izbie.
— Źle!... Czuję, że źle!... Czemu nie wracają?
— Zamiecie były podobno w górach. Zresztą zwłoka niewielka jeszcze...
— A... Stiepanow co? Co robi?... — spytał, zatrzymując się nagle, Beniowski.
— A no nic! Łazi chmurny... Pono mu się nie wiedzie u... naczelnikówny. Nic z tego nie będzie!... Dziewczyna zbyt jest w tobie rozmiłowana. Nawet tego nie ukrywa. Mordowała mię w dzień wypytywaniem wszelkich o tobie szczegółów. A czy daleko pojedziesz?... A czy bezpieczna aby podróż?... A kiedy wrócisz?... Wielką im wszystkim sprawi przykrość, że nie spotkają cię dworem całym w Czekawce!... Dostanie się tamtejszemu taju, który miał rozkaz uprzedzić ich umyślnym wysłańcem o twoim powrocie... Bo i naczelnik i naczelnikowa o niczem nie mówią, jeno o tobie, o twym rozumie, o twoich talentach, o twojem powodzeniu, o oczekującej cię świetnej przyszłości i swojem do ciebie przywiązaniu i myślę, że istotnie szczerze cię miłują...
Beniowski chodził chmurny, założywszy lewą rękę za pas, a prawą za siebie.
— Wolałbym, żeby mię nienawidzili! — wybuchnął wreszcie. — Nie uwierzysz, Chruszczow, jak mi ciężko, jak strasznie mi ciężko chwilami! Bo ja się nie łudzę, że cała odpowiedzialność za naszą ucieczkę spadnie na naczelnika... Obwinią go nieprzyjaciele, a przyjaciele odstąpią natychmiast, skoro popadnie w niełaskę u dworu. Rzecz wiadoma!... Oskarżą go o ułatwienie nam ucieczki. Wszystkie pozory przeciwko niemu... Wtrącą starego do więzienia, skonfiskują majątek, może nawet ześlą do min... Wszystko możliwe w tym kraju przeklętym... Co się wtedy stanie z jego rodziną? A najgorzej mi żal tej dziewczyny czystej, prawej, szlachetnej, która bezwiednie tak nam do swej zguby pomaga!... Jakżebym chciał, żeby była szczęśliwa!... Gdyby ten Stiepanow był lepszy, możeby zakochała się w nim... Ale ona przejrzała jego niski, brzydki charakter i ty masz rację, że z tego nic nie będzie!... Co więc robić, co robić?... Nie chcę, nie mogę pogodzić się z myślą, że za dobre, bądź co bądź, ich uczucia dla mnie, za pomoc i życzliwość, czekają ich cierpienia, nędza, gorzej — bo nawet katusze!... Czy nie porwać ich wszystkich na okręt?... Co? Radź, przyjacielu, bo w tym wypadku, doprawdy, ból rozsądek mi mąci!...
Chruszczow, wsparty łokciem na stole, śledził z pod oka za ruchami Beniowskiego.
— Cóż ci mogę poradzić!? Myślałem sam nieraz o tem, lecz położenie doprawdy bez wyjścia... Gorzej — wszelka słabość, wszelka ustępliwość z naszej strony nikogo nie osłoni, nie uratuje, a wszystkich zgubi... Bo gdybyśmy nawet nie uciekli, to czyż najbłahszy wypadek, pijacka zwada, kłótnia małżeńska nie mogą wykryć wszystkiego, a wtedy czy da się ukryć przed śledczym życzliwość naczelnika dla ciebie, narzeczeństwo jego córki z tobą, jej wreszcie dla ciebie uczucie... A to wszystko czyż nie będzie dostatecznym powodem dla zguby jego i jego rodziny w oczach rządu i dworu... Już stało się... zabrnęliśmy tak daleko, że powrót niemożliwy... Sameś chciał tego...
— To prawda, sam chciałem, ale nie wiedziałem... że...
— Nikt z nas nie wiedział. Teraz wiemy. Więcej ci powiem, nie tajno dla nikogo z nas, że miłujesz naczelnikównę... To widać ze spojrzeń, ze zmiany twej rozjaśnionej twarzy, łagodniejącego głosu, gdy z nią się spotykasz, lub mówisz... I musi uczucie być silne, skoro nawet ty, Beniowski, ukryć go nie możesz... Nie dziw się więc, że z niepokojem śledzimy za tobą... Silni ludzie silne miewają namiętności... Co stanie się z nami wszystkimi, jeżeli...
Beniowski zatrzymał się i zmarszczył brwi.
— Tego możesz się nie obawiać!
— Ja się też nie obawiam, ale... ja jeden, który cię znam lepiej... Co zaś do innych... Wierzaj mi, że na tem właśnie podłożu lęgnie się... cała... chwiejność... naszych... wewnętrznych... stosunków!... — cedził znacząco.
— Wcale nie na tem, a na tchórzostwie! — odparł Beniowski.
— Może i na tchórzostwie, lecz zrozum, że wszyscy widzą, iż w obecnym twoim stanie najmilszym byłby dla ciebie zapewne... zbrojny gwałt. Jakiś koniec krótki i stanowczy. Czy nie tak? On pokryłby do pewnego stopnia winę gubernatora, którego możnaby związać, wtrącić do więzienia, udać względem niego srogość i przemoc... Co innego my, my wszyscy nie chcemy zbrojnej walki, bo nas mało, bo nas pobiją... Wolimy podstęp, bo siłą słabego jest...
— Czyż nie mówiłem tego samego?
— Tak, ale czyś mówił szczerze!?... Czyś jeno przymuszał się do takiego myślenia mocą rozumowania?... W tem sęk! Jesteś śmiały, lubisz ryzyko, a tu w dodatku pcha cię w tym kierunku uczucie. Rzecz prosta, iż obawiamy się o naszą skórę. Lękamy się niepotrzebnego rozlewu krwi, walki nierównej; stąd niepewność, nieufność mimowolna wśród dowódców, udzielająca się szeregowym i wywołująca w całości mąt i rozruch... I dlatego twierdzę, że ty musisz się nareszcie na coś zdecydować, choćby na przymusowe małżeństwo Nastazji ze Stiepanowym i zostawienie ich swemu losowi!
Beniowski zatrzymał się i długo namyślał z oczami utkwionemi w róg izby.
— Nie!... Daremna ofiara! Zresztą naczelnik się nie zgodzi!... A Stiepanow wyda nas, aby zatrzymać na wieki szczęście, które mu w ręce wpadnie! W ten sposób odrazu pozyska i wolność i zaszczyty...
— Myślę, że nie jest tak podły...
— Myślę, że jest!... Prób zresztą nie możemy robić... Obaczymy!... Nieprawdą jednak jest. Chruszczów, żebym ja pchał was do gwałtu, do walki... Czyż nie wiem, co to jest walka? Czyżbym śmiał hazardować właśnie życiem i bezpieczeństwem osób, które mówisz, że miłuję?... Bo, o ile znam Niłowa, pewny jestem, że bez oporu się nie podda!... Nie! — szczerze pragnę wyprowadzić was wszystkich stąd bez krwi rozlewu i bez użycia przemocy, ale myślę jednocześnie, jakby oszczędzić i tym ludziom skutków bolesnych. Czyż możesz mię o to oskarżać?
— Nie oskarżam cię wcale, tłumaczę jeno obecny stan ducha powszechności... Wydaje mi się prócz tego, że taka troska o bezpieczeństwo nieprzyjaciela zawsze osłabia atak... Nie czyje inne jeno twoje powtarzam wyrazy! Ach, Beniowski, Beniowski... miły druhu!... My słabi, my zwykli i poziomi, rzecz prosta, od takich jak ty przywódców nadludzkich często wymagamy przymiotów! Nie gniewaj się więc, a bądź dumny z naszego o tobie mniemania... Ty wszystko możesz... ty wszystko móc powinieneś!
Beniowskiemu twarz drgnęła boleśnie, mimowiednie zrobił przeczący ruch ręką i odwrócił się.
— Zresztą przesadzasz! Nie tak już wielkie Niłowowym grozi niebezpieczeństwo. Kruk krukowi oka nie wykole!... Zaiste nic pewniejszego, że dwór przypisze twoją ucieczkę naczelnikowi, gdyby do jego wiadomości doszło wszystko, co on uczynił dla ciebie, gdyby wydało się, że miałeś zostać jego zięciem... Dlatego nastaję, aby Nastazję Iwanownę wydać za kogokolwiek zamąż, jeżeli nie za Stiepanowa, to choć za... Nowosiłowa!
— Co ty gadasz!... Dziewczyna prędzej na siebie się targnie!...
— W takim razie obmyśl co innego... bo to bardzoby ułatwiło Niłowowym obronę. Komendant i sekretarz już są przecież pośrednio w naszą sprawę uwikłani. Grywali w spółce z tobą w szachy, — kupiectwo dobrze im to zapamięta! Układali i zatwierdzili pierwsi projekt szkoły, wnieśli podanie o twoje uwolnienie, wreszcie brali decydujący udział w naradach nad planami i zatwierdzeniem naszej kolonji... Ich podpisy wciągnięte są do wszystkich protokółów. Nawet ostatnie postanowienie o zesłaniu Iwaśkina, napisane własnoręcznie przez Nowosiłowa. Broniąc więc siebie, będą starali się zniszczyć ślady tych... dobrodziejstw, będą ukrywali prawdę o stosunkach swoich i naczelnikowskich z tobą i z nami... Wyłżą się, mówię ci... Co najwyżej przeniosą ich gdzieś na jakiś czas na gorsze miejsce, na wyspy Aleuckie albo nad Amur, gdzie będą mogli bezkarniej rabować i bogacić się... Gdzież tu porównywać ich losy z tem, co nas czeka w razie niepowodzenia!...
— Pocóż mówić zaraz o niepowodzeniu... Chciałbym jeno uniknąć niepotrzebnego, jak ci mówiłem...
— Nie, przyjacielu, właśnie o to chodzi!... Niepokoi mię nie to, że zmienisz swoją główną decyzję; nie wątpię, że jej nie zmienisz, lecz straciłeś swobodę wyboru najlepszych... najodpowiedniejszych środków wykonawczych... Zgodzisz się przecie, że tak! Nie dziw się więc, że pragnęlibyśmy, aby ci dawna jasność i twardość postanowień wróciła...
— Może i masz rację, może i masz rację... Człowiek jestem!... — szepnął Beniowski, trąc czoło.
Chruszczow powstał, zbliżył się do niego, objął wpół i tak chodzili długo razem w milczeniu.
— Zostaw mię już, przyjacielu! Dziękuję! Stanie się, jak się stać musi! — szepnął wreszcie Beniowski, wysuwając się z ramion towarzysza.
Ten spojrzał nań miłośnie błękitnemi oczyma, raz jeszcze uścisnął serdecznie i wyszedł.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.