Balzak/12. Do Polski

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł Balzak
Data wydania 1934
Wydawnictwo Państwowe Wydawnictwo Książek Szkolnych we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
11.[1] DO POLSKI

Wreszcie, w r. 1846, szesnastoletnia Anna wychodzi za hr. Mniszcha i wraz z mężem udaje się do Wierzchowni. Pani Hańska spędza jakiś czas w Paryżu incognito, poczem podąża za córką i zięciem, aby tam młodą parę wprowadzić w zarząd majątku i w gospodarstwo. Tym razem pośpieszy tam za nią i Balzac, zwłaszcza że otworzona właśnie linja kolei żelaznej, łącząca Paryż (z dwiema tylko przerwami) z Krakowem, umożliwia tę daleką podróż. Mamy z niej wierną relację w ogłoszonej świeżo przez p. Bouteron Podróży do Polski[2], spisanej przez Balzaka dla jednego z pism paryskich, ale wówczas nie spożytkowanej.
Balzac puszcza się w drogę z niesłychaną jak na człowieka tak nadwątlonego zdrowia determinacją; cała podróż trwała ośm dni, bez przerwy, dzień i noc, bez rozbierania się. Środki lokomocji, to kolej, poczta, extrapoczta, dyliżans, bryczka, kibitka, buda. A cóż dopiero kłopoty z walizami, szykany na komorach, rewizje, kradzieże urzędników celnych, bezprawne konfiskaty. Do tego, utrapienia gastronomiczne. Co za gospody w tej Polsce! Co za kuchnia: „Mięso jest tu tkaniną z grubych sznurów. Myślisz że jesz, krajesz konopie, które ci zostają w zębach“. Takie przykre wspomnienia kulinarne zostawiło mu Gleiwitz, Gliwice.
Zato Kraków sprawił korzystniejsze wrażenie.
„Kościół krakowski wart jest, aby jechać do Krakowa; pełen jest kaplic z grobowcami, gdzie nagromadzone bogactwa nie mają nic równego, chyba w Rzymie lub w niektórych kościołach belgijskich. Widzi się srebrne rzeźbione trumny, na których wyobrażono bitwy, liczące po osiemset figur, koni i ludzi... Co się tyczy Krakowa, jestto trup stolicy; aby zaś niczego nie brakło porównaniu, zostali w niej Żydzi, te toczące robaki...“
Balzac przejeżdża Galicję w rok po rzezi r. 1846; słyszy skargi ziemian na lekkomyślność paryskiego komitetu, który przeklinają bardziej niż ciemiężców wiedeńskich. „Polacy paryscy — pisze — upajają się mrzonkami, nie wiedzą już nic o swoim kraju, aby galwanizować naród, niczem jest dla nich zaryzykować rzeź sześciu tysięcy obywateli i śmierć sześćdziesięciu tysięcy chłopów, bo trzeba wiedzieć, że sześćdziesiąt tysięcy chłopów zmarło z głodu i chorób w ciągu tej zimy. Nieszczęśnicy ci, którym rząd przyrzekł ziemię i wolność, uważali się wszyscy za bogaczy, żaden nie pracował, ziemia leżała odłogiem, i zginęli z nędzy, głodu i tyfusu“.
Znaczna część podróży wypełniona jest uwagami o Żydach polskich, którzy do dziś dnia nie przestają interesować każdego cudzoziemca odwiedzającego Polskę. A Balzac miał ich oglądać w samym ich mateczniku, w Brodach:
„Siódmego dnia podróży wjechałem o piątej rano do Brodów, miasta które należy w całości do pewnego wołyńskiego szlachcica. Jestto siedziba wielkiego handlu. Nasze więzienia mają weselszy wygląd niż pokoje w oberży mieniącej się hotelem Rosyjskim: najlepszy hotel w Brodach. Czekałem pięć godzin, aż gospodarz i służba wstaną. Dla mnie, podróż zaczynała się dopiero w Brodach: sto mil dzielących Berdyczów od Brodów zdawały mi się trudniejsze do przebycia, niż siedemset mil z Paryża“.
Podróżny nasz trafił na święto żydowskie, nikt z nim nie chciał gadać. W końcu, gospodarz hotelu poradził mu zaczekać na pewnego żydka, który go dostawi bardzo bezpiecznie (jak mówił) do Berdyczowa... w ciągu tygodnia.
— Ależ ja chcę być w Berdyczowie za dwadzieścia cztery godzin! — „Pretensja ta, dopuszczalna u cara rosyjskiego, wywołała uśmiech mego gospodarza“... Szczęściem, konsul rosyjski i pan de Hackel, głowa celników rosyjskich, byli to ludzie, na których nazwisko Balzaka podziałało magicznie; zrobili co było w ich mocy, aby ułatwić pisarzowi podróż. Niemniej, trzeba było kupić powóz, przy udziale żydków, którzy mieli zostać właścicielami powozu; ale, kiedy się dowiedzieli, że podróżny bierze konie pocztowe, zawahali się: Pocztyljoni rosyjscy (oświadczyli) to dzicz, jadą tak szybko, że powóz rozleciałby się w kawałki, zanimby dojechał do Dubna...
Ale wszystko ułatwił pan de Hackel. Nietylko wyprawił na komorze w Radziwiłłowie dla wielkiego pisarza obiadek godny Paryża, ale dał mu, wraz z kibitką, eskortę do Berdyczowa. To nastroiło Balzaka jaknajlepiej. Popędzając zwoszczyka[3] dobrem słowem, pokazując mu kopiejki i pojąc go anyżówką, jeszcze paryską, Balzac wydobywa maximum szybkości. W miarę jak się zbliża do upragnionego celu, optymizm jego rośnie i formułuje się w refleksjach na temat dobrych stron rosyjskiej dyscypliny i ślepego posłuchu. A nawet — pańszczyzny!
„Z Dubna do Annopola, dokąd przybyłem około szóstej wieczór, widziałem jedynie łany zboża, strzechy płaskie jak tabakierki. Co jakieś pięćdziesiąt wiorst, widziałem przy drodze lub na horyzoncie jedną z owych rezydencyj rzadkich ale wspaniałych, otoczonych parkiem i błyszczących zdala miedzianym dachem. Ale co za różnica z Galicją! Wszędzie gromadki chłopów i wieśniaczek, idących do pracy lub wracających z pracy, wesoło, swobodnym krokiem, prawie wszyscy śpiewają. Zpewnością nikt nie przewidywał mego przyjazdu i żadna władza nie zaleciła tym ludziom, aby się weselili: to była natura schwytana na gorącym uczynku. Nie mówię o obecnym stanie Galicji, bo to jest wyjątek spowodowany katastrofą; ale mieszkańcy trzech prowincyj, które przebyłem, wyglądali o wiele weselej, niż ludzie których spotyka się na drodze we Francji. I nie dziw: kiedy się dowiedziałem o warunkach życia chłopów w Polsce i w Rosji, tłumaczyłem sobie doskonale szczęście tych ludzi“...
Nareszcie Annopol, Żytomierz, Berdyczów. Po oceanie zboża, znów ocean Żydów. „Chmara Żydów obległa mnie, wszyscy czarni, z brodami które podrygiwały w słońcu, z oczami które błyszczały jak karbunkuły i chciwemi rękami, które odpychałem laską, wszystkie bowiem chciały macać mój łańcuszek od zegarka, aby sprawdzić jego wagę i rzetelność złota“...
Za Berdyczowem Balzac wjeżdża w prawdziwy step ukraiński.
„To co widziałem dotąd, to było nic. To jest pustynia, królestwo zboża, prerja Coopera i jej cisza. Tam zaczyna się gleba ukraińska, ziemia czarna i tłusta na głębokość pięćdziesięciu stóp, a często i więcej, której nie nawozi się nigdy i gdzie się wciąż sieje. Ten widok wprawił mnie w osłupienie; zapadłem w głęboki sen; o wpół do szóstej, obudził mnie krzyk Hebrajczyka witającego ziemię obiecaną. Ujrzałem mały Luwr, świątynię grecką, ozłoconą zachodem słońca“...
Znalazłszy się w Wierzchowni — owym „małym Luwrze“ — Balzac jest oczarowany. Wyobraźni jego, żądnej rzeczy kolosalnych, odpowiada ten majątek „wielki jak departament Francji“, czterdzieści tysięcy dusz, jakie posiadają młodzi Mniszchowie, raby bijące pokłony i życzące jaśnie państwu „szczęśliwego królowania“. Uderza go wspaniałość, obok braku komfortu. „Są tutaj lustra na dziesięć stóp wysokie, a niema obić na ścianach“. Wspaniałe obrazy szkoły włoskiej po ostatnim królu polskim, wuju właścicieli, i... cholera, która zmiata dokoła dziesiątki tysięcy ludzi.
Ale wrażenie wielkości przeważa. On, który nie bez satysfakcji swatał Annie młodego Bonapartego, tutaj, w tym pałacu, odczuwa tem żywiej — przesadnie może — splendory upragnionego małżeństwa, które ma go spokrewnić z królami Francji przez Marję Leszczyńską, nie licząc paru królów Polski:
Służący, który mnie obsługuje, jest żonaty: przybył wraz z żoną, aby się pokłonić państwu. Oboje kładą się dosłownie na brzuchu, biją trzy razy o ziemię czołem i całują ci nogi. Ludzie umieją się korzyć tylko na Wschodzie. Tylko tam słowo „władza“ ma sens. Trzeba panować jak car rosyjski, albo nie brać się do tego. Przybył człowiek z Wiśniowca z jakąś przesyłką i życzył swoim państwu szczęśliwego królowania. Trzeba też powiedzieć, że Michał Korybut, którego dobra poszły między Rzewuskich i Mniszchów, posiadał (za Ludwika XIV) sam całą Ukrainę, całe Podole, cały Wołyń i dobra w Galicji; trzy razy tyle co obecna Francja, i oto jego potomkowie po kądzieli mają z tego wszystkiego ledwo kilka wsi!... Jak rodziny upadają! Hrabina Anna i jej mąż przywieźli z Wiśniowca zegar Maryny Mniszchówny, carycy, która miała w swojej wyprawie (szczegóły znajdują się w ich archiwach) wiadro pereł wschodnich i sześć koszul. Wuj ich, to był ostatni król polski; pani Geoffrin przyjechała sprzedać mu swoje obrazy. Przywieźli pani Hańskiej najpiękniejszego Greuze’a jakiego widziałem, robionego przez Greuze’a dla pani Geoffrin; dwa Watteau, malowane przez Watteau dla pani Geoffrin; te trzy obrazy warte są osiemdziesiąt tysięcy franków. Obok tego dwa cudowne Leslie, jeden Van Dyck, Cranach, Mignard, Rigaud, wspaniałe: trzy Caneletti kupione przez króla od Rijzonico, trzy Rothari, piękniejsze od Greuze’a; słowem dwadzieścia obrazów pierwszej klasy. Hrabina posiada już Van Dycka kupionego od Van Dycka przez jej pradziadka; Rembrandta, etc. Co za obrazy!... Co za skarby w tych wielkich domach polskich! To przerażające, jak tu skarby ocierają się o barbarzyństwo...
Pobyt w otoczeniu tych kochanych i przyjaznych osób jest dla Balzaka rozkoszą: gdybyż tylko nie klimat, tak straszny dla jego płuc! Druga ciemna strona, to wiadomości, jakie dochodzą z Paryża: interesy wikłają się coraz bardziej, i to nietylko jego, ale i interesy pani Hańskiej, w której imieniu zajmował się lokatą kapitałów. Francja przechodzi kryzys, związany z bliskim przewrotem. Sytuacja staje się taka, iż, nie bacząc na zimę, Balzac puszcza się z końcem stycznia r. 1848 do Paryża. Przybywa, i zastaje tam — rewolucję, ruinę swoich prac i nadziei. W tych gorących dniach, niema miejsca na literaturę nie oddaną namiętnościom chwili. Pisarz myśli tylko o tem, aby uciec z Paryża i dobić z powrotem do Wierzchowni, która coraz bardziej staje mu się jedynem schronieniem na świecie. Jakoż, jeszcze we wrześniu r. 1848, przebywa znów tę samą drogę i znajduje się między swymi. Ale tym razem zmiana klimatu odbiła się jeszcze ciężej na zdrowiu Balzaka: przebył zapalenie płuc, serce wypowiedziało posłuszeństwo, przechorował więcej niż rok, pielęgnowany przez panią Hańską i jej dzieci.
Wśród tego, najdroższy cel jego życia — małżeństwo — wciąż się odsuwa. Im bardziej Balzaka opuszczają siły, tem bardziej czepia się tego małżeństwa, w którem skupiły się wszystkie jego ambicje, marzenia. Nic, zda się, już go nie obchodzi dzieło, sława; tylko to, aby Ewa została jego żoną; to jego duma, uwieńczenie jego życia, nagroda. Listy do matki, do siostry, pisane z Wierzchowni, wciąż mówią o tem. „Mogę żyć już tylko tam, gdzie jest pani Ewa; przywiązanie i jego słodycze stały się koniecznością mego istnienia. Niema już we Francji ani sławy, ani ambicji, ani sukcesu; wszystko dla mnie, to ona... Zawód zabiłby mnie moralnie... Jeśli przegram tę sprawę, zadowolę się ulicą Lesdiguières i stoma frankami na miesiąc“... A w innym miejscu te zdumiewające słowa: „Jeżeli nie będę wielki przez Komedję ludzką, będę nim przez ten sukces, o ile przyjdzie...“
Tymczasem Ewa waha się; czując się królową w swoich dobrach, w otoczeniu kochających dzieci, boi się „czerwonego“ Paryża, niepewnej przyszłości, wiecznych nieporządków finansowych Balzaka, którego dni wydają się zresztą policzone. Wciąż niema pozwolenia cara na to małżeństwo (niedawno odnaleziono list generał-gubernatora kijowskiego z formalną odmową); trzebaby jej zrzec się całego majątku na rzecz córki. W tych warunkach, wystarczy lada pretekst, lada chmurka, aby rzecz oddalić lub zepsuć; Korespondencja Balzaka z rodziną wypełniona jest tą „wielką sprawą“. List jest w monotonji życia wiejskiego rozrywką; nikt nie ma tam tajemnic; przyzwyczajono się czytywać listy nadchodzące do Balzaka głośno; wielki pisarz drży ciągle, że mieszczański ton jego rodziny, małostki i kłopoty codziennego życia mogą spłoszyć jego damę. Zwłaszcza jakiś list matki, która, jak zawsze nerwowa i cierpka, połajała o coś syna. „Rozumiesz, pisze ten do siostry, że pani Hańska, która żyje tutaj bogata, kochana, uwielbiana, waha się wejść w świat, gdzie widzi same niesnaski, długi, kłopoty... i teściową, która łaje swojego maleńkiego, liczącego pięćdziesiąt jeden lat...“
Decyzja zmienia się ciągle; pisarz wciąż znajduje się między upojeniem nadziei, a bólem zawodu. Kiedy się widzi tego genjalnego człowieka, już naznaczonego piętnem śmierci, a tak niesłychanie wytrwałego w swojem chceniu, tem lepiej rozumiemy nasilenie balzakowskich figur i ich pragnień.
Wkońcu ta wierna miłość, to gorące pragnienie, przemogły wahania pani Ewy; może przyśpieszył jej decyzję wyrok lekarzy, nie wróżący Balzakowi życia. Nie chciała może, aby umierał w rozpaczy, jak ojciec Goriot, nie ziściwszy swoich marzeń.

Oto list, jaki Balzac wysyła do siostry nazajutrz po ceremonji. Ileż naiwnej dumy bije z tego listu; z jakiem upojeniem wylicza biedny genjusz jeszcze raz swoje dostojne koligacje!
Wierzchownia, 15 marca 1850.

„Droga siostro!
„Wczoraj w Berdyczowie, w kościele parafialnym św. Barbary, delegat biskupa żytomierskiego, święty i cnotliwy kapłan, idealnie podobny do naszego księdza Hinaux, spowiednika księżnej Angoulême, pobłogosławił i skojarzył moje małżeństwo. Jest tedy od dwudziestu czterech godzin pani Ewa de Balzac, z domu hrabianka Rzewuska, czyli pani Honorjuszowa de Balzac, czyli pani de Balzac starsza. To już nie jest tajemnica i, jak widzisz, oznajmiam ci ją najrychlej.
„Świadkami byli hrabia Jerzy Mniszech, zięć mojej żony, hrabia Gustaw Olizar, szwagier księdza hrabiego Czaruskiego, delegata biskupiego, proboszcza parafji berdyczowskiej. Hrabina Anna prowadziła matkę; obie nie posiadają się z radości. Ewa de Balzac oddała cały swój majątek dzieciom. Hrabia Jerzy jest dla niej może lepszy niż wielu synów dla własnych matek.
„Mimo wszelkich wysiłków, mamy jeszcze trochę długów, toteż będę musiał tęgo pracować; ale mamy pewność, że najpóźniej w roku 1852, stadło nasze osiągnie przynajmniej dobrobyt. Co się tyczy pani de Balzac, cóż ci powiem jeszcze? Może budzić zawiści, ale, z wyjątkiem jej córki, niema w tym kraju kobiety, którąby z nią można porównać: to djament Polski i klejnot tej starej i świetnej rodziny Rzewuskich...
Twój brat Honorjusz,
u szczytu szczęścia!“
U szczytu szczęścia... O biedna komedjo ludzka!
Prawie natychmiast po ślubie, pani Ewa puściła się z mężem do Paryża. Djarjusz tej drogi mamy w jej listach do córki, niedawno ogłoszonych po raz pierwszy. Galicja zalana jest wojskami rosyjskiemi z powodu rewolucji na Węgrzech. Mamy opis całej podróży; znowu okropny Berdyczów, schludniejsze Brody, smaczny obiad w Tarnowie, nocleg w Krakowie w hotelu pod Różą. I tu znajdujemy w liście pani Ewy pierwszorzędną reklamę dla tego hotelu: wyborny pokój na pierwszem piętrze, bardzo obszerny, bardzo czysty, z wygodnemi łóżkami; rozkoszna kawa ze śmietanką, „prawie tak dobra jak w Wierzchowni“...
W maju r. 1850, małżonkowie przybyli na ulicę Fortunée, do owego pałacyku tak miłośnie od lat strojonego przez Balzaka. Zastali dom oświetlony i pełen kwiatów, ale zamknięty; służący, który go miał pilnować, dostał pomięszania zmysłów... Rychło po przybyciu, wystąpiły u Balzaka — którego organizm był do cna zniszczony — nawroty choroby sercowej i powaliły go na łóżko, z którego już nie miał powstać. Ostatnim, który go odwiedził, był Wiktor Hugo. „Przebyłem — opowiada w „Choses vues“ — dziedziniec długi, wąski, przecięty rabatami kwiatów. Wprowadzono mnie do salonu, gdzie na konsoli, nawprost kominka, stał olbrzymi marmurowy biust Balzaka. Świeca płonęła na środku salonu na bogatym stole, który miał zamiast nóg sześć prześlicznych złoconych posążków. Podeszła kobieta płacząc i rzekła: „Umiera. Lekarze opuścili go od wczoraj. Gangrena“...
„Czekałem kilka chwil. Świeca słabo oświecała przepychy salonu i wspaniałe obrazy Porbusa i Holbeina wiszące na ścianach. Marmurowy biust wyłaniał się z cienia, niby upiór człowieka, który miał umrzeć.
„Przebyliśmy korytarz, schody pokryte czerwonym dywanem, natłoczone dziełami sztuki, wazonami, posągami, obrazami, gablotkami pełnemi emalij, potem inny kurytarz, poczem ujrzałem otwarte drzwi. Usłyszałem głośne i złowrogie rzężenie. Byłem w pokoju Balzaka.
„Uchyliłem kołdrę i ująłem go za rękę. Nie oddał mi uścisku.
„To był ten sam pokój, gdzie go odwiedzałem przed miesiącem. Był wówczas wesół, pełen nadziei, nie wątpił o swem wyleczeniu, pokazywał mi spuchniętą nogę. Dużośmy rozmawiali, zwłaszcza o polityce. Wyrzucał mi moją „demagogję“. On był legitymistą. Powiadał: Jak pan mógł wyrzec się tak spokojnie tytułu para Francji, najpiękniejszego po tytule króla Francji!
„Kiedym go żegnał, odprowadził mnie, idąc z trudem, aż do schodów, i wskazał mi te drzwi, wołając na żonę: Pokaż mu dobrze wszystkie moje obrazy.
„Teraz, pielęgniarka powiedziała mi: Umrze przed świtem.
„Zeszedłem, unosząc w myśli tę siną twarz; mijając salon, znów ujrzałem biust nieruchomy, niewzruszony, promieniejący blado, i porównałem śmierć z nieśmiertelnością“...
(Wedle innej relacji, podobno, będąc już w agonji, Balzac szepnął: „Sprowadźcie mi Bianchona...“ Bianchon był to sławny lekarz i zacny człowiek... ale istniał tylko w Komedji ludzkiej).
Opowiada dalej Wiktor Hugo pogrzeb Balzaka. „Przyszedł minister spraw wewnętrznych, Baroche. Siedział w kościele obok mnie, nawprost katafalku, i od czasu do czasu mówił coś do mnie. Powiedział: To był człowiek nieprzeciętny. — Odpowiedziałem: To był genjusz“...
Wiktor Hugo przemawiał nad grobem. „Nie wiedząc sam o tem, — rzekł, — czy chciał tego czy nie chciał, twórca owego olbrzymiego i niesamowitego dzieła jest z silnej rasy pisarzy rewolucyjnych“.
Słowa te były nieraz cytowane, nieraz dyskutowane. Zapewne, dzieła Balzaka nie da się łatwo ująć jedną formułą; jest rozległe i wielkie, można z niego czerpać najsprzeczniejsze bodaj obserwacje i nauki. Niemniej, nigdy nie byliśmy bliżsi przyznania słuszności Wiktorowi Hugo niż dziś. Bo oto patrzymy na schyłek owego świata, który Balzac oglądał w jego zaraniu, który przedstawił i osądził z tak straszliwem jasnowidztwem prawdy. A prawda jest zawsze rewolucyjna...


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – 12..
  2. Tytuł francuski brzmi: Voyage à Kieff.
  3. Przypis własny Wikiźródeł zwoszczyk – woźnica

Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Boy-Żeleński.