Babu z Najandżur/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Rabindranath Tagore
Tytuł Babu z Najandżur
Pochodzenie Głodne kamienie
Data wydania 1923
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Drukarz Poznańska Drukarnia i Zakład Narodowy T.A.
Miejsce wyd. Lwów — Poznań
Tłumacz Jerzy Bandrowski
Charles Freer Andrews
Tytuł orygin. নয়নজোড়ের বাবুরা
The Babus of Nayanjore
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
II.

Próbując zanalizować myśli i uczucia, jakie żywiłem wobec Kailasa, dostrzegam jeszcze jedną, znacznie głębiej leżącą przyczynę mej niechęci.
Mimo że jestem synem bogatego człowieka i mogłem sobie pozwolić na to, aby na uniwersytecie spędzić lata, pracowałem tak pilnie, że jeszcze jako zupełnie młody chłopak zdałem w Kalkucie doktorat. Co się tyczy moralności, był mój tryb życia bez zarzutu. Prócz tego mój wygląd zewnętrzny był tak okazały, że, nie grzesząc przeciwko prawdzie, śmiało mógłbym się nazwać pięknym młodzieńcem, choćby to nawet nie było zbyt skromnie.
Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że rodzice panien na wydaniu uważali mnie za bardzo dobrą partję. Ja sam zdawałem sobie z tego doskonale sprawę i postanowiłem sobie osiągnąć na targu małżeńskim całą pełnię swej wartości. Myśląc o swej przyszłej wybrance, malowałem ją sobie w duchu jako jedyną córkę bogatego ojca, cudownej piękności i znakomicie wychowaną. Zasypywano mnie ze wszystkich stron propozycjami, ofiarowano mi znaczne sumy w gotówce, ja zaś ważyłem te propozyzje z nieubłaganą bezstronnością na wrażliwych ważkach swego samopoczucia. Jednakże żadna panna nie nadawa a się na mą towarzyszkę. Przyszedłem do przekonania, że, może być, mówiąc wraz z poetą Bhawabhuti:

W tym nieskończonym czasie i nieskońozonym świecie,
Ta, co mnie zrównoważy, narodzi się raz przecie.

Jednakże rzeczą wielce dla mnie wątpliwą było, czy ta niezrównana istota istnieje już teraz w dzisiejszych nędznych czasach i na ograniczonej przestrzeni dzisiejszego Bengalu.
Tymczasem rodzice, którzy nie rezygnowali ze mnie, wyśpiewywali hymny na mą cześć we wszystkich tonacjach i rytmach.
Otóż, pomijając już, czy mi się ich córki podobały czy nie, nie mogę powiedzieć, aby mi te hołdy nie przypadały do smaku. Przywykłem uważać je za coś, co mi się zupełnie słusznie należy z tego powodu, że jestem taką doskonałością. Uczy się nas przecie, że bogowie, przeznaczając dla ludzi swe dary, mimo wszystko oczekują od swych wiernych, aby oni pilnie oddawali im cześć i gniewają się, gdy się ich zaniedbuje. Te boskie pretensje były we mnie silnie rozwinięte.
Wspomniałem już, iż Thakur Dada mia jedyną wnuczkę. Widywałem ją często, ale nigdy nie uważałem jej za piękną. Nigdy też nie przyszło mi na myśl, że mogłaby wchodzić w rachubę jako moja żona. A swoją drogą liczyłem na to, iż jednego dnia Kailas Babu z całą należną mi czcią, złoży ją w ofierze na mym ołtarzu. Ba, — i to było tajemnicą mej niechęci — czułem się poważnie dotknięty, iż dotychczas tego jeszcze nie uczynił.
Słyszałem, jak raz wyraził się wobec swych przyjaciół, że Babu z Najandżur nigdy nikogo o żaden dar nie prosili. Nawet gdyby dziewczyna miała z tego powodu zostać starą panną, onby się tradycji rodzinnej nie sprzeniewierzył. Ta zarozumiałość szczególnie mnie przeciw niemu podnieciła. Moja niechęć żarzyła się przez jakiś czas ukryta w głębi mego ducha, bo jako chodząca doskonałość, pozostałem na oko zupełnie spokojny i znosiłem wszystko z nadzwyczajną cierpliwością.
Jak błyskawica towarzyszy piorunowi, tak gniew mój nie był pozbawiony pewnej przymieszki humoru. Rozumie się, że nie mogłem swego gniewu na staruszka wylać; to też przez pewien czas nic nie robiłem. A naraz pewnego dnia przyszedł mi na myśl plan tak wesoły, że nie mogłem się oprzeć pokusie wykonania go.
Mówiłem już, że wielu przyjaciół Kailasa Babu miało zwyczaj bez miary schlebiać próżności starego. Jeden z nich, urzędnik państwowy na emeryturze, opowiedział mu, iż wice-gubernator za każdem widzeniem wypytuje go o Babu z Najandżur i że się wyraził, iż w całym Bengalu jedyne naprawdę przyzwoite rodziny to Maharadża z Bardwanu i Babu z Najandżur. Kiedy Kailasowi Babu to niesłychane łgarstwo opowiedziano, ucieszył się bardzo i często później tę historję powtarzał, zaś ile razy spotkał gdzie w towarzystwie owego urzędnika państwowego, pyta go między innemi:
— O — à propos, jakże się ma pan wice-gubernator? Dobrze! Ach, jak mnie to cieszy! A jego zacnej pani też dobrze się powodzi, nieprawdaż? A jakże te rozkoszne dzieci — wszystkie zdrowe? Ach, to wybornie, bardzo się cieszę. Proszę, niech pan nie zapomni polecić mnie jego pamięci, jak go pan zobaczy.
Kailas Babu powtarzał bezustannie, że chce złożyć wice-gubernatorowi wizytę. Można było jednak być pewnym, że jeszcze niejeden wice-gubernator przyjdzie i pójdzie i niemało wody w Hugli upłynie, zanim rodzinna karoca Babu z Najandżur znajdzie się w tym stanie, aby mogła zajechać przed pałac namiestnikowski.
Pewnego dnia wziąłem Kailasa Babu na stronę i opowiedziałem mu szeptem:
— Thakur Dada, byłem wczoraj na audjencji i wice-gubernator wspomniał przypadkiem Babu z Najandżur. Napomknąłem mu, iż Kailas Babu mieszka teraz tu, w mieście. Czy pan wie — uczuł się obrażonym, że go pan nie odwiedził. Oświadczy mi, że zapomni o etykiecie i jeszcze dziś popołudniu złoży panu prywatnie wizytę.
Każdy inny byłby natychmiast mój zamiar przejrzał. I gdyby ten żart zwrócony był przeciw komu innemu, sam Kailas Babu poznałby się na nim. Jednakże po wszystkiem, co słyszał był od swego przyjaciela, urzędnika państwowego, i po wszystkich swoich własnych błazeństwach, musiał uznać wizytę wice-gubernatora za najnaturalniejszą rzecz na świecie. Przyniesiona przeze mnie wiadomość podnieciła go do najwyższego stopnia. Zajmował go i niepokoił każdy szczegół zapowiedzianych odwiedzin, zaś przedewszystkiem jego nieznajomość angielskiego. Jakże, na wszystko w świecie, usunie tę trudność? Powiedziałem mu, że to nie jest żadna trudność, że nieznajomość angielskiego uważana bywa za cechę arystokratyczną, zaś prócz tego wice-gubernator ma zawsze przy sobie tłumacza i że sam przecie wyraźnie oświadczył, że ta wizyta ma być nieoficjalna.
Około południa, kiedy większość naszych sąsiadów jest przy pracy, zaś reszta śpi, zatrzymał się przed drzwiami Kailasa Babu powóz zaprzężony w dwa konie. Dwuch lokajów w liberji weszło na górę po schodach i zameldowało głośno: — Pan wice-gubernator! — Kailas Babu był gotów i oczekiwał go w swym staromodnym stroju dworskim, w pradziadowskim turbanie na głowie; przy nim stał Ganesz, przybrany na tę uroczystość w najlepsze suknie swego pana. Kiedy gubernatora zameldowano, Kailas, dysząc, chrząkając i drżąc, pośpieszył ku drzwiom i wprowadził jednego z mych przyjaciół w przebraniu, kłaniając się nisko za każdym krokiem i starając się o ile możności iść tyłem. Przykrywszy twardy, drewniany stołek swym starym szalem rodzinnym, poprosił gubernatora, aby na nim usiadł. Następnie wygłosił szumną przemowę w dialekcie Urdu, nadwornym języku Sahibów i podał mu na złotej tacce sznur nanizanych moharów[1], ostatnie resztki zrujnowanego mienia. Ganesz, stary sługa rodziny Babu z Najandżur, stał tuż przy nim z miną pełną szacunku, graniczącego z przerażeniem, mając za sobą kadzielnicę, a w ręce filigranową flaszeczkę z wodą różaną, którą od czasu do czasu obficie zlewał Lorda-Sahiba.
Kailas Babu kilkakrotnie wyraził swój żal, że nie może jego ekscelencji szanownego „bahadura“ przyjąć z całą należną świetnością w Najandżur, w swem gnieździe rodzinnem. Tam mógłby mu zgotować odpowiednie, uroczyste przyjęcie, ale w Kalkucie jest obcy, do pewnego stopnia niby ryba wyrzucona na piasek.
Przyjaciel mój w swym wysokim cylindrze kiwał tylko z godnością głową. Nie potrzebuję oczywiście mówić, że stosownie do zwyczajów angielskich powinien był cylinder w pokoju zdjąć. Ale przyjaciel mój zdjąć go nie śmiał z obawy, że się zdradzi, zaś tak Kailas Babu jak i jego stary sługa Ganesz byli obaj pogrążeni w równie wzniosłej nieświadomości co do wszystkiego, co przepisuje angielska etykieta.
Po wizycie, trwającej jakie dziesięć minut a polegającej głównie na kiwaniu głową, przyjaciel mój powstał, aby się pożegnać. Dwaj lokaje w liberji pomaszerowali dumnie ze złotemi moharami, złotą tacką, starym, pradziadowskim szalem, srebrną kadzielnicą i flaszeczką filigranową z różaną wodą, jakeśmy to poprzednio między sobą umówili, i uroczyście złożyli wszystkie te przedmioty w powozie. Kailas Babu był przekonany, że to taki zwyczaj wice-gubernatorów.
Przyglądałem się temu wszystkiemu przez cały czas z sąsiedniego pokoju. Aż mnie boki bolały od powstrzymywanego śmiechu. Kiedy już dłużej nie mogłem wytrzymać, uciekłem do następnego pokoju i naraz spostrzegłem tam młodą dziewczynę, łkającą, że aż się zanosiła. Zauważywszy mój niepowstrzymany śmiech, podeszła ku mnie w przystępie gwałtownego gniewu i, uderzywszy błyskawicą swych wielkich, ciemnych oczu w moje oczy, rzekła stłumionym od łez głosem:
— Niech mi pan powie! Co panu mój dziadek zrobił złego? Dlaczego pan przyszedł, aby go oszukiwać? Poco pan tu przyszedł? Poco?
Nie mogła dalej mówić. Zasłoniła twarz dłońmi i wybuchnęła łkaniem.
Mój śmiech w jednej chwili zamilkł. Na myśl nawet mi nie przyszło, że to, co zrobiłem, mogłoby być czemś innem, niż znakomitym figlem, a teraz nagle spostrzegłem, że temu wrażliwemu, małemu serduszku sprawiłem okrutny ból. Okrucieństwo moje stanęło naraz przede mną w całej swej brzydocie i potępiło mnie. Wymknąłem się w milczeniu z pokoju, jak kopnięty pies.
Do tej chwili Kusum, wnuczka Kailasa Babu, nie była w mych oczach niczem innem, jak tylko dość bezwartościowym artykułem na rynku małżeńskim, artykułem czekającym napróżno na to, aby się ktoś na niego złakomił. Teraz jednak spostrzegłem ze zdumieniem, że tam, w kącie tego pokoju, biło ludzkie serce.
Całą noc spędziłem prawie bezsennie. Byłem wzburzony. Zaraz na drugi dzień, bardzo wcześnie, wszystkie ukradzione przedmioty zaniosłem z powrotem do domu Kailasa Babu, aby je potajemnie oddać Ganeszowi. Czekałem przed drzwiami, a ponieważ nikt nie wychodził, udałem się na górę do pokoju Kailasa Babu. W korytarzu już słyszałem, jak Kusum mówiła w najserdeczniejszym tonie:
— Kochany dziaduniu, musisz mi opowiedzieć wszystko, co wice-gubernator wczoraj ci powiedział, ani słówka nie wolno ci opuścić. Koniecznie muszę wszystko jeszcze raz słyszeć!
A dziadunia oczywiście, nie trzeba było bynajmniej długo prosić. Twarz jego jaśniała dumą, gdy powtarzał te wszystkie słowa uznania i pochwały, jakie łaskawy wice-gubernator raczył wyrzec o prastarej rodzinie z Najandżur. Zaś dziewczę siedziało u jego stóp i z najwyższem zainteresowaniem patrzyło mu w oczy. Z miłości dla starca postanowiła całą rolę odegrać do końca.
Byłem tak głęboko wzruszony, że łzy zakręciły mi się w oczach. Stałem na korytarzu w milczeniu, podczas gdy Thakur Dada upiększał swe opowiadanie o odwiedzinach wice-gubernatora w najniemożliwszy sposób. Kiedy wreszcie wyszedł z pokoju, wziąłem ukradzione przedmioty, złożyłem je u stóp dziewczęcia i odszedłem w milczeniu.
Później wstąpiłem znowu, aby się z Kailasem Babu osobiście zobaczyć. Stosownie do naszego obrzydliwego, nowoczesnego zwyczaju, wchodząc do domu, zwykle ze starym się nie witałem. Tego jednakże dnia złożyłem mu głęboki pokłon i ze czcią dotknąłem palcami jego stóp. Pewny jestem, iż stary myślał, że powodem tej mej niezwykłej grzeczności jest wizyta wice-gubernatora. Pochlebiło mu to nadzwyczajnie, a jego twarz przybrała na chwilę wyraz błogiej wyniosłości. Przyjaciele zebrali się dokoła niego, zaś on zaczął drugi już raz szeroko rozwodzić się nad wizytą wice-gubernatora, nie szczędząc coraz to nowych i coraz bardziej fantastycznych upiększeń. Historja rozwinęła się już w całą epopeję, tak co się tyczy treści jak i długości.
Kiedy wreszcie wszyscy goście odeszli, ja skromnie oświadczyłem się. Powiedziałem staremu, iż mimo, że najzupełniej nie czuję się godnym wejścia zapomocą małżeństwa w związki z tak świetną rodziną, to przecież — itd., itd.
Kiedy zupełnie wyraźnie już powtórzyłem swe oświadczyny, staruszek rzucił mi się na szyję i zawołał w niepohamowanej radości:
— Jestem biednym człowiekiem i nigdy nie spodziewałem się tak wielkiego szczęścia.
Było to pierwszy i ostatni raz w życiu, kiedy Kailas Baba uznał się za biednego człowieka. Było to też pierwszy i ostatni raz w życiu, że on, choć na chwilę, zapomniał o godności wrodzonej i właściwej Babu z Najandżur.


Przypisy

  1. Moneta złota, wartości 24 rupij.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Rabindranath Tagore i tłumaczy: Jerzy Bandrowski, Charles Freer Andrews.