Błękitno-purpurowy Matuzalem/Część druga/1

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Błękitno-purpurowy Matuzalem
Podtytuł Powieść chińska
Część druga
Rozdział Sprzysiężenie duchów
Data wydania 1927
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Der blaurote Methusalem
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub Pobierz Cała część druga jako PDF Pobierz Cała część druga jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Sprzysiężenie duchów

Komora, którą wskazano pasażerom, była raczej kajutą niż koją, kajutą tak wysoką, że można się było wyprostować, tak długą i szeroką, że znalazło się dosyć miejsca dla pięciu. Wszystek mebel stanowiła mata ze słomy, jeśli jednak dodamy maty, które mieli zakupić wysłani na ląd majtkowie, to nocleg przedstawiał się wcale znośnie.
Podróżnym bardzo przypadło do gustu, że do ich wyłącznych usług przydzielono majtka, znającego jako tako angielski. Nie wyglądał na Chińczyka. Był mały i szczupły; objaśnił, że jest Malajczykiem i że nauczył się angielskiego w Indjach Wschodnich. Bardzo usłużny, krzątał się i znosił sprzęty, które miały nadać kajucie bardziej mieszkalny wygląd.
Rozumiało się samo przez się, że oficerowie byli zbyt obciążeni pracą, aby poświęcić wiele czasu pasażerom. Ci siedzieli na pokładzie, oczekując powrotu gońców, którzy, zgodnie z chińskiemi zwyczajami, przepadali bardzo długo. Tymczasem ściemniło się i Malajczyk powiesił wpobliżu lampjon. Poczem Przykucnął opodal, każdej chwili gotów do usług. Czy słyszał ich rozmowę, to ich niewiele obchodziło. Rozmawiali bowiem po niemiecku — któż więc na tej dżonce mógł ich zrozumieć?
Wreszcie przybyli majtkowie i zanieśli prowianty do kuchni. Pasażerowie, oczywiście, również tam przeszli. Malajczyk skorzystał z tego i niepostrzeżenie pomknął do kapitana, w tej chwili rozmawiającego z kapłanem.
— No? — zapytał kapitan po angielsku. — Czy podsłuchałeś co?
Bardzo wiele. Znam ich tak dobrze, jakgdybym służył u nich od wielu tygodni. — Malajczyk używał teraz bardzo dobrej amerykańskiej angielszczyzny, podczas gdy wobec pasażerów umyślnie kaleczył język. — Czterech jest Niemców, a grubas jest Holenderczykiem.
— Bogaci?
— Według pozorów mają wiele gotówki.
— A cóżto za ludzie? Ten o sinym nosie podawał się za szlachcica starego rodu; nazwał swego przodka A-damem!
— Myślę. Adam jest pierwszym człowiekiem, a zatem protoplastą wszystkich ludzi.
— Kpił ze mnie?
— Może i naprawdę ma znakomitych przodków. On i jego dwaj towarzysze noszą uniformy młodych ludzi, którzy w Niemczech pragną zostać kuan-fu.
— Więc nie są jeszcze! Oszuści! A obaj pozostali?
— Grubas jest hong-tse, kupiec, który chce tu założyć interes, a więc musi chyba mieć wiele pieniędzy. Ów zaś w chińskim stroju jest ho-tszangiem, podobnie jak i ty. Nawpół obłąkany, podaje się za fu-tsianga.
— Czego szukają ci Niemcy w Chinach?
— Szukają stryjka najmłodszego z nich, który jest nader bogatym człowiekiem. Szukają także jakiejś kobiety i jej dzieci.
— Słyszałeś to? Czyż rozmawiali po angielsku?
— Nie, w języku ojczystym.
— Rozumiesz go?
— Tak. Wiesz przecież, żem jest rodowity yankee na zbiegłem z okrętu, ponieważ zakłułem kolegę na śmierć. Przybyłem na „Królowę Wód“, gdzie nikt mnie nie znajdzie i gdzie mi będzie zupełnie dobrze, skoro się nauczę chińskiego. Jeździłem nieraz z Niemcami i tyle nauczyłem się z ich języka, bardzo zresztą podobnego do angielskiego, aby zrozumieć wcale dobrze naszych pasażerów.
— Świetnie! Podsłuchuj nadal; ale niech nie zauważą! Wynagrodzę cię osobno. Czy mają pieniądze?
— Naturalnie; wszakże tacy ludzie nie noszą przy sobie czystej gotówki; mają ją w czekach i w innych papierach.
— Nie znam się na tem. Odbiorę im gotówkę, a papiery sprzedam hui-tszu[1] w Ngo-feu.
— Nie zamierzasz jechać do Kuang-tszeu-fu?
— Ani mi się śni! Podczas snu tych drabów wyjeaziemy na pełne morze.
— Mamy jednak przypływ; pójdzie nam trudno.
— Poczekamy na odpływ.
— Spostrzegą się.
— O nie! Dostaną opjum w trunku, a wiatr zaniesie nas bez szmeru na morze, gdzie ich niebawem strącimy na dno. Moje dokumenty są w porządku. Mogę rozwinąć żagle, kiedy mi się spodoba.
— Chcesz ich zatopić?
— Pewnie! Czy współczujesz im? Czy mniemasz, żem powinien pozostawić ich przy życiu, aby następnie ujawnili, że moja Szui-heu jest tseu-lung-yenem?
— Sądzę tylko, że powinni umrzeć dopiero później — w Ngo-feu u hui-tszu.
— Dlaczego?
— Ponieważ bez nich nie zdołamy sprzedać ani spieniężyć ich papierów. Znam się trochę na tem.
— Wiesz pewnie lepiej ode mnie. Czy naprawdę muszą być obecni?
— Tak. Muszą wyrazić swą zgodę i podpisać się.
— Ale oni odmówią.
— Nie odmówią, jeśli im zagrozisz śmiercią. Uwierzą, że to ich uratuje.
— Ale, skoro tylko podpiszą, zabijemy ich zmiejsca! Takie są twoje zamiary?
— Tak.
— Jesteś mądrym człowiekiem i nieźle ci się będzie u mnie powodziło. Wróć teraz do nich i postaraj się o dalsze wiadomości. Zawładniemy tą piątką bardzo łatwo, bo będą spali jak susły. Jedynie pies niepokoi mnie trochę. Jest to gwałtowne, silne zwierzę.
— Daj mu zatrutego mięsa!
— Masz słuszność. Dobrej rady chętnie słucham. Ale idź już! Teraz zajmiemy się kong-pitem i zaprosimy ich. To da nam okazję poczęstowania ich samchu z opjumem.
— Chcę ci jeszcze na coś zwrócić uwagę. Może wpadnie im na myśl zadać pytanie duchowi. Po moich informacjach nie będzie dlań rzeczą trudną odpowiedzieć, o ile tylko duch jest duchem mądrości.
Wrócił do kajuty, gdzie pasażerowie starali się wygodnie roztasować. Pomagając im, posługiwał się łamaną angielszczyzną i pilnie łowił każde ich słowo.
Niebawem przyszedł kapitan, aby zaprosić pasażerów na kong-pit.
W Chinach pisze się zwykle pendzlem. Nazwa „zejście do pendzla“ oznacza proces zejścia ducha w celu udzielenia pisemnych odpowiedzi na zadane pytania, a to z pomocą specjalnie ad hoc skonstruowanego pendzla. Duch sam nie ukazuje się w widzialnej postaci, lecz działa za pośrednictwem określonej osoby na wysokiem stanowisku. Jest to więc odpowiednik naszych medjów. Te wrzekomo stosunki korespondencyjne z państwem ducha istnieją w Chinach od wielu stuleci. Kong-pit może się zaliczać do owych „wynalazków“, któremi Chińczycy znacznie nas ubiegli.
Przedewszystkiem, z zachowaniem wielu ceremonij, odcina się gałąź od drzewa brzoskwiniowego. Należy przeprosić drzewo za wyrządzony ból, a to w ten sposób, że się w korze wycina znak, który oznajmia, że gałąź odcięta będzie zużyta na „pendzel duchów“. Następnie osadza się wystrugany z gałęzi pendzel pod prostym kątem pośrodku kawałka bambusa, grubego na cal i długiego na stopę; całość przypomina z kształtu naszą literę T.
Medjum powinno uchwycić podniesionemi rękoma ten aparacik za oba końce bambusa tak, aby pendzel wskazywał wstecz; poczem trzyma pendzel nad stołem, którego powierzchnia jest posypana cienkim, gładkim piaskiem. Teraz dopiero duch może kierować ręką medjum, prowadząc pendzlem po piasku; w ten sposób odpowiada na zadane pytania.
Nienaturalny układ rąk wprawia je w drżenie, wszakże doświadczone medjum łatwo potrafi kreślić na piasku czytelne znaki. Rozumie się, że na pytanie krępujące odpowiedź wypada tak wieloznaczna, że jedno z tych znaczeń na pewno musi być prawdziwe, lub spełnić się, o ile dotyczy przyszłości.
Ponieważ kong-pit naogół jest uważane za akt religijny, przeto nie może się odbyć bez określonych ceremonij. Przedewszystkiem duch musi się wylegitymować, podać swoje nazwisko, i dynastję, za której panowania żył na ziemi jako człowiek. Im dawniej to się działo (nie zważa się zresztą na „drobną“ różnicę kilkuset, czy tysiąca lat), tem większego doznaje szacunku ze strony uczestników kong-pitu. — —
Kiedy załoga wyszła na pokład, była już ciemna noc. Między środkowym a tylnym pokładem skąpo świeciły lampjony papierowe. Nieopodal wspomnianego stołu, który niósł podarunki ofiarne dla ducha, stał drugi, pokryty gładką warstwą piasku. Załoga zgrupowała się dookoła. Ho-tszang wprowadził pasażerów, dla których z poduszek urządzono wygodne miejsca.
Skoro usiedli pośród powszechnych ukłonów. Wystąpił naprzód kapłan i zaczął, oczywiście, po chińsku:
— Zamierzamy pytać ducha o przebieg naszej podróży. Przystępujemy do tego w najpoważniejszych, najuroczystszych nastrojach i skierujemy nasze prośby do mat-supo, do wzniosłego bóstwa morza.
Na jego skinienie przyniesiono dwa krzesła do stołu z ofiarami. Poprosił bóstwo, aby raczyło zająć honorowe miejsce. Ponieważ w Chinach miejscem honorowem jest lewe, przeto umieszczono obraz na lewem krześle, podczas gdy prawe było przeznaczone dla nieobecnego jeszcze ducha.
Następnie kapłan wyciągnął żółty, zapisany papier i odczytał jego treść:

„Tego wieczora przygotowaliśmy samchu oraz inne ofiary i prosimy naszego wszechmocnego patrona, aby wywołał wszechwiedzące ducha, któremu zadamy interesujące nas pytania. Przywitamy go na schodach okrętu“

Odczytawszy, spalił rękopis i rozrzucił popiół na wszystkie strony. Nastąpiła pauza wielominutowa, aby patron zdążył wywołać odpowiedniego ducha. Podczas tej pauzy kapłan przykrył obraz chustą, chcąc symbolicznie zadokumentować nieobecność bóstwa, które udało się na poszukiwanie ducha.
Wreszcie zdjął chustkę. Obraz stał na dawnem miejscu. Bóstwo wróciło i przyprowadziło ducha. Czekał na schodach. Kapłan skinieniem polecił ho-tszangowi i to-kungowi przyprowadzić dostojnego gościa.
Obaj oficerowie podeszli do schodów i w wyszukanie grzecznych słowach prosili ducha, aby wszedł do nich na górę i raczył ich odwiedzić. Duch zapewne zadość uczynił ich życzeniu, gdyż po chwili prowadzili go już między sobą, bijąc przed nim pokłony. Europejczycy z trudem stłumili wybuch śmiechu. Duch był, oczywista, niewidoczny, stąd też komizm głębokich ukłonów i skierowywanych doń grzecznych frazesów.
Wszystkie zadawane duchowi pytania muszą być napisane na papierze, który się następnie spala. Kapłan napisał najpierw: — „czy wędrujący po obłokach duch przybył?“ — spalił papier i rozdmuchał popiół. Poczem uchwycił pendzel w opisany sposób. Ręce mu się trzęsły; aparat zaczął się poruszać po piasku. Matuzalem spojrzał na stół. Widział tam wyraźnie napis: — „To“ — „Przybyłem“
A więc był obecny. Ponieważ kapłan musiał trzymać pendzel, przeto dalsze pytania pisał kapitan, poczem obracał napisy w popiół. Duch oznajmił, że ostatnio nazywał się Kia-tsong i żył za dynastji Wu-ti[2] jako wang[3] wschodu. Ponieważ Wu-ti panowali przeszło cztery tysiące lat temu, wang zaś jest najwyższym urzędnikiem, więc niewidzialny a obecny wicekról był dla zgromadzonych prawdziwym asem.
Naturalnie, kapłan czuł się zobowiązany do najgłębszej grzeczności. Odłożył pendzel, ukłonił się do ziemi i poprosił ducha, aby był łaskaw skosztować wina. Było to wino nie z winogron, lecz z ryżu. Nosiło nazwę „sam-chu“. Duch przecież jest zbyt dumny, aby jeść, lub pić w obecności ludzi, którzy jeszcze nie zdążyli umrzeć; przeto zasłonięto lampjony matami i zapadł głęboki mrok.
Z pośród pasażerów jedyny Matuzalem rozumiał wszystko. Godfryd de Bouillon i Ryszard Stein przysiadywali wprawdzie fałdów nad chińszczyzną podczas podróży, ale za mało jeszcze umieli. Turnerstick zaś i grubas nie pojęli ani jednego słowa, Degenfeld korzystał z każdej, najmniejszej nawet pauzy, aby półgłosem przetłumaczyć i wyjaśnić przebieg ceremonji.
Stół z piaskiem był przysunięty do stołu z jadłem. Tylko więc trzy boki tego stołu były wolne. Jeden zajmowały oba krzesła, na których siedziało bóstwo morza i duch. Po dwóch pozostałych siedzieli nasi pasażerowie, tak że mijnheer po prawicy sąsiadował z duchem. Błękitno-purpurowy szepnął mu:
— Uważaj pan, mijnheer, czy duch będzie pił! powinien pan to usłyszeć.
Po krótkim czasie grubas odpowiedział półgłosem:
Hij drinkt, hij drinkt! Ik hoor’t slaarpen! — On pije, pije! Słyszę, jak chlipie!
— To kapłan!
Dere vos! — Ten lis!
Skoro następnie na rozkaz kapłana odsłonięto lampjony, każdy mógł się naocznie przekonać, że duch pił, albowiem zmniejszyła się zawartość naczynia.
Teraz zapytano ducha, czy aura będzie sprzyjała, czy podróż odbędzie się szczęśliwie i czy pomyślne osiągnie się skutki. Odpowiedzi były wprost wymarzone; kapłan więc poczytał sobie za obowiązek uraczyć ducha plackiem.
Pieczywo wyglądało nader smakowicie i było pokrajane na osiem równych części. Znowu zasłonięto lampjony, tym razem na dłuższy czas, gdyż duch potrzebuje więcej czasu, aby spożyć kawał placka, niż aby wypić haust trunku.
Atoli skoro odsłonięto latarnie, wszyscy byli zdumieni. Duch nie zadowolił się bynajmniej ósmą częścią, lecz spałaszował cały placek. Musiał chyba przybyć z najwyższych regjonów, skoro był tak wygłodzony. Największe zdumienie znać było po kapłanie. Z lękiem spoglądał na talerz, gdzie poprzednio leżał placek. Warkocz ze strachu chciał stanąć dębem. Wszak jego działalność ograniczała się do hokus-pokusu. Czy więc naprawdę istnieją duchy? A więc kong-pit nie jest szantażem? Czyżby w istocie tam na tem pustem krześle siedział duch, który tak szybko umiał przełknąć siedem kawałków placka? Siedem, albowiem ósmą część on sam, kapłan, zjadł pod osłoną mroku. Stracił pewność siebie.
Na główne pytania otrzymał już odpowiedź. Zkolei pozwolono majtkom pytać. Przesądni marynarze przystępowali do tego w wielkiem namaszczeniu. Nic bardziej miłego dla oficerów, którzy w ten sposób zyskiwali władzę nad tymi skądinąd nieposłusznymi, hardymi ludźmi.
Duch i teraz dawał tak doskonałe odpowiedzi że kapłan prosił go, aby raczył wypić jeszcze jeden haust. Skoro tylko zaległa ciemność, szantażysta podkradł się, aby uchwycić dzban i wyręczyć ducha, a że się przeraził, gdy ręka namacała pustkę na miejscu, gdzie przed chwilą stał dzban. Omal nie krzyknął. Więc naprawdę istniał duch, który zjadł placek i pił sam-chu? Co za triumf, jeśli go zdoła pokazać zebranym! Co za widok — dzban unoszący się w powietrzu! Natychmiast więc rozkazał odsłonić lampjony. Skoro się to stało... dzban stał na miejscu, ale całkowicie wypróżniony. Duch musiał być niemniej spragniony, niż głodny. Kapłan stroił miny, jakich żadne słowa nie oddadzą. Ryszard Stein, który siedział obok mijnheera, zapytał:
— Co o tem myśleć? Naprawdę słyszałem, jak pił.
— Taaak? — uśmiechnął się grubas. — Nie mogę wierzyć!
— A jednak! Słyszałem, jak chlipał, jakgdyby się śpieszył.
— Zatem miał duże pragnienie!
Co wprawiło w przerażenie kapłana oraz oficerów, wtajemniczonych w istotę szantażu, to samo wywołało zachwyt załogi, która była przekonana, że duch istnieje w rzeczywistości i to bardzo ważny, nie taki, co to zadowoli się łykiem ryżowego wina i kromką placku. Zaklinacz duchów opanował się wkrótce; spytał cudzoziemców, czy nie życzą sobie zapytać ducha. Matuzalemowi było to na rękę. Kazał napisać pytanie, czy on i jego towarzysze dotrą do celu podróży. Skoro duch za pośrednictwem kapłana napisał odpowiedź, Degenfeld zbliżył się do stołu, aby osobiście przeczytać. Był naprawdę zdumiony. Odpowiedź brzmiała:

„Tak. Znajdziecie bogatego stryjka, także kobietę i jej dzieci. Holender założy wielki interes“.

Matuzalem przetłumaczył swoim towarzyszom te słowa ku ich najwyższemu zdumieniu. Było rzeczą jasną: duch znał ich pian, który utrzymywali w sekrecie! Kapłan odczuwał taką satysfakcję na widok ich oszołomienia, że zapomniał już zupełnie o swoich poprzednich wątpliwościach w kwestji ducha. Poprosił go uprzejmie, aby zechciał zjeść kawałek pieczystego.
Pieczyste było, oczywiście, już zimne. Siedem czy osiem kawałków, leżących na talerzu, wyglądało nader imponująco. Naturalnie znów zasłonięto lampjony, i kapłan znowu podkradł się do stołu. Odczuwał głód, gdyż cały dzień nic nie jadł, aby móc godnie zastąpić nieziemskiego przybysza. Prędko schwycił dwa kawałki, uprzedzając atak apetytu niewidzialnego gościa. Prędko je również strawiwszy, zarządził odsłonięcie latarni. Okazało się, że talerz był pusty.
Kapłanowi zrobiło się nieswojo na duszy, ponieważ zauważył podejrzliwe spojrzenia wtajemniczonych w jego sztuczki oficerów. Te bowiem porcje, które duch łaskawie zostawiał na talerzu, przypadały im zwykłe w udziale. Teraz, rozumie się, podejrzewali kapłana, że ich ocyganił. Sądzili, że zaklinacz schował mięso, aby później zjeść je skrycie.
— Do piorunów! — zaklął pocichu Matuzalem. — Ten duch wicekróla istotnie musiał nie jeść i nie pić przeszło cztery tysiące lat. Żre i żłopie jak parobek przy młódce.
— Bardzo mi go żal, miłego, biednego oćca, — rzekł Godfryd. — Po takiej uczcie żołądek może mu pęknąć, a wówczas grosza nie dam za jego życie.
— Słyszałem, jak jadł, wtrącił Ryszard.
Soo? — zapytał grubas. Tak? Czyż mlaskał językiem?
— Bardzo wyraźnie. Słyszałem mlaskanie tuż przy sobie, jakgdyby to pan jadł.
Aby położyć kres kłopotliwej sytuacji, kapłan pożegnał dostojnego gościa z zaświatów. Napisał uprzejme podziękowanie na kartce. Poczem ją spalił. Duch przecież okazał się równie dobrze wychowanym, gdyż za pośrednictwem ręki kapłana nakreślił na stole:

„Moi panowie, bardzo się cieszę, że was poznałem i dziękuję wam serdecznie za poczęstunek, którym uszczęśliwiliście mnie i pokrzepili. Muszę teraz czem prędzej odejść, gdyż inni czekają mej pomocy; proszę was, abyście mnie odprowadzili do schodów“.

Życzeniu ducha stało się natychmiast zadość. Każdy z uczestników dostał po żółtym płonącym papierku, poczem utworzono orszak, który z honorem miał odprowadzić ducha do drabiny. Oddalił się w podobny sposób, jak przyszedł, mianowicie pośrodku między kapitanem i sternikiem. Aczkolwiek był niewidzialny, wszyscy kłaniali się bez przerwy, dopóki nie opuścił okrętu.
Europejczycy zostali na swoich miejscach. Nie chcieli popierać szantażu i okazywać, że dają mu wiarę. Jednak nie wszystko umieli sobie wytłumaczyć.
— Tęgim żarłokiem i pijusem był ten duch — odezwał się Godfryd. — Musiał chyba długo pościć.
— Szaleństwo! — oświadczył Turnerstick. — To kapłan pił i jadł.
— To chuchro? Nie mieści mi się w głowie! Po zapachu czułem, że gorzałka wcale niezła. Zapach dziewięćdziesiątej próby spirytusu. I jaki dzban? Nie, to nie kapłan wychlał!
Ik berit geveest — oświadczył Holender. — Ik heb den brandevijn dronken. — Ja to byłem. Ja wychlałem gorzałkę.
— Pan? — zapytał zdziwiony Matuzalem — Pan sprzątnął dzban?
— Tak.
— I pan go wypił duszkiem?
— Tak. Był przecież wcale niepokaźny a gorzałka bardzo słaba.
— Teraz rozumiem! A więc to pan zjadł ciasto?
Ik heb hij opefreten — ja je zeżarłem.
— I mięso?
Heb ik ook opefreten.
— Człowieku, niedawno jadłeś w hotelu! Jakże pan mógł? Jak się pan teraz czuje?
Zeer wel, allerbest; ik heb den koek zeer gaarne en ook het vlesch. — Bardzo dobrze, doskonale, bardzo lubię ciasto, jak również mięso.
— A niech pana gęś kopnie! Zresztą, sądzę, że i ja spałaszowałbym na poczekaniu.
— Gęś? Czemu nie, jeśli dobrze wypieczona?
Powiedział to tak naturalnie i poważnie, że słuchacze wybuchnęli śmiechem. W tej chwili wrócili Chińczycy. Majtkowie rozsypali się po pokładzie; oficerowie zaś otoczyli kapłana i zaczęli mu wymacać nadmierny apetyt ducha. Przysięgał, że jest niewinny, lecz nie wierzono mu i zmuszano do wywrócenia kieszeni. Ku najwyższemu zdumieniu rewidujących, kieszenie były w rzeczy samej puste! Nie spuścili byli oka z kapłana; nie mógł zatem nigdzie ukryć grabieży. Potrząsając głową, musieli uznać, że tym razem duch był wyjątkowo autentyczny.
Matuzalem obserwował ich zdaleka. Z ruchów domyślił się treści rozmowy. Podeszli właśnie, aby wybadać, jakie wrażenie wywarło na gości kong-pit. Degenfeld chętnieby wyraził im swój szczery sąd, atoli zwyczaj chiński nakazuje zachowywać we wszelkich okolicznościach życia najwyszukańszą uprzejmość, i nie dopuszcza żadnych wyjątków od tej reguły. Student utaił przeto swoją niewiarę i odpowiedział obojętnie. Chińczycy byli zdumieni. Ho-tszang zapytał:
— Czyż obecność ducha nie oszołomiła was?
— Nie. Jakże mogła oszołomić?
— Duch przecież jest wyższą istotą, niż człowiek!
— Tak wy powiadacie, ale pozwólcie mi być innego zdania.
— Czy możemy je poznać?
— Owszem. Jaka jest najwyższa istota na ziemi?
— Człowiek.
— Z czego się człowiek składa?
— Z ciała i ducha.
— Bardzo słusznie. Czy ciało samo też byłoby człowiekiem?
— Nie.
— A sam duch?
— Też nie.
— Więc jeśli ani samo ciało, ani sam duch nie są godne nazwy człowieka, to połączenie ich, człowiek, stoi wyżej od każdego z nich zosobna. Jakże zatem mogłaby oszołomić mnie, najwyższą ziemską istotę, obecność ducha, który jest ode mnie niższy!
Ho-tszang był zaskoczony tem rozumowaniem. Wszakże zdobył się na ostatni argument:
— Ale ten duch był wangiem!
— Teraz już nie jest nim, wasza zaś księga ulubiona, Li king, księga, która wyznacza wasze postępowanie we wszelkich okolicznościach życia, każe wam oddawać każdemu honory, należne jego aktualnemu stanowisku. Jakże możecie się lękać ducha, który był wprawdzie, ale już nie jest wangiem!
— Może wasz naród ma słuszność, a może i nasz. Nie będziemy się sprzeczać. Duch zapowiedział pomyślną podróż, więc powinniśmy się cieszyć. Radość naszą uczcimy biesiadą, do której was uprzejmie zapraszamy.
— Dziękujemy! Wiemy, co nam nakazuje grzeczność, prosimy was zatem, abyście sami uraczyli się ucztą.
— Zrozumieliście mnie fałszywie. Z całą powagą podtrzymuję zaproszenie.
— Ja także z całą powagą podtrzymuję swoją odmowę. Jesteście tak uprzejmi, że nas zapraszacie, jakże my więc możemy być tak nieuprzejmi, aby obarczać was spełnieniem ofiarowanych usług?
Według pojęć chińskich Matuzalem postępował bardzo słusznie. Należy przyjmować tylko takie zaproszenie, które odbywa się w pełnej formie przez wręczenie wielkiego, kolorowego, specjalnie do tego przeznaczonego arkusza papieru.
— Naprawdę, zapraszamy was zupełnie szczerze — nalegał ho-tszang. — Nie mamy, niestety, ni okręcie drukowanych zaproszeń, a ponieważ rozmawiam z wami po angielsku, przeto zapraszam was nie wedle obyczajów chińskich.
— Czy powinienem wierzyć?
— Tak. Bardzo o to proszę.
— Więc ośmielam się przyjąć zaproszenie. Kiedy zacznie się uczta?
— Za pół godziny. Ja sam po was przyjdę. Mięsa, niestety, nie będzie, ponieważ duch zjadł wszystko.
— Nie wiedziałem dotychczas, że duchy jadają mięso. Może mają specjalny apetyt na pieczyste, któreście dla nich przyrządzili, Czy nie byłby pan łaskaw powiedzieć, z jakiego to zwierzęcia było owo mięso?
— To było dżi, najlepsza potrawa w świecie, i dlatego właśnie duch nic nie zostawił.
Wracając do swoich towarzyszów, Matuzalem uśmiechał się na myśl o owym dżi. Powtórzył im zaproszenie kapitana i dodał z uśmiechem:
— Ale mijnheer van Aardappelenborsch niewiele tym razem dokaże.
— Czemu? — odezwał się grubas. — Znowu jestem głodny.
— Mijnheer, czy to być może? Na miły Bóg, jaki pojemny pan ma żołądek!
— Tak, żołądek mam nienajgorszy, ale zato brzuch bardzo słaby.
Ze smutną miną złożył ręce na brzuchu i zapytał Matuzalema:
— Co mówi leksykon o brzuchu?
— Zostawmy to na kiedy indziej. Chwilowo chcę pana zapytać, czy pan wie, co za mięso jadłeś?
— Pieczoną cielęcinę.
— Nie, to nie było cielę, lecz dżi.
Dżi? Nie rozumiem.
— Nie wie pan, co to dżi? Niechże pan odgadnie!
— Dobrze, czy to zwierzę?
— Tak, to zwierzę.
— Fruwa?
— Nie, nie fruwa.
— Czy umie pływać?
— Owszem, umie pływać.
— A czy umie biegać?
— Tak, umie też biegać.
— Czy upolował je myśliwy?
— Nie, myśliwemu nigdy przez myśl nie przedzie zabijać tego zwierzęcia, gdyż bierze je ze sobą na polowanie jako najlepszego pomocnika.
Okrągłe oblicze Holendra wydłużyło się niepomiernie.
O mijn Holland en Nederland! — zawołał w przerażeniu. — To był pies?
— Tak, to pies. Dżi znaczy pies. Jadł pan pieczoną psinę. Czy nie wie pan, że w Chinach tuczy się pewne gatunki psów, które następnie idą na ubój?
— Psinę jadłem, jadłem psinę! — krzyczał grubas.
Zerwał się na równe nogi i chciał uciec, aliści się rozmyślił. Odwrócił się ponownie, energicznie trzepnął rękę o rękę i zawołał:
— Nie, po trzykroć nie, po tysiąckroć nie! Co się raz znalazło w brzuchu, to musi już tam zostać!
— Nawet jeśli to psina — śmiał sie Matuzalem.
— Tak, pies musi zostać! Zakąszę go pieczystem.
Wszyscy się roześmieli. Bohater powrócił na swoje miejsce. Na pełnem zadowolonem obliczu nie było już ani śladu wstrętu.
— Tak, pogrzebaliśmy już psa, — dodał Matuzalem półgłosem. — A teraz pomyślmy o czem innem. Czy nie dziwiła was odpowiedź ducha na moje zapytanie?
— Nadzwyczajnie! Była nader dziwna — przyznał Turnerstick.
— Tak. Wszyscy chyba godzimy się, że nie było żadnego ducha. Kapłan daje odpowiedź wedle własnego widzimisię, a nie naskutek oddziaływania nieziemskiej istoty. Musi zatem wiedzieć, co nas sprowadziło do Chin. Dowiedział się, ale od kogo?
— Ode mnie ani słówka! — zapewnił Godfryd.
— Ode mnie też nie! — dodał mijnheer.
— Wierzę. Jest tylko jedno możliwe wytłumaczenie, mianowicie, że nas podsłuchiwano i to tutaj, na okręcie. Kiedyśmy rozmawiali o naszych planach? Gdyśmy przed zapadnięciem zmroku siedzieli przed kajutą. Kto z załogi był obecny? Malajczyk, który nam usługuje. On zatem musiał powtórzyć naszą rozmowę kapłanowi.
— Ale jakżeto stać się mogło? Mówiliśmy po niemiecku!
— Czy Malajczyk nie mógł mieć jakichś stosunków z Niemcami? A również czy jest autentycznym Malajczykiem? Twarz ma wprawdzie goloną, ale znać po niej mocny zarost, co się nie zdarza u Malajczyków. Niezbyt brunatną ma płeć, nie ma też wystających kości policzkowych. Poza tem jego wymowa angielska ma swoisty amerykański posmak. Mówi łamanym językiem, wszakże chwilami wypowiada się zdaniami, które bezwzględnie świadczą o dobrej znajomości języka. Poprzednio nie przykładałem do tych drobnostek żadnej wagi; ale teraz wydają mi się bardzo podejrzane. Uważałbym go niemal za prawdziwego Yankee, a w tym wypadku chyba nic dziwnego, jeśli rozumie po niemiecku. W Stanach Zjednoczonych mieszkają miljony naszych rodaków.
— Yankee śród chińskich marynarzy? — odezwał się Turnerstick. — Czy mógłby się ktoś aż tak zapomnieć?
— Czemu nie? Czyż nie mógł z jakiegoś tam powodu zbiec ze swego okrętu?
— Hm. Zdarza się nieraz. Chińczycy zaś chętnie przyjmują doświadczonego majtka. Jeśli pan ma słuszność, to nasz Malajczyk jest dezerterem i nie należałoby mu ufać.
— Takie jest moje zdanie. Poco podsłuchuje? W jakim celu skrywa swoję właściwe pochodzenie? Dlaczego odgrywa rolę donosiciela? Dlaczego nie przyznaje się otwarcie, że nas rozumie? Dlaczego akurat jego przydzielono do nas? — Jest zapewne w zmowie z kapitanem. Coś tu się przeciwko nam knuje...
— Tak źle jeszcze nie będzie. Jeśli to zbiegły majtek, to chyba ma powody do utajenia swojej osobowości.
— Niech i tak będzie. Ale musimy mu się bacznie przyglądać i nie rozmawiać w jego obecności o swoich sprawach. Wybadam go tak, że będzie musiał się zdradzić. Najchętniej opuściłbym ten okręt. Twarze załogi niebardzo mi przypadają do gustu.
— Ba! Nie uważałem pana za tak lękliwego człowieka.
— Jestem tylko przezorny, a nie lękliwy. Może się mylę zresztą. Gdybym był sam, wróciłbym do portu i zrezygnował z zapłaconych dolarów. Atoli pan jest innego zdania — muszę się podporządkować.
— Zostaniemy na okręcie — dorzucił Holender. — Dostaniemy dobrą kolację. Jeśli teraz odejdziemy, to okażemy się bardzo nędznemi hipopotamami.
Inni również podzielili to zdanie. Matuzalem musiał ustąpić. — — —



Przypisy

  1. Prezes bractwa.
  2. Pięciu cesarzy.
  3. Wicekról.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.