Arumugam książę indyjski/Pięć lat pomiędzy chrześcijanami

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor anonimowy
Tytuł Arumugam książę indyjski
Wydawca Biblioteka Ludowa Karola Miarki
Data wydania 1898
Druk Karol Miarka
Miejsce wyd. Mikołów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
3. Pięć lat pomiędzy chrześcijanami.

Gdy Arumugam nazajutrz się obudził, zawołał na pół senny dawnym zwyczajem: „Samie, przynieśno mi wody!“ Gdy mu nikt nie odpowiadał, otworzył oczy i przypomniał sobie, że nie jest w pałacu ojca, lecz w kolegium. Zaśmiawszy się wesoło, wyskoczył z łóżka, umył się i ubrał. Chciał właśnie wyjść z izby i pójść do O. Franciszka, gdy w tem padł wzrok jego na śliczną kropielniczkę przymocowaną do ściany. Oglądał ją na wszystkie strony, ale nie mógł odgadnąć jej przeznaczenia. W pałacu ojca widział w kilku pokojach srebrne i marmurowe fontanny, z których tryskała woda chłodząca powietrze i używana do pomywania rąk. Ale ta perłowa muszla była tak drobną, że ledwie można było palce w niej umaczać. Jeszcze więcej łamał sobie głowę nad tem, co znaczy figura umieszczona po za muszlą, wyrzeźbiona ze słoniowej kości. Przedstawiała ona mężczyznę w ubiorze kapłańskim, który w miednicy mył sobie ręce; po za nim wznosił się przedsionek oparty na kolumnach i kopuła wspaniałej świątyni.
Gdy Arumugam oglądał ten mały wyrób artysty, otworzyły się drzwi i wszedł O. Franciszek. Arumugam poskoczył ku niemu i przywitał go temi słowy: "Dzień dobry!" Poczem zapytał go: "Ojcze, na co ta woda w muszelce, i co znaczy ten obraz?"
„Synu," rzekł misyonarz, "w tej skorupce jest święcona woda, którą cię pokropiłem, gdy byłeś chorym. Używamy jej codziennie, aby się ustrzedz od zasadzek węża."
Skoro chłopiec usłyszał te słowa, zdjął kropielnicę ze ściany i tak szybko wodę wypił, że O. Franciszek nie mógł się wstrzymać od śmiechu.
„Czemuż się śmiejesz?" zapytał zdziwiony Arumugam.
„Dla tego," odpowiedział kaplan, "ponieważ tej wody w ten sposób nie używamy; kropimy się nią i to wystarcza."
„Ale któż jest ten człowiek ze słoniowej kości?" pytal dalej Arumugam.
„Wyjaśni ci to," rzeki misyonarz, "twój nowy kolega Piesio, gdyż on ci tę kropielnicę podarował; on cię też oprowadzi po domu, pokaże i objaśni ci wszystko."
„Czy to ten dziki Pietrek," zapytał Arumugam, "którego powszechnie tak nazywają chłopcy?"
„Tak jest,“ odparł misyonarz, „czyś z nim już zawarł znajomość?“
„O, już wczoraj zaprzyjaźniliśmy się ze sobą,“ zawołał Arumugam.
„Tem lepiej,“ odpowiedział ksiądz, „chodź teraz na śniadanie, a ja później każę przyjść Pietrkowi. “
Po śniadaniu oprowadzał „dziki Pietrek“ pogańskiego kolegę po domu, pokazał mu wszystkie pokoje szkolne, salę muzyczną i lokal przeznaczony do gier i ćwiczeń gim — nastycznych. Arumugam wytężył słuch i wzrok i zadawał tyle pytań towarzyszowi, że ten ledwie mógł na wszystkie odpowiedzieć. W sali muzycznej popróbował klawiszy fortepianowych i skrzypcy, poczem oświadczył: „Chciałbym się nauczyć gry. Pietrku, czy umiesz grać?“
„Nie,“ odparł zawstydzony Piesio. „Ojciec Franciszek powiada, że nie mam zdatności na muzyka, gdyż niszczę wszystkie narzędzia muzyczne.“
Odtąd chodzili chłopcy ze sobą w milczeniu i zeszli do ogrodu. W samym jego krańcu stał posąg:Matki Boskiej z Dzieciątkiem Jezus na ramieniu, otoczony kwitnącemi liliami i różami. Piotr wskazał go Arumugamowi,: mówiąc: „Patrz, to jest Matka Boska!“
„Jakaż to piękna niewiasta!“ rzekł Arumugam. „O wiele piękniejsza od naszych bożyszcz. Czy to jest bogini?“
„Bynajmniej,“ odpowiedział Piotr, „boginią nie jest, ale największą świętą w niebie i Matką Pana Jezusa, który przywdział po — stać człowieczą, aby nas zbawić.“
„Powiedz mi,“ zagadnął mały poganin, „co to za brzydkie wężysko, na którym Marya stoi? Czy Ona lubi węże?“
„Wcale nie,“ odparł Piotr, „wężem jest szatan kusiciel, który czycha na ludzi i nakłania ich do grzechu, aby ich strącić do piekła. Matka Boża zmiażdżyła łeb węża, jak widzisz. Zaszkodzić on nam nie może, jeśli błagać będziemy Matkę Jezusa o pomoc.“
„Uczynię to,“ rzekł szybko Arumugam, „ale czyż ona mi pomoże, kiedy jestem Hindusem i niechrześcijaninem?“
„Jak najpewniej,“ zawołał Piotr, „nie odmawia nikomu pomocy, kto się do Niej udaje.“
„W takim razie jest Ona o wiele lepszą i potężniejszą od Bramy,“ odrzekł zamyślony Arumugam. „Brama bowiem nie ma władzy nad wężami i nie wszystkim pomaga. Ale przypomina mi się, co mi oświadczył Ojciec Franciszek, że darowałeś mi piękną muszlę ze święconą wodą. Dziękuję ci, Piotrze; powiedz tylko, co znaczy mężczyzna ze słoniowej kości z wysoką czapką na głowie!“
„Jestto kapłan żydowski. Wszakże wiesz może, że religia żydowska była poprzedniczką i wzorem wiary chrześcijaństwa, a jak żydowscy kapłani musieli przed ofiarą ręce umywać, tak i my przed pracą i modlitwą czyścimy wodą święconą duszę z plam i ze zmaz. Mów tylko zawsze: w imię Ojca, i Syna i Ducha świętego; oczyść mnie Boże, krwią Swego Syna od wszelkiego grzechu i uchroń mnie od niebezpieczeństw grożących ciału i duszy.“
„Jakiż przy tem,“ pytał Arumugam, „czy — nisz znak na sobie ręką?“
„Jest to znak Krzyża świętego,“ szepnął z cicha Piotr. „Uważąj, trzeba to tak czynić.“ Pochwyciwszy Arumugama za rękę przytknął ją do czoła, piersi i ramion. „Tak, powtórz to jeszcze,“ dodał. W tem zadzwoniono, a Piotr zawołał: „Pójdź, już czas do szkoły.“
Pędem pospieszyli nowi przyjaciele przez ogród i weszli na schody, gdzie ich oczekiwał O. Franciszek, aby Arumugamowi wy — znaczyć ostatnie miejsce w klasie. Misyonarz namyślił się przez chwilę, wreszcie posadził nowego ucznia obok „dzikiego Pietrka.“ Ten zaczerwienił się z radości, a gdy Ojciec Franciszek się przeżegnał, aby odmówić modlitwę przed nauką, potrącił Pietrek swego sąsiada i szepnął mu: „Arumugamie, czyń to, co ja.“
Arumugam spojrzał na niego i złożył ręce na piersiach. Uczynił też i znak Krzyżaświętego, ale w roztargnieniu w pół prawicą, w pół lewicą. Chłopcy na tylnych ławach poczęli szeptać w radości: „Już się żegna, z pewnością będzie z niego chrześcijanin. “
„Tak jest,“ rzekł jeden z malców, „ale żegna się obiema rękoma, a to nic nie znaczy.“
„Ach, nie bredź lada czego!“ odmruknęli inni, a O. Franciszek musiał spojrzeniem nakazać milczenie.
Podczas nauki historyi biblijnej przysłuchiwał się Arumugam z tak natężoną uwagą, ie O. Franciszek serdecznie się cieszył.
Pierwszy tydzień minął Arumugamowi wśród zajęć, modlitw i gier tak szybko i wesoło, jakby jakie święto. Gdy radża w końcu tygodnia przybył na słoniu do kolegium, aby syna na kilka godzin sprowadzić do domu, Arumugam rzucił się z głośnym wykrzykiem w jego ramiona i zawołał:
„Ojcze, ojcze, jakże szczęśliwym jestem! Dziękuję ci, żeś mnie oddał do kolegium. Wystaw sobie, że już mam dwunastu przyjaciół, a może i więcej; gdyż wszyscy okazują mi serdeczną życzliwość. Kocham ich też daleko więcej, niż mego głupkowatego kuzyna Dobrę, który mi niedawno zdarł ze szyi naszyjnik z perłami dlatego, że był piękniejszy. Tego moi nowi koledzy nie czynią. Są wszyscy dla mnie uprzejmi. Ale ojcze, zapomniałem zapytać cię, jak się masz, czy zdrowe siostry, i młode słoniątko? Ojcze, nie umiem ci opisać, jak się czuję szczęśliwym.“
Radża śmiał się serdecznie z potoku słów syna i rzekł: „Trzeba ci przyznać, chłopcze, tak szybko szczebiocesz, iż nie mogę wcale przyjść do słowa.“
„Ojcze,” mówił Arumugam, „uczymy się i milczeć co dzień od 8 — 12 z rana, po południu zaś od 2-4, i od 5-7,“ (t.j. podczas nauki).
„A wieczorem,“ wtrącił radża z uśmiechem, „od 8 do 8 z rana,“ (podczas snu.)
„Wcale nie,“ rzekł Arumugam, potrząsając poważnie głową, „tak późno nie wstajemy, bo nie otrzymalibyśmy śniadania. Ojciec Franciszek mówi, że kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje.“
„Miło mi to słyszeć,“ mówił radża, ale powiedzie mi teraz, czegoś się już dotychczas nauczył!“
„Dwa razy dwa cztery, trzy razy trzy dziewięć, cztery razy cztery szesnaście, pięć razy pięć dwadzieścia pięć, sześć razy sześć trzydzieści sześć,“ krzyczał Arumugam coraz głośniej, wyciągając dziesięć palcy i zakończył: „dziesięć razy dziesięć jest sto.“
„A do licha chłopcze, umiesz już więcej odemnie!“ zawołał radża.
„Więcej nawet, niż mój głupi kuzynek Dobra,“ dodał Arumugam z pewnym odcieniem dumy. „Umiem już cokolwiek po angielsku: „My father is good, my mother is good, and my sisters are good, and I am also very good.“
Radża się śmiał, ale naraz spoważniawszy, zapytał syna: „Powiedz mi teraz Arumugamie, czy cię już uczono religii chrześcijańskiej i czy cię zaprowadzono na nabożeństwo?“
„Ani myśli!“ szepnął z cicha Arumugam. „Do kościoła wolno tylko chrześcijanom chodzić. Podsłuchiwałem pode drzwiami. Nie masz pojęcia, ojczulku, jak pięknie uczniowie śpiewają, ale cóż mi z tego? Nic nie rozumiałem. Potem wszyscy się głośno modlą. Wystaw sobie ojcze, co za dziwactwo! Chrześcijanie modlą się, aby Królestwo niebieskie zstąpiło na ziemię, a potem proszą o chleb powszedni; ale o inne potrawy, lepsze od chleba wcale nie proszą. Czyż to nie niedorzeczność?“
Radża się śmiał, aż mu łzy w oczach stanęły.
Potem chłopiec tak dalej mówił: „Ojcze, chrześcijanie są bardzo zadłużeni, więcej może od radży Barody, o którym niedawno wspominałeś, że ma więcej długów niż włosów na głowie.“
„Oho,“ zawołał zdziwiony radża, „jakże się o tem dowiedziałeś?“
„Z pacierza ich,“ rzekł chłopiec, „zdaje mi si, iż proszą Boga, aby ich długi popłacił.“
„Przestań chłopcze, bo umrę ze śmiechu,“ zawołał radża.
„Nie śmiej się ojczulku, bo niema z czego,“ rzekł Arumugam. „Tak jest rzeczywiście. Wiem ja jeszcze coś, ale nie powiem nikomu.“
„Ojcu przecież powiedzieć możesz.“ „Powiem, ale ty nie gadaj o tem nikomu,“ rzecze Arumugam, podniósłszy palec do góry.
„Nie,“ przyrzekł radża, „cóż to takiego?“
„Widzę, że chrześcijanie chorują na brzydką i wielce niebezpieczną chorobę.“
„Cóż to takiego?“ zawołał przerażony radża. „Czyż w kolegium grasuje zaraza?“
„Nie,“ odpowiedział Arumugam, „nie w samem tylko kolegium. Ojciec Franciszek miał niedawno kazanie. Słyszałem pode drzwiami, jak mówił, że wszyscy mają niebezpieczną chorobę, tak zwany grzech pierworodny. Ale czemuż się znowu śmiejesz, ojcze? Nie śmiejże się, bo mówię prawdę; wszyscy cierpią na grzech pierworodny i dlatego też pewnie szczepią małe dzieci.“
Gdy radża ciągle jeszcze trząsł się od śmiechu, Arumugam się uraził i uczuł w sobie wstyd, pomiarkowawszy, że powiedział jakieś głupstwo. Ale jeszcze więcej się zawstydził, gdy ojciec w domu powiedział wszystko, co mu chłopiec powiedział, wobec krewnych, i ci takie śmiać się poczeli. Biednemu Arumugamowi zepsuła się cała uciecha. Postanowił odtąd nie opowiadać, co się dzieje w szkole. Ojciec zaś odzyskał całkowitą spokojność, tak rozumując: „jeżeli chrześcijanie uczą chłopca takich niedorzeczności, nie ma obawy, aby kiedyś został chrześcijaninem.“ Sam zaś postanowił nie przyznać się do tego, że się tego lękał.
Było to rzeczywistem zrządzeniem Bożem, że odtąd Arumugam taił się ze swojem obznajmieniem się z nauką wiary. Gdy bowiem później poznał całą piękność i prawdę nauki Chrystusowej i pełnił jej przykazania, nigdy o tem w domu nie mówił, a skoro go pytano, dawał odpowiedzi wymijające, aby nie być wystawionym na śmiech. Te pierwsze odwiedziny domu miały i ten dobry skutek, że Arumugam z chęcią wracał do O. Franciszka i kolegów, gdzie go nikt nie wyśmiewał. Tu się czuł szczęśliwym i zadowolonym, uczył się pilnie, postępował w nauce i zyskiwał co — raz większą miłość i poważanie. Gdy w końcu roku szkolnego, przy wydzielaniu premii,uzyskał pierwszą nagrodę, radża dumny z takiego syna postanowił nie odbierać chłopca ze szkoły, póki jej całkowicie nie ukończy.


∗             ∗

Minęło lat pięć. W tym czasie wyrósł Arumugm na krzepkiego i dorodnego młodzieńca i tak wielkie uczynił postępy we wszystkich naukach, ze gubernator angielski powinszował radży tak dobrze wykształconego syna i obiecał wyjednać mu wysoki urząd w zarządzie Indyi, skoro tylko złoży egzamin. Ale Arumugam wykierował się na coś więcej, aniżeli tylko na dobrego i wykształconego ucznia, był bowiem zacnym i cnotliwym młodzieńcem. Winien to był łasce, jaka w duszy jego działała od pierwszego dnia wstąpienia do kolegium. Rychło on odgadł, że wiara chrześcijańska jest jedynie prawdziwą. Pewnego dnia prosił O. Franciszka o pozwolenie przypatrzenia się katolickiemu nabożeństwu w kaplicy. Ksiądz odpowiedział mu:

„Synu, nie mogę ci wzbronić, jeśli tego pragniesz, ale zapytaj poprzednio ojca!“ Arumugam tego nie uczynił, lecz poszedł na własną odpowiedzialność na Mszę i kazanie; wiedział bowiem, że ojciec natychmiast by go odebrał z kolegium, czego się przedewszystkiem obawiał. Dopóki był młodszym, uczył go przyjaciel Piotr prawd Wiary św., gdy z wiekiem stał się pojętniejszym, brał książki traktujące o chrześcijaństwie z biblioteki i sam się uczył.
O. Franciszek sam się dziwił, jak potężniedziała łaska w sercu tego nieochrzconego i niewinnego poganina; Arumugam był bowiem wzorem czystości dziecięcej, pokory, posłuszeństwa, skromności, a mianowicie miłosierdzia względem ubogich. Ilekroć ujrzał żebraka na ulicy, biegł do O. Franciszka i prosił o pozwolenie udzielenia mu jałmużny. Wszystko, co posiadał, chciał porozdawać, tak iż ksiądz musiał go czasem napomnieć, aby nie przekraczał granic szczodrobliwości.
Pewnego razu ujrzał przed gmachem szkólnym syna biednego roznosiciela wody, który zaopatrywał kolegium codziennie w świeży napój. Biedaczek ten był przepasany lichą chuściną około bioder i stał z gołą głową na skwarnem słońcu. Arumugam pobiegł do swej izdebki, porwał spodzienki, surducik i słomiany kapelusz i rzucił mu to oknem pod nogi. Chłopczyna spojrzał do góry i podziękował za dobrodziejstwo. Nie poprzestał na tem ojciec chłopca i pobiegł do O. Franciszka, aby i temu oświadczyć swą wdzięczność. O. Franciszek odgadł natychmiast, kto to uczynił i rzekł do rozwoziciela wody, członka najniższej wzgardzonej kasty Pariasów:
„Poczciwy człecze, ten dar pochodzi od syna radży; módlcie się za niego, gdyż jest jeszcze poganinem.“
Jak wiernie wykonywał Arumugam przepisy Kościoła św., smucił się jednak, że nie mógł razem z drugimi przystępować do Sakramentów św. Gdy skończył lat 17, przyszedł do O. Franciszka i zapytał go:
„Ojcze, cóż powinienem czynić, ażeby dostąpić Chrztu świętego.
Wzruszony do żywego kapłan, przeczuwał, że zbliża się stanowcza dla chłopca godzina i rzekł ze łzami w oczach:
„Kochany synu, jeśli chcesz wyznawać Chrystusa i przyjąć Chrzest św., trzeba ci się zwierzyć z tem ojcu, a potem...” Tu utknął kapłan; zrozumiał go Arumugam i dokończył: na potem — wszystko stracić.“
To rzekłszy, wyszedł Arumugam do kaplicy, gdzie długo klęczał przed ołtarzem zatopiony w modlitwie. O. Franciszek pomyślał sobie z boleścią: „Biedny młodzieńcze! Żebracze dziecię możnaby spokojnie ochrzcić, a niktby temu się nie oparł. Ty — syn księcia, musisz drogo okupić chrzest, szczęście i swobodę wiary.” Takie było istotne położenie rzeczy. Gdyby Arumugam dał się ochrzcić, wyparłaby go się cała rodzina i cała kasta, straciłby majątek i wszystko, co może stanowić powab dla serca młodzieńczego. Trudna to była walka, Arumugam chodził dni kilka smutny i osowiały. Wtem zaszło zdarzenie, które za łaską Bożą stanowczo wpłynęło na dalsze jego losy.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: anonimowy.