Ania na uniwersytecie/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania na uniwersytecie
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo Arcydzieł Literatur Obcych RETOR
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zrzeszenia Samorządów Powiatowych
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Janina Zawisza-Krasucka
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ IX.
Lepszy przyjaciel, niż konkurent.

Następny semestr redmondski minął tak samo szybko, jak pierwszy. Nawet zdaniem Izabelli „przeleciał, jak z bicza trzasnął“. Ania pamiętała jednak dokładnie wszystkie przejawy tego okresu — współzawodnictwo przy egzaminach, zawieranie nowych znajomości i przyjaźni, udział w rozmaitych towarzystwach, do których należała, nowe cele i nowe zainteresowania. Pilnie pracowała, pragnąc uzyskać stypendjum Thorburna. Gdyby jej się to udało, mogłaby na przyszły rok nie korzystać z pomocy Maryli, co sprawiłoby jej niezwykłą satysfakcję.
Również Gilbert ubiegał się o otrzymanie tego stypendjum, znajdował jednak zawsze chwilę wolnego czasu na odwiedziny swych przyjaciółek w pensjonacie przy ulicy św. Jana. Pomocny był Ani we wszystkich sprawach na uniwersytecie, choć Ania zdawała sobie sprawę, że plotkarze uniwersyteccy od pewnego już czasu kojarzą jakoś razem nazwisko jej z nazwiskiem Gilbert‘a. Niestety, nie mogła temu zaradzić. Przecież trudno było wyzbyć się takiego przyjaciela, jak Gilbert, szczególnie, że ostatnio postępował rozumnie, chociaż musiał zwalczać liczne współzawodnictwo, bo naogół Ania, dzięki swej niepospolitej urodzie, bardzo się podobała studentom redmondskim. W duszy jej jednak nie było tego pragnienia, jakie zazwyczaj cechowało Izabellę, która najlepiej się czuła w otoczeniu licznych i łatwych zdobyczy. Poza nowicjuszami zdarzali się i starsi studenci, a nawet jeden, prawie absolwent, którzy chętnie odwiedzali pensjonatowy pokój Ani i prowadzili z nią długie dysputy na tematy życiowe i abstrakcyjne. Gilbert nie lubił tych swoich rywali, ale mimo wszystko starał się postępować oględnie, aby nie naderwać znowu swych przyjacielskich stosunków z Shirleyówną. Postanowił być teraz tylko dawnym towarzyszem szkolnym z Avonlea, bo wiedział, że w tej roli zwycięży każdego romantycznego rywala. Ania przyznawała w duszy, że nie można było znaleźć milszego towarzysza od Gilbert‘a. Pozornie radowała się, że dawny stosunek Gilbert‘a do niej uległ pewnej zmianie na lepsze, chociaż w chwilach samotności niejednokrotnie myślała o tem, jaka była właściwa przyczyna tej zmiany.
Miłą przyjacielską atmosferę pierwszego roku w Redmondzie popsuło jedno niemądre zdarzenie. Oto pewnego razu, rozsiadłszy się na nieszczęsnej poduszce panny Ady, Karol Slone zagadnął Anię, czy chciałaby kiedyś zostać jego żoną. Dzięki temu, że wyznanie Karola poprzedziły dziwne oświadczyny Janki Andrews w imieniu jej brata, Ania tę drugą propozycję przyjęła już spokojniej i bez specjalnego niesmaku. Uważała jednak, że wystąpienie Karola Slone było całkiem nie na miejscu, bo mimo długich lat znajomości, postępowaniem swem nigdy, nawet mimowoli, nie dała mu ani cienia nadziei. Ale czego można było żądać od przysłowiowego Slone? Napewno takie pytanie zadałaby pani Małgorzata, uśmiechając się przytem ze złośliwą ironją. Najprawdopodobniej Karol w duszy był przeświadczony, że Ania powinna go przyjąć z otwartemi ramionami, bo przecież propozycją swą okazywał jej wielki zaszczyt. Wrodzona natura Slone‘ów wzięła i tym razem górę, bo gdy Ania na propozycję odpowiedziała całkiem kategoryczną odmową, Karol nie postąpił tak szlachetnie, jak to czynili owi konkurenci, wyśnieni w dziewczęcych marzeniach Ani. Rzucił kilka niemiłych słów, na które iskierka buntu zatliła w duszy dziewczyny, chwycił kapelusz i z posiniałą twarzą wybiegł bez pożegnania. Ania padła na łóżko i z gniewu poczęła płakać. Czemże zasłużyła na takie postępowanie jakiegoś tam Slone‘a? Czy Karol miał prawo uczynić jej taką przykrość? Z dwojga złego, przyjemniej już być rywalką takiej Naci Blewett!
— Pragnęłabym nie widzieć więcej tego nieprzyjemnego człowieka, — szlochała z twarzą ukrytą w poduszkach.
Niestety trudno było nie spotkać się z Karolem, chociaż on ostentacyjnie unikał wszelkiego zbliżenia. Tylko poduszki panny Ady odpoczęły nieco, bo Ania spotykała Karola jedynie przypadkowo w wykładowych salach uniwersytetu i bardzo chłodno odpowiadała na jego oficjalny ukłon. Stosunki takie trwały przez całą zimę. W końcu Karol zapłonął żywszem uczuciem do jakiejś młodziutkiej jasnowłosej studentki, która zapał jego przyjęła z ochotą. Jednocześnie z tym nowym porywem, w duszy jego zrodziło się przebaczenie dla Ani i stał się w stosunku do dawnej przyjaciółki nieco mniej chłodny.
Pewnego dnia Ania wbiegła podniecona do pokoju Priscilli.
— Czytaj! — zawołała, podsuwając trzymany w ręku list. — Od Stelli, zamierza w przyszłym roku przyjechać na uniwersytet, cóż ty na to? Sądzę, że pomysł wspaniały, obyśmy tylko mogły go urzeczywistnić. Jak ci się zdaje, Prissy?
— Muszę się przedtem dowiedzieć, o co idzie, — odparła Priscilla ze spokojem, odkładając grecką książkę i sięgając po list. Stella Maynard była również koleżanką Ani i Priscilli z czasów seminaryjnych, a ostatnio sprawowała urząd nauczycielki w jednej ze szkół wiejskich.
„Pragnę na pewien czas porzucić swoje zajęcie“, pisała, „i chcę w przyszłym roku przyjechać do Redmond‘u. Ponieważ ukończyłam trzeci kurs seminaryjny, przysługuje mi prawo wstąpienia odrazu na drugi kurs uniwersytecki. Na teraz mam już dość tego spokojnego życia wiejskiego. Mogłabym nawet napisać powieść o życiu wiejskiej nauczycielki. W powieści tej nie byłoby ani odrobiny przesady. Zdaniem opinji ogółu, życie nauczycieli wiejskich płynie beztrosko i zasadniczo obowiązki nasze ograniczają się do pobierania pensji. W książce mojej zamierzam przedstawić to wszystko prawdziwie. W szkole, którą prowadzę, jest dziewięć oddziałów i wszędzie ja sama muszę wykładać. Najmłodszy mój uczeń ma dopiero cztery lata i przysyłają go do szkoły, żeby w domu był spokój. Najstarszy ma już lat dwadzieścia, uważa, że o wiele przyjemni ej szem zajęciem jest odrabianie lekcji, niż uprawa roli.
„Powinnaś, Aniu widzieć te listy! Matka jednego z uczniów czyni mi wymówki, że w arytmetyce syn jej nie robi żadnych postępów. Zaledwie umie dodawać, gdy tymczasem Janek Jackson rozwiązuje już zadania na ułamki, a przecież jej syn jest o wiele zdolniejszy od Janka. Ojciec jednej z uczennic zapytuje mnie dlaczego jego córka pisze listy nieortograficznie. Ciotka Zyzia prosi, abym go przesadziła na inną ławkę, bo sąsiad jego dotychczasowy, mały Brown, uczy go bardzo brzydkich słów.
„Strona materjalna... o tem lepiej nie mówić. Bogowie karzą ludzi w ten sposób, że ich robią nauczycielami wiejskimi!
„Czuję się jakoś lepiej, gdy się przed tobą wygadałam. W każdym razie te dwa lata pracy jakoś się przeżyło. Jednakże za wszelką cenę muszę przyjechać do Redmond‘u.
„Ułożyłam sobie maleńki plan. Wiesz, jak nie lubię pensjonatów. Przez cztery lata mieszkałam w pensjonacie i takiego życia mam już dosyć. Więcej bym na to nie przystała. Czy nie mogłybyśmy razem z tobą i z Priscillą wynająć jakiegoś domku w Kingsporcie, żeby mieć własne gospodarstwo? Uważam, że i oszczędność byłaby wielka. Oczywiście musimy mieć kogoś do prowadzenia gospodarstwa, lecz ja i o tem już pomyślałam. Mówiłam ci kiedyś o ciotce Jakobinie, prawda? Jest to najmłodsza z ciotek na świecie, chociaż ma imię takie potworne. Ojciec jej nazywał się Jakób, a ponieważ zginął jeszcze przed jej urodzeniem, ona otrzymała to imię w spadku. Nazywamy ją wszyscy ciotką Kóbcią. Biedaczka została zupełnie sama, bo jedyna jej córka wyszła niedawno zamąż i wyjechała. Ciotka Kóbcia z wielką ochotą zostanie naszą gospodynią, a jestem pewna, że z pierwszego wejrzenia przypadnie wam do gustu. W takich warunkach żyłoby się o wiele spokojniej i wszystkie trzy mogłybyśmy korzystać ze swobody.
„Jeżeli więc obydwie z Priscillą przyjmujecie moją propozycję, zajmijcie się zaraz wyszukaniem jakiegoś odpowiedniego mieszkania. Uważam, że lepiej rozejrzeć się teraz, bo jesienią może być wszystko zajęte. Prosiłabym was o szybką decyzję i odpowiedź chociażby ze względu na ciotkę Jakóbinę, żeby się biedaczka przestała martwić“.
— Doskonały pomysł, — zauważyła Priscilla.
— I ja tak myślę, — uśmiechnęła się Ania uradowana. — Wprawdzie pensjonat nasz jest całkiem miły, ale zawsze to nie własny dom. Dobrzeby było jeszcze przed egzaminami zająć się poszukiwaniem jakiegoś mieszkania.
— Wątpię jednak, czy to się nam uda. Wszystkie eleganckie domy będą dla nas za drogie. Chyba, że wynajmiemy jakiś domek na jednej z dalszych uliczek.
Nie zwlekając dłużej, wybrały się na poszukiwania, lecz rychło doszły do wniosku, że przypuszczenia Priscilli były zupełnie słuszne. Wprawdzie wolnych mieszkań w Kingsporcie było dosyć dużo, ale przeważnie żądana zapłata była zbyt wygórowana dla naszych przyjaciółek. Wreszcie nastał czas egzaminów, a potem ostatni tydzień semestru. Jednakże ów „Dom Marzeń“, jak go Ania nazwała, był jeszcze ciągle tylko abstrakcją.
— Trzeba będzie zaczekać do jesieni, — oznajmiła Priscilla, spacerując z Anią po parku podczas kwietniowej słonecznej pogody. — W najgorszym razie zawsze się będzie można zatrzymać w pensjonacie.
— Słońce tak ładnie świeci, że nie chce mi się myśleć o smutnych rzeczach, — szepnęła Ania, spoglądając z zachwytem na czysty lazur nieba.
— Dzięki Bogu, że jesteśmy już po egzaminach, — wtrąciła Priscilla. — Za tydzień będziemy w domu.
— Ogromnie się cieszę, myśląc o tem, — szepnęła Ania drżącym głosem. — Chciałabym teraz siedzieć na stopniach naszego ganku i rozkoszować się powiewem wiosennego wietrzyka, płynącym z pól pana Harrisona. Chciałabym pobiec do Lasu Duchów i zbierać fiołki w zapadłej dolince. Pamiętasz nasz wspaniały piknik, Prissy? Jakże przyjemnie w takie wiosenne wieczory przysłuchiwać się rechotowi żab nad stawem. Ale jednocześnie muszę przyznać, że bardzo polubiłam Kingsport i jestem zadowolona, że na jesieni znów tu powrócę. Gdyby nie stypendjum, prawdopodobnie nie mogłabym sobie na to pozwolić, bo przecież trudno byłoby korzystać nadal z dobroci Maryli.
— żeby tylko znaleźć jakieś mieszkanie, — westchnęła Priscillą. — Kingsport jest taki rozległy, a dla nas, biednych studentek, niema odpowiedniego kąta.
— Zaczekaj, Prissy. „To lepsze jeszcze nastąpi“. Kierujmy się zasadą starożytnych Rzymian, jeśli nie znajdziemy odpowiedniego schroniska, to je sobie wybudujemy. W taką piękną pogodę trudno wierzyć w niepowodzenie.
Aż do zachodu słońca chodziły po parku, zachwycając się cudem rozbudzonej przyrody. Oczywiście, jak zwykle w powrotnej drodze do domu, postanowiły pójść aleją Spofford‘a, aby spojrzeć raz jeszcze na „Ustronie Patty“.
— Mam przeczucie, że coś miłego stanie się za chwilę, — rzekła Ania, wchodząc w aleję. — Ogarnia mnie dziwne podniecenie. Prissy, spójrz tam, czy mi się w głowie mąci?
Wzrok Priscilli podążył za spojrzeniem Ani. Przeczucia Ani i tym razem jej nie zawiodły, bo oto na bramie „Ustronia Patty“ widniał następujący napis:
„Do wynajęcia dom umeblowany. Wiadomość na miejscu“.
— Prissy, — szepnęła Ania, — czy sądzisz, że to by było dla nas możliwe?
— Bardzo wątpię, — westchnęła Priscillą. — To ogłoszenie jest zbytnio zachęcające, aby nasz plan mógł się kiedyś urzeczywistnić. W obecnych czasach nie istnieją cudy, o których się czyta w książkach. Wolę nie mieć nadziei, Aniu, bo później rozczarowanie byłoby zbyt bolesne. Napewno czynsz będzie dla bas za wysoki. Nie zapominaj, że to aleja Spofford‘a.
— Ale należałoby się dowiedzieć, — postanowiła Ania z powagą. — Dzisiaj jest już trochę za późno, więc przyjdziemy jutro. Och, Prissy, żeby się to ziściło! Już oddawna marzyłam o tem, aby przepędzić w „Ustroniu Patty“ choć jeden dzień swego życia.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Janina Zawisza-Krasucka.