Ania na uniwersytecie/Rozdział VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania na uniwersytecie
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo Arcydzieł Literatur Obcych RETOR
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zrzeszenia Samorządów Powiatowych
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Janina Zawisza-Krasucka
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ VIII.
Pierwsza propozycja.

Stary rok w ostatnim swym dniu nie pozostawił po sobie wspomnienia pogodnego zachodu słońca, bo minął przy akompanjamencie śnieżnej zawiei i złowrogich podmuchów wiatru. Przez całą noc wiatr wył ponad zamarźniętemi łąkami i wciskał się nawet do najmniejszych szczelin, a chwilami uderzał groźnie w szyby okienne.
— W takie noce ludzie kulą się pod kołdrami i liczą w ciemnościach wszystkie dobre uczynki, jakie w życiu popełnili, — mówiła Ania do Janki Andrews, która odwiedziła ją po południu i z powodu zawiei śnieżnej miała pozostać na noc. Lecz gdy one same skuliły się już pod kołdrami w małym pokoiku na facjatce, Janka zajęta była zupełnie innemi myślami.
— Aniu, — zaczęła uroczyście, — chciałam ci coś powiedzieć. Można?
Ania była zmęczona nieco po wczoraj szem przyjęciu, które urządziła Ruby Gillis. Wołałaby teraz raczej spać, niż wysłuchiwać zwierzeń Janki, bo zgóry już przewidywała, że będą bardzo nudne. W danej chwili nie potrafiła przewidzieć na jaki temat będą te zwierzenia. Może i Janka była już zaręczona, bo o Ruby Gillis krążyły pogłoski, że zaręczyła się potajemnie z nauczycielem ze Spencervale, w którym kochały się prawie wszystkie dziewczęta z okolicy.
— Wkrótce ja tylko będę wolną istotą z całej naszej czwórki, — pomyślała Ania sennie, a głośno rzekła: — Ależ naturalnie.
— Aniu, — odezwała się po chwili Janka tym samym uroczystym tonem, — co myślisz o moim bracie Billy‘m?
Ania w zdumieniu otworzyła szeroko usta, zaskoczona tem dziwnem pytaniem. Na samą myśl wzdrygnęła się mimowoli. Cóż ona mogła myśleć o Billy‘m Andrews? Nigdy specjalnie o nim nie myślała. Wydawał jej się zawsze bardzo poczciwy i trochę głupi. Czy wogóle ktokolwiek mógł się nad nim zastanawiać?
— Janko, ja... ja nie rozumiem, — wyjąkała. — Co chciałaś przez to powiedzieć?
— Czy lubisz mego brata? — zapytała Janka.
— No... naturalnie, lubię go, — wyszeptała Ania, namyślając się nad tem, czy w danej chwili mówi prawdę. Przecież trudno powiedzieć, że go nie lubi. Ale zasadniczo, czy uczucie którem darzyła Bill‘a można było nazwać „lubieniem“? Właściwie o co Jance chodziło?
— A czy podobałby ci się jako mąż? — pytała Janka ze spokojem.
— Jako mąż! — Ania usiadła na łóżku, ażeby łatwiej stłumić swoją prawdziwą opinję o Billy‘m Andrews. Potem opadła znowu na poduszki, tracąc na chwilę oddech.
— Jako czyj mąż?
— Oczywiście twój, — odparła Janką. — Bill pragnie cię poślubić. Zawsze podobałaś mu się ogromnie. Ostatnio ojciec przepisał na jego imię jeden z folwarków, więc niema już żadnych przeszkód do zawarcia małżeństwa. Ale wiesz jaki on jest nieśmiały, więc prosił mnie, abym cię o to w jego imieniu zapytała. Z początku nie chciałam na to przystać, lecz tak mnie długo prosił, że mu przyrzekłam zapytać cię przy pierwszej sposobności. I cóż ty na to, Aniu?
Czyżby śniła? Nie, to nie była senna mara, bo przecież leżała w swojem łóżku, zdając sobie dokładnie sprawę, co się dokoła niej działo. Tuż obok leżała Janka! i oświadczała się jej teraz w imieniu swego brata. Ania nie wiedziała zupełnie, czy ma się śmiać, czy płakać, ale przecież nie chciała urazić przyjaciółki.
— Nie... nie zostanę żoną Billy‘ego, — wyszeptała po chwili — poprostu nigdy mi to na myśl nie przyszło.
— Zupełnie zrozumiałe, — odparła Janka. — Brat mój jest taki nieśmiały, że trudno posądzać go o jakieśkolwiek uczucie. Teraz powinnaś pomyśleć o tem, Aniu, bo to bardzo poczciwy chłopiec. Nie twierdzę tak dlatego, że jest moim bratem. Sama wiesz dobrze, że jest pracowity i nierozkapryszony. Pozatem będzie bardzo dobrym mężem. Znasz przysłowie, że lepszy wróbel w garści, niż kanarek na dachu. Billy poczeka nawet na ciebie, aż skończysz uniwersytet, chociaż zasadniczo postanowił się ożenić na wiosnę, bo latem zawsze jest mało czasu. Jestem pewna, że byłabyś z nim szczęśliwa, a i ja bardzobym się cieszyła mając taką bratową.
— Nigdy nie zostanę żoną Billy‘ego, — rzekła Ania z przeświadczeniem, odzyskała już bowiem utraconą równowagę i gniewały ją teraz bezmyślne słowa Janki. Wogóle to wszystko wydało jej się dziwnie niesmaczne.
— Naprawdę, Janko, lepiej o tem nie myśleć. Powiedz swemu bratu, że nie istnieje on dla mnie jako mężczyzna.
— Byłam pewna, że otrzymam ód ciebie taką odpowiedź, — rzekła Janka z głębokiem westchnieniem, pocieszając się w duszy, że uczyniła wszystko, co było w jej mocy. — Odrazu mówiłam Billy‘emu, że lepiej cię o to wcale nie pytać, ale on się uparł. Więc odpowiedź twoja nie ulegnie nigdy zmianie? Aniu, żebyś potem nie żałowała.
Głos Janki był teraz chłodniejszy, bo chociaż zdawała sobie dokładnie sprawę, że Ania nie zgodzi się nigdy zostać żoną Billy‘ego, to jednak według niej Shirleyówna była przecież tylko przygarniętą sierotą. Jakże więc śmiała odtrącić bogatego potomka rodziny Andrewsów? Janka pocieszała się tylko tom, że Ania kiedyś będzie żałować tego postanowienia.
— Mam nadzieję, że Billy niebardzo się zmartwi moją odmową, — odezwała się Ania pojednawczo po chwili.
Janka odrzuciła dumnie w tył głowę.
— O, serca mu napewno nie złamałaś, bo Billy jest za mądry na to, aby się miał przejmować takiemi błahostkami. Zresztą bardzo polubił Nacię Blewett i matce ona się także bardzo podoba. Wiesz przecież, jaka Nacia jest gospodarna i oszczędna. Mam nadzieję, że Billy zwróci się teraz do Naci. Aniu, bardzo cię proszę nie powtarzaj nikomu tej naszej dzisiejszej rozmowy, dobrze?
— Ależ chętnie, — uśmiechnęła się Ania, bo sama wołała nie rozgłaszać tej dziwnej propozycji i tego, że dostała na chwilę mimowolną rywalką Naci Blewett.
— A teraz postarajmy się zasnąć, — oświadczyła Janka.
Istotnie Janka po niedługiej chwili usnęła, nie bacząc na to, że swem niemądrem paplaniem wybiła zupełnie ze snu swą przyjaciółkę. Ania leżała z otwartemi oczami, lecz myślami daleko teraz odbiegła od romantyzmu. Dopiero nazajutrz rano przezwyciężyła się do tego stopnia, że na wspomnienie dziwnych nocnych oświadczyn, zdobyła się na wesoły uśmiech.
Po odejściu Janki, która zachowała ten dziwny chłód w stosunku do przyjaciółki, Ania zamknęła się w swoim pokoju i zaczęła spokojnie myśleć o zdarzeniu ostatnich godzin.
— Żebym chociaż mogła komuś o tem opowiedzieć! — wzdychała. — Niestety, nie wolno mi. Nawet Dianie nie mogę powiedzieć, bo przyrzekłam Jance dyskrecję, a Diana ostatnio opowiada o wszystkiem Alfredowi. Czyli tej nocy oświadczono mi się po raz pierwszy. Byłam przygotowana, że prędzej czy później musi to nastąpić, ale nie miałam pojęcia, że tego rodzaju sprawy załatwia się przez pośredników. Należałoby patrzeć na to ze śmiesznej strony, a jednak wspomnienie rozmowy z Janką sprawia mi dziwną przykrość.
W głębi duszy doskonale zdawała sobie sprawę, co ją raziło, w tych dziwnych oświadczynach. W dziecięcych swych marzeniach widziała już niejednokrotnie tego wyśnionego, który zwróci się do niej, prosząc aby została jego żoną. Ale ten wymarzony czynił to w inny i bardziej romantyczny sposób, przytem był bardzo piękny i wymowny, chociaż ona sama jeszcze nie była zdecydowana czy odpowie mu cichutkiem: tak, czy też da mu zupełną odprawę. W każdym razie nawet w wypadku odmowy, na pewno pozostaliby nadal serdecznymi przyjaciółmi, a na przyszłość przeżycie to pozostałoby w duszy dziewczyny najpiękniejszem wspomnieniem z lat młodości.
Tymczasem oświadczyny Billyego Andrews były raczej śmieszne i niesmaczne. Ania mimowoli westchnęła głęboko, lecz zaraz po chwili roześmiała się serdecznie. Jakaś nielitościwa dłoń zerwała biały kwiatek z ogródka naiwności dziewczęcej. Czy to przykre uczucie w sercu pozostanie już aż do chwili, kiedy Ania zacznie patrzeć na życie bardziej bezpośrednio i prozaicznie?



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Janina Zawisza-Krasucka.