Ania na uniwersytecie/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Ania na uniwersytecie
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo Arcydzieł Literatur Obcych RETOR
Data wydania 1930
Druk Drukarnia Zrzeszenia Samorządów Powiatowych
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Janina Zawisza-Krasucka
Tytuł orygin. Anne of the Island
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ X.
Ustronie Patty.

Nazajutrz wieczorem Ania i Priscilla zdecydowanym krokiem weszły do małego ogródka, okalającego upragniony domek. W wysokich sosnach, tuż przy domku, lekki wietrzyk kwietniowy zdawał się wyśpiewywać jakąś zawodzącą melodję. Dziewczęta pociągnęły za dzwonek, wiszący u drzwi wejściowych i zaraz po chwili zetknęły się ze starą, mrukliwą pokojówką. Drzwi naprzeciw prowadziły do obszernej bawialni, gdzie przy wesołym ogniu, płonącym na kominku siedziały dwie starsze damy o niemiłym wyrazie twarzy. Jedna z nich mogła mieć lat siedemdziesiąt, druga pięćdziesiąt, pozatem zdawała się nie istnieć między niemi żadna specjalna różnica. Obydwie miały na nosach okulary w stalowej oprawie, z poza których uwydatniał się jeszcze bardziej wyblakły, niegdyś może piękny błękit ich oczu. Na głowach nosiły staroświeckie czepki, a chude szyje owinięte miały ciepłemi szalikami. Każda z nich zajęta była ręczną robotą, którą wykonywała bez specjalnego pośpiechu, lecz i bez chwili odpoczynku. Damy, kołysząc się w głębokich fotelach, spojrzały na zalęknione dziewczęta w milczeniu. Tuż poza niemi siedziały dwa duże psy z chińskiej porcelany z pomalowanemi na zielono uszami i nosami. Psy te z miejsca zainteresowały Anię, bo wyglądały, jak straż honorowa, sprawująca opiekę nad „Ustroniem Patty“.
Przez kilka chwil panowała martwa cisza. Dziewczęta były tak zmieszane, że nie umiały wybąkać ani słowa, a porcelanowe psy i obydwie damy były widocznie z natury milczące. Ania poczęła rozglądać się po pokoju, który wydawał jej się naprawdę bardzo miły. Oszklone drzwi w głębi wychodziły na aleję sosen, a tuż obok wielki staroświecki zegar wybijał uroczyście kwadranse i godziny. Na gzymsie kominka stały ozdobne figurki i wysokie kilkuramienne świeczniki. Na ścianach wisiała niezliczona ilość obrazów. Po przeciwległej stronie pokoju, wąskie schody prowadziły na górę, gdzie na pierwszej platformie stała mała wyściełana kanapka. Całe otoczenie ogromnie się podobało Ani.
Ponieważ cisza zdawała się przeciągać nieco, Priscilla trąciła Anię wymownie, dając jej tem samem znak, że należałoby wreszcie coś powiedzieć.
— Z ogłoszenia nad bramą dowiedziałyśmy się, że panie pragną ten dom wynająć, — odezwała się Ania nieśmiało.
— Owszem, — rzekła starsza pani, która z pewnością była panną Patty Spofford. — Właściwie miałyśmy zamiar zdjąć to ogłoszenie.
— Czyli, że spóźniłyśmy się nieco, — rzekla Ania, — dom ten został już komuś innemu wynajęty?
— Nie, ale zmieniłyśmy zamiar i postanowiłyśmy domu nie wynajmować.
— O, jakże mi przykro! — wybuchnęła Ania z żalem. — Szalenie lubię ten zakątek. Tak marzyłam, żeby tu zamieszkać.
Panna Patty zdjęła okulary, przetarła je dużą kraciastą chustką, włożyła znowu i spojrzała uważniej na Anię. Druga dama uczyniła identycznie to samo, że na chwilę zdawać się mogło, iż obiema właścicielkami „Ustronia Patty“ rządzi jakiś ukryty mechanizm.
— Lubi pani ten zakątek? — odezwała się starsza dama. — Naprawdę go pani lubi? Dzisiejsze dziewczęta są takie ekscentryczne, że właściwie niebardzo można wierzyć ich słowom. Za moich czasów tego nie bywało.
Ania uczuła nagłą pewność siebie.
— Naprawdę lubię ten domek, — rzekła łagodnie. — Polubiłam go zresztą od pierwszego wejrzenia. Chciałam na przyszły rok razem z dwiema koleżankami założyć wspólne gospodarstwo, to też szukamy odpowiedniego mieszkania. Ucieszyłam się bardzo, ujrzawszy wczoraj to ogłoszenie.
— Wobec tego chętnie go pani wynajmę, — oznajmiła panna Patty, — chociaż obydwie z Marją zaniechałyśmy tego zamiaru, bo nie podobali nam się dotychczasowi kandydaci. Zresztą właściwie nie wynajmujemy go z musu, bo i tak mogłybyśmy sobie pozwolić na wyjazd do Europy. Pieniędzy mamy dosyć, a przecież nie mogę pozwolić, żeby ktoś niesympatyczny objął rządy nad mojem Ustroniem. Panie są zupełnie inne. Jestem pewna, że nie będę miała z wami kłopotu.
— Ale czy żądana zapłata nie będzie dla nas zbyt wysoka, — szepnęła Ania po chwili.
Panna Patty wymieniła jakąś sumę. Ania spojrzała na przyjaciółkę, lecz Priscilla potrząsnęła przecząco głową.
— To dla nas trochę za drogo, — rzekła Ania, usiłując ukryć bolesne rozczarowanie. — Jesteśmy tylko biednemi studentkami.
— A ile możecie zapłacić? — spytała panna Patty, powracając do przerwanej na chwilę roboty.
Ania wymieniła możliwą do zapłacenia kwotę. Panna Patty skinęła głową na znak zgody.
— Niech i tak będzie, — rzekła. — Powiedziałam już, że nie wynajmujemy tego domu z musu. Majątku nie posiadamy, ale na wyjazd do Europy starczy. Nigdy tam jeszcze nie byłam i nie przypuszczałam, że na starość będę musiała udać się w taką daleką podróż. Moja bratanica uparła się, żeby tam pojechać, a przecież takiej młodej osoby, jak Marja nie mogę puścić w świat samopas.
— Zupełnie słusznie, — przytaknęła Ania, dostrzegając, że panna Patty traktuje tę rzecz poważnie.
— Zrozumiałe, prawda? Otóż muszę rada nie rada z nią jechać. Zresztą taka podróż i mnie rozerwie, bo mimo siedemdziesiątki, jestem jeszcze bardzo żywa i posiadam wielki temperament, żałuję tylko, że na tę myśl wcześniej nie wpadłam, bo na pewno oddawna byłabym w Europie. Zamierzamy z bratanicą jechać na dwa, trzy lata. Wybieramy się w czerwcu, przed wyjazdem prześlemy wam klucze, abyście mogły na jesieni się tu sprowadzić. Niektóre pamiątki zabieramy z sobą, resztę zostawimy w mieszkaniu.
— A porcelanowe psy? — zagadnęła Ania nieśmiało.
— Chciałyby panie, aby je zostawić?
— Szalenie mi się podobają!
Na pomarszczonej twarzy panny Patty ukazało się coś w rodzaju sympatycznego uśmiechu.
— Ja także jestem do nich bardzo przywiązana, — odparła z dumą. Są to zabytki dawnej przeszłości, bo jeszcze brat mój przywiózł je z Londynu przed pięćdziesięciu laty. Właśnie od nazwiska brata pochodzi nazwa alei Spofford‘a.
— Ach, jakiż to był człowiek! — odezwała się po raz pierwszy panna Marja. — Dzisiaj takich już niema.
— I stryjem był wyjątkowym, moja Marjo, — rzekła panna Patty macierzyńskim tonem. — Powinnaś zawsze o tem pamiętać.
— To też pamiętam, — szepnęła panna Marja lękliwie.
Obydwie jednocześnie otarły łzy kraciastemi chustkami, lecz panna Patty szybko odzyskała równowagę i zaczęła znowu mówić z powagą:
— Więc psy mogą zostać, ale tylko pod warunkiem, że im się nic złego nie stanie. Nazywają się Gog i Magog. Gog patrzy na prawo, a Magog na lewo. Jeszcze jedno chciałam zaznaczyć. Przypuszczam, że paniom to nie przeszkadza, iż domek ten nosi nazwę „Ustronia Patty?“
— Ależ, skądże? Ta nazwa nam się bardzo podoba.
— Odrazu widziałam, że macie dużo zdrowego rozsądku, — wyrzekła panna Patty z pochwałą. — Wyobraźcie sobie, że wszyscy dotychczasowi kandydaci (pytali, czy podczas przebywania tutaj będą mogli zmienić napis nad bramą. Ja oczywiście wynajmę dom, tylko pod tym warunkiem, że nie zajdą tu żadne zmiany. Ustronie Patty, które otrzymałam w spadku po bracie, powinno zostać Ustroniem Patty, aż do mojej i Marji śmierci. Późniejsi właściciele mogą nadać mu nazwę, jaka im się będzie podobała, — dodała panna Patty pragnąc jakby podkreślić: „Po mojej śmierci może być potop“. — Możebyście panie chciały obejrzeć dom?
Z dalszych oględzin dziewczęta wyniosły jeszcze lepsze wrażenie. Na parterze oprócz bawialni znajdowała się kuchnia i dwa małe pokoje sypialne. Na wyższem piętrze były trzy pokoje, dwa małe i jeden duży. Ani specjalnie przypadł do gustu najmniejszy pokoik, z którego roztaczał się widok na wielką kępę sosen. Postanowiła właśnie w tym pokoju urządzić sobie sypialnię. Pokoik miał ściany niebieskie, małą staroświecką toaletkę i głęboki wygodny fotel, jakby specjalnie ustawiony tu, aby przepędzać w nim długie godziny marzeń.
— Wydaje mi się to wszystko snem i lękam się, przykrego przebudzenia, — rzekła Priscilla, gdy się znalazły na ulicy.
— Chociaż panna Patty i panna Mar ja nie są odpowiedniemi bohaterkami pięknych tęczowych baśni, — odparła Ania ze śmiechem. — Wyobrażam je sobie w podróży w czepkach i w szalach, okręconych dookoła szyi.
— Może wówczas rozstaną się z szalami, — zauważyła Priscilla, — ale robótki napewno z sobą zabiorą. Już je widzę teraz, spacerujące po Londynie i w przerwach zajęte swemi robótkami. Ale, Aniu, czy możesz w to uwierzyć, że my, dwie biedaczki będziemy mieszkały w alei Spofford‘a? Od dzisiaj powinnyśmy się czuć miljonerkami!
Tego samego wieczoru na ulicę św. Jana zawitała Iza Gordon i zaraz po przywitaniu ulokowała się na łóżku Ani.
— Jestem szalenie zmęczona. Przez cały dzień pakowałam.
— Ej, czy aby nie jesteś dlatego zmęczona, że nie mogłaś się zdecydować, co masz najprzód zapakować? — śmiała się Priscilla.
— Słusznie, bo jak już wszystko było zapakowane i zamknęłam kufer, dostrzegłam, że na samo dno kufra, włożyłam te rzeczy, które mi jeszcze do wyjazdu będą potrzebne. Oczywiście musiałam kufer na nowo otwierać i przerzucić wszystko zanim wreszcie tamto znalazłam. Ale wyobraź sobie, Aniu, że ani razu nie zaklęłam.
— Czyż ja ci robiłam na ten temat jakieś wymówki?
— Miałam wrażenie, żeś mnie o to w myśli posądzała. Przepraszam cię bardzo. Mam szalony katar! Królowo Aniu, może mi powiesz coś wesołego?
— Powiem ci, że na przyszły tydzień będziesz już razem z Anatolem i Augustynem, — uśmiechnęła się Ania.
Iza z niechęcią potrząsnęła głową.
— Ten katar zabija tęsknotę za nimi. Ale co się z wami dzieje? Jesteście jakieś takie uradowane. Czy zaszło coś nowego?
— W przyszłym roku będziemy mieszkać w „Ustroniu Patty“ — zawołała Ania z triumfem. — Już mamy dosyć tego pensjonatu. Stella Maynard przyjeżdża i będzie mieszkała razem Z nami. Ciotka Stelli ma zostać naszą gospodynią.
Iza zerwała się z łóżka, wytarła nos zamaszyście i nagle padła przed Anią na kolana.
— Moje złote, przyjmijcie i mnie także! Będę taka spokojna. Zgodzę się nawet mieszkać w psiej budzie, byle z wami.
— Wstań głuptasie.
— Nie wstanę, dopóki mi nie obiecacie, że weźmiecie mnie do siebie.
Ania i Priscillą zamieniły ze sobą spojrzenia, poczem Ania odezwała się z powagą:
— Widzisz, Izo, bardzo chętnie byśmy to uczyniły, ale zrozum, że wszystkie trzy jesteśmy biedne i gospodarstwo nasze musi być bardzo skromnie prowadzone. Wątpię czy ty potrafiłabyś się tem zadowolić. Przecież teraz mieszkasz w eleganckim pensjonacie i na niczem ci nie zbywa.
— Och, mniejsza o to! — zawołała Iza z rozpaczą. — Wolę zjeść z wami talerz zupy, niż w pensjonacie pieczone kurczęta. Dobre potrawy nie dają ludziom szczęścia. Potrafię przeżyć całą zimę o chlebie i wodzie. Tylko mnie do siebie weźcie.
— Pozatem, — ciągnęła Ania dalej, — będziemy musiały pomagać naszej gospodyni, bo ona przecież sama nie da sobie rady. Wszak ty...
— Uważasz, że nie nadaję się do tej pracy, — podchwyciła Izabella. — Będę robić to, co mi rozkażecie. Umiem nawet bardzo przyzwoicie posłać łóżko. Pod względem jedzenia także nie jestem wybredna, a to jest bardzo ważne. Pragnę tylko mieszkać razem z wami, a zważcie, że to jest moje pierwsze stanowcze pragnienie.
— Jeszcze jedno trzeba wziąć pod uwagę, — odezwała się Priscilla. — Wiadomo przecież, w całym Redmondzie, że u ciebie co wieczór roi się od gości. Tam trudno ci będzie przyjmować wizyty, bo myśmy postanowiły urządzać przyjęcia tylko w piątki. Czy i pod tym względem będziesz się mogła do nas przystosować?
— Ależ na wszystko chętnie się zgadzam. Zresztą będąc przy was, na pewno wyrobię w sobie tę siłę woli. Jeżeli się nie zgodzicie na zamieszkanie ze mną, gotowam umrzeć ze zmartwienia, a potem duch mój będzie was straszyć wśród nocy.
Ania i Priscilla znowu spojrzały na siebie z uśmiechem.
— Właściwie obietnica nasza na nic się nie zda, — rzekła Ania, — dopóki nie pomówimy o tem ze Stellą. Jestem jednak pewna, że ona chętnie na to przystanie, a wówczas nie widzę już żadnych przeszkód.
— Uprzedzam cię jednak, Izo, — dorzuciła Priscilla, — że zawsze będziesz się mogła od nas wyprowadzić, gdy tylko zechcesz.
Iza zerwała się z podłogi, ucałowała serdecznie przyjaciółki i pożegnała się z niemi, aby wrócić do dalszego pakowania swych rzeczy.
— Mam nadzieję, że wszystko jakoś się ułoży, — zauważyła Priscilla.
— Musi się ułożyć, — odparła Ania z uśmiechem. — Zresztą Iza będzie jasnym promykiem w Ustroniu Patty.
— Miła z niej dziewczyna i bardzo dobra. Przytem wspólnemi siłami łatwiej jakoś wybrniemy z kłopotów finansowych. Ale czy się z sobą pogodzimy? Bo przecież poznaje się człowieka dopiero wtedy, gdy się z nim mieszka pod jednym dachem.
— Wszystkie będziemy wystawione na próbę. Przypuszczam, że się pogodzimy, bo jednak każda z nas ma odrobinę rozumu. Jestem pewna, że dobrze nam będzie razem w naszem Ustroniu Patty.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Janina Zawisza-Krasucka.