Żywot Jezusa/Wstęp

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ernest Renan
Tytuł Żywot Jezusa
Wydawca Andrzej Niemojewski
Data wydania 1904
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Andrzej Niemojewski
Tytuł orygin. Vie de Jésus
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Wstęp.
O źródłach historycznych.

Dzieje »Początków chrześciaństwa« powinnyby objąć cały ów ciemny, powiedzmy podziemny okres tworzenia się tej religii aż do chwili, kiedy poczyna ona żyć jawnie i staje się powszechnie znanym faktem publicznym. Tego rodzaju dzieje powinnyby się składać z czterech części. Część pierwsza, którą dziś przedkładam publiczności, zajmuje się zdarzeniem, będącem punktem wyjścia dla nowego kultu; poświęcam ją wyłącznie postaci założyciela. Część druga powinnaby się zająć apostołami i ich bezpośrednimi uczniami, albo też, wyrażając się dokładniej, przewrotami, jakich doznała idea religijna w ciągu dwóch pierwszych pokoleń chrześciańskich. Doprowadziłbym mniej więcej do roku 100, t. j. do chwili, kiedy już ostatni przyjaciele Jezusa zeszli ze świata i kiedy wszystkie księgi Nowego Testamentu przyjęły kształt obecnie nam znany. Część trzecia zajęłaby się chrześciaństwem pod Antoninami, przedstawiłaby jego wolny rozwój i niemal nieustanną walkę z Rzymem, który wtedy stanął u szczytu swej administracyjnej doskonałości, rządzony był przez filozofów a nową sektę brał za tajny związek teokratyczny, wymierzony przeciw istniejącemu porządkowi państwowemu celem obalenia go. Część ta objęłaby całe wtóre stulecie. Część czwarta wreszcie przedstawiłaby ważną chwilę rozwoju chrześciaństwa z nastaniem panowania cesarzów syryjskich. Obaczylibyśmy jak pod Antoninami upadała wiedza, w jak nieunikniony sposób następował rozstrój starożytnej cywilizacyi, jakie korzyści z tego upadku i rozstroju chrześciaństwo wyciągnęło dla siebie, jak Syrya podbiła cały Zachód i jak Jezus w towarzystwie bożków i boską cześć odbierających mędrców Azyi objął w posiadanie ówczesną społeczność, której już nie mogła wystarczyć ani filozofia, ani państwo czysto cywilne. W owym okresie ulegają gwałtownej przemianie wyobrażenia religijne ludów, osiadłych dokoła Morza Śródziemnego; wszędzie dochodzi do władzy kult wschodni; chrześciaństwo staje się potężnym kościołem, który zupełnie zapomina o marzeniach tysiącletniego królestwa, zrywa ostatnie nici wiążące go z judaizmem, zagarniając całkowicie świat grecki i rzymski. Walki i twórczość piśmiennicza trzeciego stulecia, jedno i drugie całkiem już jawne, zostałoby w tej części przedstawione tylko w rysach ogólnych. Jeszcze zwięźlej przedstawiłbym prześladowania na początku czwartego stulecia, ostatnie wysiłki Rzymu, pragnącego nawrócić do starych zasad i wyrzucić z państwa nową religię. Wreszcie nakreśliłbym obraz owego przewrotu politycznego, kiedy za Konstantyna role się zmieniły, kiedy cesarz ten z własnej inicyatywy tworzy z chrześciaństwa podległą państwu religię urzędową, która, dotąd prześladowana, teraz z kolei sama zaczyna prześladować.

Nie wiem, czy mi starczy sił i życia do wykonania tego rozległego planu. Będę rad, jeśli po ukończeniu »Żywota Jezusa« uda mi się przedstawić moje osobiste poglądy na dzieje Apostołów, to jest w jakim stanie znajdowała się świadomość chrześciańska w ciągu kilku pierwszych tygodni po śmierci Jezusa, jak powstał cykl legend o zmartwychwstaniu, jak wyglądały pierwsze chwile kościoła jerozolimskiego, pragnąłbym skreślić żywot Pawła, przełom za czasów Nerona, pojawienie się Apokalipsy, zburzenie Jerozolimy, założenie gminy chrześciańskiej w Batanei, powstanie ewangielii, jednem słowem utworzenie się owych wielkich sekt Małej Azyi, zapoczątkowanych przez sektę Jana. Lecz wszystko blaknie wobec tego cudownego wieku pierwszego. Wskutek dziwnego kaprysu dziejowego lepiej wiemy o tem, co się działo w świecie chrześciańskim między rokiem 50—75, niż między rokiem 100 a 150.

Plan niniejszego dzieła sprawił, iż nie mogłem zastanawiać się szczegółowo nad spornymi ustępami tekstów. Czytelnik może wszelako wszystkie moje twierdzenia sprawdzić ze źródłami, które cytuję w odnośnikach. Nie opieram się nigdzie na materyale czerpanym z drugiej ręki, podaję rzeczywiście źródła, na których wogóle opierać się muszą wszelkie odnośne twierdzenia i hypotezy. Wiem doskonale, że dla osób nie uprawiających podobnych studyów należałoby właściwie całkiem inaczej temat traktować. Ale nie zwykłem robić tego drugi raz, co już zostało zrobione i to dobrze zrobione. Dla tych, którzy pragną rzecz głębiej zbadać, podaję tu szereg dzieł wydanych w języku francuskim:

Studya krytyczne nad ewangielią św. Tomasza, przez Alberta Réville, pastora kościoła wallońskiego w Roterdamie (Leyda, Noothoven van Goor, 1862. Paryż, Cherbuliez. Dzieło uwieńczone przez towarzystwo de La Haye dla obrony religii chrześciańskiej).

Historya teologii chrześciańskiej w wieku apostolskim, napisał Reus, profesor fakultetu teologicznego i seminaryum protestanckiego w Strasburgu (Strasburg, Treuttel & Wurtz, 2 wyd., 1860. Paryż, Cherbuliez).

Doktryny religijne Żydów w ciągu dwóch wieków uprzedzających erę chrześciańską, przez Michała Nicolas, profesora fakultetu teologicznego protestanckiego w Montauban (Paryż, Michel Lévy Fréres, 1860).

Żywot Jezusa, przez Dr. Straussa, tłómaczył Littré, członek instytutu (Paryż, Ladrange, 2 wyd., 1856).

Przegląd teologii i filozofii chrześciańskiej, pod kierunkiem Colani’ego, od 1850 do 1857. — Nowy przegląd teologiczny, dalszy ciąg poprzedniego, od 1858 r. (Strasburg, Treuttel & Wurtz. Paryż, Cherbuliez).

Podczas druku niniejszej książki pojawiła się praca, którą także cytuję, choć nie miałem czasu przeczytać jej tak uważnie, jak na to zasługuje: »Ewangielie« przez Gustawa Eichthala, część pierwsza: Rozbiór krytyczny i porównawczy trzech pierwszych ewangielii. (Paryż Hachette, 1863).

Kto przestudyuje te znakomite dzieła, znajdzie w nich wyjaśnienie wielu rzeczy, które mogłem poruszyć tylko bardzo pobieżnie. Zwłaszcza krytyczny rozbiór tekstów ewangielicznych został dokonany przez Straussa w sposób, nie pozostawiający wiele do życzenia. Błędna jest według mnie teorya Straussa o powstaniu ewangielii[1], prócz tego dzieło jego zanadto idzie tropem teologicznym a za mało historycznym[2]); mimo to dla ocenienia motywów, któremi się powodowałem śród całej masy drobiazgów, jest rzeczą nieodzowną poznać te sumienne, choć nieraz nadto subtelne wywody dzieła, tak pięknie przetłomaczonego przez mego uczonego rodaka p. Littré.

Sądzę, że nie przeoczyłem ani jednego źródła, przekazanego nam przez starożytność. Przeszłość dała nam prócz całego szeregu licznych a rozrzuconych wzmianek pięć wielkich zbiorów rękopiśmienniczych, zajmujących się Jezusem i epoką, w której żył, a mianowicie: 1) Ewangielie i wogóle pisma Nowego Testamentu, 2) tak zwane apokryfy Starego Testamentu, 3) dzieła Filona, 4) dzieła Józefa Flaviusza, 5) Talmud. Dzieła Filona są dla nas nieoszacowane, albowiem z nich dowiadujemy się, jakie myśli ożywiały za czasów Jezusa ludzi, zajmujących się wielkiemi zagadnieniami religijnemi. Filon żył wprawdzie zupełnie w innej prowincyi judaizmu, niż Jezus; ale i on na równi z Jezusem nie był wolny od różnych małostek, które wtedy pleniły się w Jerozolimie; Filona możemy uważać za starszego brata Jezusa. Miał już 62 lat, gdy prorok z Nazaretu dobiegał do szczytu swej działalności, a żył po nim jeszcze lat dziesięć. Jaka szkoda, że los nie zaprowadził go do Galilei! Ileż różnych a ciekawych rzeczy bylibyśmy się od niego dowiedzieli!

Józef Flaviusz pisał dla pogan, więc jest mniej szczery. O Jezusie, Janie Chrzcicielu, Judaszu Gaulonicie, podaje nam wzmianki krótkie, suche, bezbarwne. Czuć, iż chce te objawy czysto żydowskie przedstawić Grekom i Rzymianom w sposób dla nich przystępny. Ustęp ów o Jezusie uważam za autentyczny[3]. Jest to zupełnie jego sposób pisania; nie mógł on nawet inaczej wyrazić się o Jezusie. Zdaje się tylko, że w tem miejscu tekst poprawiła jakaś ręka chrześciańska, dopisując kilka słów, bez których ustęp ten miałby wprost charakter bluźnierstwa[4], może coś dodała i coś usunęła[5]. Należy pamiętać o tem, że Józef Flaviusz przez chrześcian stał się głośnym, którzy dzieła jego uważali za ważny dokument do ich świętej historyi. Może w drugiem stuleciu wypuszczono jego dzieło z poprawkami dokonanemi w duchu chrześciańskim[6]. Pisma te są dla nas bardzo ważne, gdyż Flaviusz rzuca całe snopy światła na tę tak nas interesującą epokę. Ze zdumiewającą wyrazistością przedstawia postaci Heroda, Herodyady, Antypasa, Filipa, Hanny, Kajafy, Piłata; są one tak plastyczne, że je niemal widzimy i możemy się ich dotknąć ręką.

Apokryfy Starego Testamentu, zwłaszcza hebrajska część wierszy sybillińskich, księga Henocha, księga Daniela, która również jest apokryfem, są bardzo ważne dla historyi rozwoju idei mesyanistycznej i dla zrozumienia, jak Jezus pojmował królestwo boże. Zwłaszcza księga Henocha, bardzo czytana przez otoczenie Jezusa[7], jest kluczem do zrozumienia wyrażenia »Syn człowieczy« i pojęć związanych z tem wyrażeniem. Dzięki pracom Alexandre’a, Ewalda, Dillmana, Reussa, dowiedzieliśmy się niezbicie, kiedy te dzieła powstały. Dziś wszyscy zgadzają się na to, że najważniejsze z pomiędzy tych ksiąg zostały napisane w drugiem i pierwszem stuleciu przed Jezusem Chrystusem. Czas powstania księgi Daniela da się jeszcze ściślej określić. Charakter obu języków, w których ta księga została napisana, używanie słów greckich, jasne i ścisłe przedstawienie faktów aż do czasów Antyocha Epifanesa, fałszywy obraz starego Babilonu, ton dzieła całego, nie mający nic wspólnego z pismami z czasów niewoli, odpowiadający raczej epoce Seleucydów, wskutek licznych analogii co do wiar, zwyczajów i wyobrażeń, apokaliptyczny charakter wizyi, umieszczenie tej księgi w kanonie hebrajskim po za prorokami, brak wreszcie nazwiska Daniela w panegiryku rozdziału XLIX Kaznodziei Salomonowego, gdzie mu się właściwie miejsce należało, w końcu liczne inne a znane dowody nie pozostawiają żadnej wątpliwości, że księga Daniela była owocem owego wielkiego wzburzenia Żydów wskutek prześladowań Antyocha. Nie należy przeto umieszczać jej pomiędzy pismami starych proroków, ale na samem czele literatury apokaliptycznej jako wzór pierwotny dzieł w rodzaju poematów sybillińskich, księgi Henocha, Apokalipsy Jana, Wniebowzięcia Izajasza i czwartej księgi Ezdrasza.

Przy badaniu historyi początków chrześciaństwa za mało dotąd uwzględniano Talmud. Podzielam zdanie Geigera, że należytego wytłomaczenia stosunków, śród których się Jezus obracał, należy szukać w tej ciekawej kompilacyi, w której bardzo wiele cennych relacyi pomieszano z bezwartościową scholastyką. Ponieważ teologia chrześciańska rozwijała się równolegle z żydowską, przeto nie można dokładnie zrozumieć historyi pierwszej bez znajomości historyi drugiej. Zresztą Talmud wyjaśnia nam wiele rzeczowych szczegółów, znajdujących się w ewangieliach. Obszerne zbiory łacińskie Lighfooda, Schoettgena, Buxdorfa i Otho’a dostarczyły już nam w tym kierunku wiele pouczających wiadomości. Położyłem sobie za zadanie sprawdzić wszystkie podane cytaty z oryginałami. Dzięki pomocy uczonego talmudysty p. Neubauera mogłem iść nawet dalej i na najciemniejsze punkty moich poszukiwań rzucić nieco światła. Należy tu przedewszystkiem umieć dobrze odróżniać epoki, gdyż okres powstania Talmudu trwa mniej więcej od r. 200 i do 500. Staraliśmy się rzecz zbadać, o ile to było możliwe przy obecnym stanie tego rodzaju studyów, gruntownie. Zadziwi to prawdopodobnie ludzi, którzy przywykli cenić dzieło ze względu na epokę, w której ono powstało. Ale podobne skrupuły byłyby tu nie na miejscu. Od czasów Asmonejczyków aż do II wieku istnieje u Żydów tylko tradycya ustna. Nie można takiej epoki zestawiać z epoką, w której dużo pisano. Księgi Wedyckie i stare poezye arabskie przez całe wieki żyły tylko w pamięci pokoleń, nikt ich nie spisywał a przecież posiadają formę bardzo harmonijną i subtelną. W Talmudzie natomiast forma nie ma żadnego znaczenia. W końcu dodam jeszcze, że przed Miszną świętego Judy, która wszystkie inne zaćmiła, istniały próby redakcyi, sięgające bardziej odległych czasów, niż zwykle przypuszczamy. Talmud jest pisany stylem zwięzłych notatek; rzekomi twórcy jego prawdopodobnie jedno tylko zrobili: uporządkowali według tytułów wielką ilość pism, które się w różnych szkołach z pokolenia na pokolenie nagromadziły.

Wreszcie wypada nam pomówić o pismach życioryśniczych, o biografiach założyciela chrześciaństwa, więc, rzecz prosta, najważniejszych, gdy chodzi o Żywot Jezusa. Szczegółowa praca, zajmująca się powstaniem ewangielii, stanowićby musiała osobne dzieło. Dzięki znakomitym pracom, dokonanym w tym zakresie w ciągu ostatnich trzydziestu lat, zadanie to, pierwotnie prawie niewykonalne, zostało jednak rozwiązane w sposób dla historyi wystarczający, chociaż pozostały jeszcze do usunięcia pewne wątpliwości. Do tego przedmiotu powrócę w drugiej mojej książce, gdyż powstanie ewangielii jest dla przyszłości chrześciaństwa najważniejszem zdarzeniem drugiej połowy pierwszego wieku. Ale w książce niniejszej poruszymy tylko tę część zagadnienia, która jest ważna dla naszych wywodów. Pozostawiając na boku wszystko, co się odnosi do czasów apostolskich, badać będziemy jedynie, w jakim stopniu przy kreśleniu historyi na zasadach racyonalnych można się posługiwać faktami, podanymi przez ewangielie?[8].

Że ewangielie są po części legendami, to jest jasne, gdyż przepełniają je opisy cudów i zdarzeń nadprzyrodzonych; ale są legendy i legendy. Nikt nie wątpi w prawdziwość rysów zasadniczych życia św. Franciszka z Assyżu, choć na każdym kroku spotykamy się tam ze zjawiskami nadnaturalnemi. Natomiast nikt nie uwierzy w prawdziwość życiorysu Apoloniusza z Tyany, gdyż życiorys ten został napisany dość późno po śmierci bohatera i w warunkach, w których mógł powstać już tylko jako czysty romans. W jakiej epoce powstały ewangielie, kto je napisał i śród jakich okoliczności? Oto jest szereg głównych pytań, a od odpowiedzi zależy, czy mamy na ich relacyach polegać, czy nie.

Wiadomo, że nazwa każdej ewangielii pochodzi od osobistości, znanej nam albo z historyi apostołów, albo z samych ewangielii. O tych czterech osobach nie jest właściwie nigdzie powiedziane, iż są autorami ewangielii. Określenia »według Mateusza«, »według Marka«, »według Łukasza«, »według Jana«, bynajmniej nie dowodzą, jak to kiedyś przed bardzo dawnymi czasy mniemano, ze ewangielie zostały napisane w całej swojej rozciągłości przez Mateusza, przez Marka, przez Łukasza, przez Jana[9]; dowodzą tylko, że jest to tradycya, sięgająca danego apostoła, opierająca się na nim jako na autorytecie. Rzecz jasna, że jeżeli tytuły te są ścisłe, to ewangielie, zostając nawet po części legendami, będą dla nas miały znaczenie niezmiernie ważne, gdyż doprowadzają nas do półwiecza po śmierci Jezusa, a w dwóch wypadkach nawet do świadków naocznych jego działalności.

Co do Łukasza, to nie mogą tu zachodzić żadne wątpliwości. Ewangielia jego ma charakter zwyczajnej kompozycyi, osnutej na starszych dokumentach[10]. Jest to dzieło człowieka który wybierał, przebierał, dobierał. Autor tej ewangielii jest prawdopodobnie zarazem autorem Dziejów Apostolskich[11]. Był on towarzyszem Pawła świętego[12] a tytuł ten w zupełności stosuje się do Łukasza[13]. Wiem, że temu twierdzeniu można dużo zarzucić; ale jedno pozostaje faktem niezbitym, że autor trzeciej ewangielii Dziejów Apostolskich należy do drugiej generacyi apostolskiej a to nam do naszych założeń zupełnie wystarcza. Teraz możemy nawet ściśle określić datę powstania tej ewangielii i to na podstawie jej własnego tekstu. Rozdział XI, należący bezwzględnie do całości, został najwidoczniej napisany po oblężeniu Jerozolimy i to niebawem[14]. Stoimy tedy na pewnym gruncie; jest to bowiem dzieło napisane ręką człowieka jednego, dzieło zupełnie jednolite.

Takiego piętna indywidualnego nie posiadają ewangielie Mateusza i Marka. Tu jest wszystko nieosobiste, tu autorowie znikają. Nie wiele też nam mówi jakieś imię własne, wypisane w nagłówku. Ale datę powstania tych ewangielii da się tak samo ściśle określić, jak datę powstania ewangielii Łukasza; wiadomo bowiem, że trzecia ewangielia powstała później, niż dwie pierwsze, i że jest redakcyą lepszą. Następnie posiadamy bardzo ważnego świadka z pierwszej połowy II wieku. Jest nim Papias, biskup Hierapolisu, wielka powaga, człowiek tradycyi, który przez całe życie gromadził wszystko, co się odnosiło do osoby Jezusa[15]. Wygłosiwszy zdanie, iż w podobnych kwestyach przyznaje większą wartość tradycyi ustnej, niż księgom, wspomina o dwóch pismach, tyczących słów i czynów Jezusa: 1) o piśmie Marka, rzeczy krótkiej, niekompletnej, bez chronologicznego ładu, zawierającej opowiadania i mowy (λεχδέντα ή πραχτένετα) a napisanej według relacyi apostoła Piotra; 2) o zbiorze sentencyi (λόγια) spisanych po hebrajsku[16] przez Mateusza, »które każdy przekładał, jak umiał«. Ta charakterystyka odpowiada w zupełności owym dwom księgom, z których jedna zwie się dziś »Ewangielią według Mateusza« a druga »Ewangielią według Marka«; pierwsza zawiera długie mowy, druga ma przeważnie charakter anegdotyczny, podaje ściślej szczegóły, jest zwięzła, niemal sucha, posiada mało mów i zły układ. Trudno przypuścić, aby przed oczami Papiasa leżały te same teksty, które dziś leżą przed nami; według niego bowiem pismo Mateusza zawierało wyłącznie mowy spisane w języku hebrajskim, krążyło w kilku przekładach, różniących się między sobą, nie miało nic wspólnego z pismem Marka, które, jak się zdaje, napisane było nawet w innym języku. Tymczasem teksty, leżące dziś przed nami, posiadają tyle ustępów analogicznych, iż trzeba przypuścić, że albo twórca pierwszej ewangielii wzorował się na ewangielii drugiej, albo ostatni redaktor drugiej ewangielii wzorował się na pierwszej, albo też wreszcie, że obaj się wzorowali na jakimś prototypie. Prawdopodobnie też pierwsze dwie ewangielie nie doszły nas w redakcyi pierwotnej, że są to już opracowania, że braki jednego tekstu uzupełniono szczegółami tekstu drugiego. Każdy prawdopodobnie pragnął w owych czasach posiadać egzemplarz kompletny. Kto miał mowy, chciał mieć także opowiadania, i na odwrót. Tym sposobem do »Ewangielii według Mateusza« włączono wszystkie opowiadania Marka a do »Ewangielii według Marka« Logie Mateusza. Prócz tego brano jeszcze szczegóły z żywej tradycyi, której Ewangielie całkowicie nie wyczerpały; w Dziejach Apostolskich bowiem i u najstarszych ojców kościoła znajdujemy wiele słów Jezusa, mających wszystkie pozory autentyczności a tymczasem nie znajdujemy ich w obecnych redakcyach ewangielii.

Ścisła analiza, polegająca na szczegółowem wykazaniu, jak pierwotnie wyglądały Logie Mateusza i co wchodziło w skład opowiadań Marka, nie jest nam w tej chwili potrzebna. Owe Logie są niewątpliwie zawarte w długich przemówieniach Jezusa, zajmujących poważną część pierwszej ewangielii. Wyłączone z toku opowiadania tworzą istotnie pewną dosyć zaokrągloną całość. Co się zaś tyczy strony narracyjnej obu tych ewangielii, to prawdopodobnie ich autorowie czerpali z jakiegoś wspólnego źródła a druga ewangielia w dzisiejszej swej formie mało się musi różnić od owego źródła pierwotnego. Wyrażając to samo innemi słowami możemy powiedzieć, że synoptycy opierają się na dwóch źródłach podstawowych: 1) na mowach spisanych przez apostoła Mateusza, 2) na szeregu anegdot i osobistej relacyi, które Marek spisał według wspomnień Piotra. Mamy tedy prawo mniemać, że doszły nas owe dwa źródła, że pomieszane z źródłami innemi znajdują się w pierwszej i drugiej ewangielii, które przeto nie bez słuszności nazwano Ewangieliami »według Mateusza« i »według Marka«.

W każdym razie jest rzeczą niewątpliwą, że już w czasach najdawniejszych spisano po aramejsku mowy i ważniejsze czyny Jezusa. Nie były to teksty ustalone a pod względem dogmatycznym wykończone. Prócz tego krążyło wiele innych ewangielii, które również miały być spisane wedle opowiadań naocznych świadków[17]. Nie przywiązywano jednak do nich zbyt wielkiej wartości a ludzie, którzy je przechowywali, jak np. Papias, większą wagę przykładali do tradycyi ustnej[18]. Ponieważ wierzono jeszcze w bliski koniec świata, przeto mało się troszczono o spisywanie książek, przeznaczonych dla przyszłości; wystarczało posiadać w sercu żywy obraz tego, który niebawem miał pojawić się w obłokach. To było powodem, że ewangielie mało ceniono przez pierwsze sto pięćdziesiąt lat. Nie krępowano się tedy, robiono dodatki, łączono teksty, uzupełniano je. Człowiek ubogi, posiadający jedną tylko książkę, chce, aby zawierała wszystko, czego pragnie jego serce. Pożyczano je sobie wzajemnie; dopisywano na marginesach słowa i parabole odmienne, albo szczegóły wzruszające[19]. W ten sposób gmin opracował najpiękniejszą książkę. Żadna redakcya nie posiadała wartości bezwzględnej. Justyn, który często powołuje się na jakieś »pamiętniki apostołów«[20], miał widocznie przed sobą teksty ewangielii znacznie odmienne od naszych; a może nie zadawał sobie trudu, aby cytować dosłownie. Taki sam charakter posiadają cytaty ewengielii w pismach pseudoklementyńskich, pochodzących od Ebionitów. Duch był wszystkiem, pismo niczem. Dopiero w drugiej połowie II wieku, kiedy tradycya nieco przyblakła, ewangielie apostolskie zyskały wielkie poważanie i znaczenie prawa.

Któż nie przyzna wartości pismom, które w ten sposób powstały z bolesnych wspomnień, z naiwnych opowiadań dwóch pierwszych pokoleń chrześciańskich, przepełnionych jeszcze wrażeniem, jakie wywarła postać założyciela? Dodajmy wreszcie, że według wszelkiego prawdopodobieństwa źródłem ewangielii było najbliższe otoczenie Jezusa. Do opracowań najpóźniejszych należy ewangielia Mateusza, która niezawodnie powstała w jednej z krain, leżących w kierunku północno-wschodnim od Palestyny, więc w ziemi Gaulonickiej, Auranickiej lub Batanei, dokąd wielu chrześcian schroniło się w czasie wojny rzymskiej, gdzie jeszcze w II stuleciu spotykano krewnych Jezusa[21], i gdzie pierwotny kierunek galilejski utrzymał się dłużej, niż gdzieindziej.

Dotąd mówiliśmy tylko o trzech pierwszych ewangieliach, tak zwanych ewangieliach synoptycznych. Pozostaje jeszcze ewangielia czwarta, przypisywana Janowi. Tu wszelkie wątpliwości są bardziej uzasadnione a rozwiązanie zagadnienia trudniejsze. Papias, który należał do szkoły Jana, i który, jeśli nawet nie był bezpośrednim jego uczniem, jak twierdzi Ireneusz, to jednak musiał mieć stosunki z jego uczniami bezpośrednimi, więc naprzykład z Arystionem i z tym, którego zwano Presbyteros Joannes, Papias tedy, który ustne relacye Arystiona i Presbyterosa Joannnesa spisał z wielkim zapałem, nie wspomina nam ani jednem słowem o »Żywocie Jezusa« sporządzonym przez Jana. Gdyby w dziełach jego zawierała się podobna wzmianka, Euzebiusz byłby ją na pewno powtórzył, gdyż on wogóle notował wszystko, co było ważne dla historyi piśmiennictwa epoki apostolskiej. Nie mniejsze trudności piętrzą się, gdy poczniemy czytać tę ewangielię. Jakim sposobem obok relacyi, dowodzących naoczności świadka, znajdują się mowy, zupełnie odmienne niż u Mateusza? Jakim sposobem obok doskonałego planu życioryśniczego, lepszego niż u synoptyków, spotykamy ustępy, zdradzające dogmatyczną tendencyę, wkładające w usta Jezusa słowa, jakich nigdy nie wypowiedział, co czytelnika usposabia względem autora podejrzliwie? Jakim sposobem znajdujemy tam obok miejsc czysto ewangielicznego ducha ustępy jak gdyby dopisane przez żarliwego sekciarza? Czy to jest istotnie ów Jan, syn Zebedeusza, brat Jakóba (ani razu nie wspomnianego w czwartej ewangielii), który pisze po grecku te metafizyczne rozdziały, niepodobne ani do synoptyków, ani do Talmudu? Nasuwa to bardzo poważne wątpliwości; przeto nie odważyłbym się twierdzić, że czwartą ewangielię napisał jeden z dawnych rybaków galilejskich. Że jednak ewangielia ta powstała w swej głównej osnowie pod koniec pierwszego stulecia, że wyszła z owej wielkiej szkoły Małej Azyi, która się oparła na nauce Jana, że jest to życiorys wielkiej a nieraz nawet pierwszorzędnej wartości, to stwierdzono szczegółowo tak za pomocą różnych świadectw, jako też i przez badanie tekstu samej ewangielii.

Przedewszystkiem nikt nie wątpi, ze około 150 roku ewangielia ta istniała i że ją już wtedy przypisywano Janowi. Pisma św. Justyna[22], Atenagorasa[23], Tatiana[24], Teofila Antyochejskiego[25], Ireneusza[26] dowodzą najwyraźniej, że we wszystkich spornych kwestyach odwoływano się do tej ewangielii i że przy układaniu dogmatów na niej się głównie opierano. Ireneusz wyraża się ściśle; wyszedł przecie ze szkoły Jana, a przedzielał go od apostoła tylko Polikarp. Nie mniej ważną jest ta okoliczność, że czwarta ewangielia odgrywa pierwszorzędną rolę u gnostyków, a zwłaszcza u Walentyniana[27], u Montanistów[28] i w sporze Quartodecymanów[29]. Przez cały drugi wiek szkoła Jana zwraca na siebie najwięcej uwagi; ale będzie ona dla nas czemś zupełnie niezrozumiałem, jeżeli nie uznamy za punkt wyjścia dla niej czwartej ewangielii; prócz tego pierwszy list przypisywany Janowi został napisany niezawodnie przez autora czwartej ewangielii[30]; a właśnie Polikarp[31], Papias[32], Ireneusz[33] twierdzą, że autorem tego listu jest Jan.

Ale największe wrażenie wywiera czytanie samego dzieła. Autor mówi ciągle jako świadek naoczny; chce uchodzić za apostoła Jezusowego. Jeżeli nie był apostołem, w takim razie chce nas oszukać. Wprawdzie pozwalano sobie wtedy na różne dowolności, ale mimo to w okresie apostolskim nie było przykładu podobnego fałszerstwa. Autor czwartej ewangielii nietylko że się podaje za apostoła Jana, ale całkiem wyraźnie pisze wszędzie na jego korzyść. Stara się niemal każdą stronicą poprzeć jego znaczenie; chce dowieść, że był ulubionym uczniem Jezusa[34], że zajmował pierwsze miejsce w chwilach najważniejszych (przy Wieczerzy, na Kalwaryi, przy grobie). Pomimo dość braterskiego stosunku do Piotra[35], prześwieca przez dzieło pewien antagonizm, a nienawiść, jaką żywi do Judasza[36] jest tej natury, jak gdyby istniała jeszcze przed zdradą tego apostoła. Możnaby przypuścić, że Jan na starość czytał wszystkie krążące ewangielie, że zauważył wszystkie błędy[37], że był podrażniony, iż w relacyach o Jezusie nie pomieszczono go na przynależnem mu poważniejszem miejscu; może tedy począł spisywać wszystko, co znał lepiej niż inni, aby wykazać, że obok Piotra zajmował miejsce równie ważne a nieraz może ważniejsze[38]. Już za życia Jezusa pojawiały się podobne antagonizmy pomiędzy synami Zebedeuszowymi i innymi uczniami[39]. Jan po śmierci brata Jakóba był jedynym spadkobiercą poufnych wspomnień, których posiadanie powszechny głos przypisywał tylko jemu i jego bratu. Dlatego pewnie stara się też wykazywać, iż jest ostatnim z żyjących świadków naocznych[40], dlatego lubi opowiadać to, o czem tylko sam jeden mógł był wiedzieć. Stąd niezawodnie pochodzą te wszystkie adnotacye szczegółowe, jak np.: »była godzina szósta«, »była noc«, »słudze było imię Malchus«, »stała czeladź i służebnicy u węgla i grzali się, gdyż było zimno«, »a była suknia nie szyta«. Stąd też pochodzi owo bezładne opowiadanie, nieprawidłowe rozwijanie tematu, urywkowość w pierwszych rozdziałach; cech tych nie umielibyśmy sobie całkiem wyjaśnić, gdybyśmy chcieli uważać ową ewangielię za traktat dogmatyczny bez historycznej wartości; natomiast wszystko stanie się jasnem, gdy zgodnie z tradycyą będziemy ją uważali za wspomnienia starca, którego pamięć raz posiada cudowną świeżość, to znowu ulega nagłemu przyćmieniu.

Ale w ewangielii Jana należy zwrócić uwagę na jedną bardzo ważną okoliczność. Najpierw ewangielia ta opowiada nam życie Jezusa pod wieloma względami inaczej, niż ewangielie synoptyków. Z drugiej strony podaje przemówienia Jezusa w tonie, w stylu i w duchu całkiem odmiennym niż brzmią logie synoptyków. Różnice są tak znaczne, że trzeba wybierać. Jeżeli Jezus mówił to, co podaje Mateusz, nie mógł mówić tego, co podaje Jan. Ale gdy chodzi o wybór powagi, na której należy się oprzeć, żaden historyk się nie zawahał i nie zawaha. W porównaniu z prostaczemi, rzeczowemi, prostodusznemi relacyami synoptyków, ewangielia Jana zawiera tendencye apologisty, zdradza cele sekciarza, chęć dowiedzenia słuszności jakiejś tezy, pragnienie nawrócenia przeciwników[41]. Jezus nie dokonał swego dzieła boskiego za pomocą pretensyonalnych tyrad, ciężkich, źle napisanych i etycznie mało ważnych. Gdyby nawet Papias nie był nam doniósł, że Mateusz spisał jego sentencye w jego własnym języku, to przemówiłaby tu sama natura, przemówiłaby wieczna prawda, przemówiłby do nas niezrównany urok mów podanych przez synoptyków, ów ton nawskróś hebrajski, podobieństwo do sentencyi ówczesnych uczonych żydowskich, uchwycenie rysów znamiennych całej przyrody Galilei, jednem słowem to wszystko, co stanowi rażącą sprzeczność z ciemnym gnostycyzmem i naciąganą metafizyką Jana. Nie znaczy to jednak, iż w ewangielii Jana niema zdumiewających błysków, że niema istotnie rysów, pochodzących od Jezusa[42]. To znaczy tylko, że mistyczny ton tej ewangielii nie charakteryzuje nam wymowy Jezusa tak, jak nam ją charakteryzują synoptycy. Z Janem powiał nowy duch; poczyna się gnostycyzm, epoka galilejska królestwa bożego minęła; nadzieja bliskiego powrotu Jezusa znikła; poczyna się sucha metafizyka, zapada mrok dogmatu abstrakcyjnego. Niema tu już ducha Jezusa, a jeżeli owe ustępy wyszły istotnie z pod pióra syna Zebedeusza, to pisząc musiał on znać całkiem zapomnieć o jeziorze Genezaret i o wspaniałych rozmowach, które słyszał nad jego brzegami.

Że mowy zawarte w czwartej ewangielii nie są dokumentami historycznymi, ale kompozycyami sporządzonemi w tym celu, aby drogie autorowi twierdzenia osłonić powagą Jezusa, dowodzi okoliczność, że są one zupełnie zgodne z tem, co zaprzątało umysły ówczesnych ludzi w Małej Azyi. Kraj ten był właśnie widownią szczególnego rozkwitu filozofii synkretycznej; gnostycyzm już się był narodził. Jan niezawodnie czerpał z tego obcego zdroju. Jest możliwe, że po wypadkach r. 68 (data powstania Apokalipsy) i 70 r. (data zburzenia Jerozolimy) sędziwy apostoł płomienną duszę swoją odwrócił od wiary w bliskie zjawienie się Syna Człowieczego w obłokach, do mniemań, które go zewsząd otaczały, a które wielu umiało doskonale uzgodnić z pewnemi doktrynami chrześciańskiemi. Przypisując te nowe wyobrażenia Jezusowi, kroczył on zupełnie naturalną drogą. Wraz ze zmianą otaczającego nas świata zmieniają się nasze wspomnienia; ideał znanej nam osobistości zmienia się wraz z nami[43]. Skoro Jan pojmował Jezusa jako wcielenie prawdy, przypisywał mu w następstwie także prawdy, do których sam doszedł.

Jeżeli już mamy nic nie przemilczeć, to powiedzmy, że prawdopodobnie Jan osobiście do tak odmiennych mniemań nie doszedł, ale doszło jego otoczenie. Nieraz rodzi się przypuszczenie, że uczniowie Jana porobili zmiany w jego ewangielii. I rzeczywiście niektóre ustępy czwartej ewangielii zostały dopisane potem[43]; stosuje się to np. do całego XXI rozdziału[44], w którym autor najwidoczniej chce uczcić pamięć zmarłego Piotra i uprzedzić różne zarzuty, które śmierć samego Jana mogłaby wywołać, lub też już wywołała (wersety 21—23: »Tego tedy ujrzawszy Piotr, rzekł Jezusowi: Panie! A ten co? Powiedział mu Jezus: Tak chcę, aby został, aż przyjdę«). W kilku innych miejscach widać ślady opuszczeń i poprawek[45].

Niepodobna po upływie tylu wieków rozstrzygnąć wszystkich tych pytań a prawdopodobnie spotkałoby nas także dużo niespodzianek, gdybyśmy teraz jakimś cudem odsłonili tajemnice misteryów szkoły w Efezie, która, jak się zdaje, nieraz schodziła na manowce. Ale najważniejsze doświadczenie byłoby tego rodzaju. Przypuśćmy, że ktoś chce skreślić żywot Jezusa a nie wyrobił sobie zdania o wartości poszczególnych ewangielii. Że chce się tylko kierować uczuciem; ten na pewno w wielu wypadkach szedłby bardziej za ewangielią Jana, niż za ewangieliami synoptyków. Ostatnie miesiące życia Jezusa rozjaśnia nam tylko Jan; wiele zdarzeń z dni ostatnich, tak zagadkowych u synoptyków[46] nabiera prawdopodobieństwa i możliwości dopiero w interpretacyi czwartej ewangielii. Natomiast wątpiłbym, czy możnaby napisać żywot Jezusa należycie, opierając się wyłącznie na przemówieniach, które Jan przypisuje Jezusowi. To ciągłe podawanie siebie za wzór, to ustawiczne dowodzenie swej misyi, to nieustające argumentowanie, cała owa sztuczna inscenizacya, owe długie wyjaśnienia po dokonaniu każdego cudu, ta drewniana a niezgrabnie ciosana retoryka, która uderza nas tak niemile a nieraz nawet fałszem uderza o nasze ucho[47], wszystko pominąłby zupełnie człowiek, obdarzony smakiem, wobec wspaniałych sentencyi synoptyków. Mowy te zostały na pewno skomponowane[48], a podają nam słowa Jezusa mniej więcej w tej formie, jak dyalogi Platona, przemówienia Sokratesa. Są to niejako waryacye muzyka na temat zadany. Temat jest prawdopodobnie autentyczny; ale w wykonaniu fantazya artysty bujała zbyt swododnie. Widać fakturę, retorykę, jednem słowem sztukę[49]. Dodajmy w końcu, że niema tu nawet sposobu wyrażania się Jezusa. Wyrażenie »królestwo boże«, tak często używane przez mistrza[50], pojawia się tu zaledwie raz jeden[51]. Natomiast wysłowienie Jezusa w czwartej ewangielii przypomina zupełnie styl listów Jana; widać, że autor podczas pisania nie sięgał do wspomnień, ale dał się unieść własnym i to niezbyt oryginalnym myślom. Pojawia się język całkiem nowy, mistyczny, obcy synoptykom (»świat«, »prawda«, »życie«, »światło«, »ciemność« etc.). Gdyby Jezus istotnie tak się wyrażał, tak nie po hebrajsku, nie po żydowsku, tak nie talmudycznie, to jakim sposobem zauważyłby to jeden tylko słuchacz?

Zresztą historya podaje nam przykład bardzo podobny i w tym wypadku bardzo pouczający. Sokrates, który, tak, jak Jezus, sam nic nie pisał, znany jest nam z relacyi dwóch uczniów, Ksenofonta i Platona, z których pierwszy dzięki swemu objektywnemu przedstawieniu przypomina synoptyków, drugi natomiast, dzięki swej silnej indywidualności, autora czwartej ewangielii. Z jakich pism poznajemy lepiej Sokratesa: z pism Ksenofonta, czy z dyalogów Platona? Tu nie może być dwóch zdań; cały świat poszedł za Ksenofontem. Ale czy Platon niczego nie uczy o Sokratesie? Czy można skreślić żywot tego mędrca, pomijając zupełnie dyalogi Platona? Któżby śmiał twierdzić coś podobnego! Zresztą porównanie nie jest tu całkiem ścisłe a wypada na korzyść czwartej ewangielii. Autor jej jest bowiem lepszym biografem, tak samo jak Platon, który, chociaż wkłada w usta Sokratesa mowy fikcyjne, przecież zna tak ważne fakty z jego życia, o jakich Ksenofont zupełnie nie słyszał.

Nie będę rozstrzygał, kto jest autorem czwartej ewangielii; a chociaż chyliłbym się do zdania, że przynajmniej owych mów nie napisał syn Zebedeusza, to bądź co bądź będę twierdził, że jest to bezwarunkowo ewangielia »według Jana« i to w takim samym sensie, jak pierwsze dwie ewangielie są »według Mateusza«, »według Marka«. Fundamentem historycznym czwartej ewangielii jest przedstawienie życia Jezusowego według wiadomości, jakie w tym zakresie posiadała szkoła Jana; jest to relacya, udzielona Papiasowi przez Aristiona i prezbytera Jana, bez poinformowania go, że rzecz istnieje już na piśmie, lub też bez przywiązywania szczególnej wagi do tej okoliczności. Sądzę nawet, że zdarzenia z życia Jezusa były lepiej znane tej szkole, niż synoptykom. Posiadała o pobycie Jezusa w Jerozolimie wiadomości, których tamci nie posiadali. Uczniowie tej szkoły uważali Marka za nieszczególnego biografa i chcieli braki jego relacyi uzupełnić[52]. Niektóre ustępy u Łukasza, będące do pewnego stopnia echem tradycyi Janowych[53], dowodzą zresztą, że owe tradycye innym chrześcianom całkiem nieznane nie były.

Te wyjaśnienia, jak sądzę, wystarczą, aby czytelnik poznał, jakie pobudki mnie skłaniały, aby pisząc żywot Jezusa oprzeć się bardziej na tej lub innej ewangielii. Wierzę wogóle w autentyczność czterech kanonicznych ewangielii. Wszystkie pochodzą według mego zdania z pierwszego wieku i są w mniejszym lub większym stopniu dziełem ludzi, którzy uchodzą za ich autorów; jedynie różnią się znacznie między sobą pod względem wartości historycznej. Mateusz zasługuje przedewszystkiem na wiarę, gdy chodzi o mowy; tu znajdujemy owe logie, oparte na żywych, jasnych wspomnieniach o nauce Jezusa. Słowa te posiadają istotnie jakiś boski blask, wyróżniają się z tekstu, krytyk pozna je na pierwszy rzut oka. Kto chce na podstawie ewangielicznej historyi stworzyć jakieś poważne dzieło, dla tego owe logie są kamieniem probierczym. Prawdziwe słowa Jezusa same się nam tu objawiają; czujemy ich wibracyę śród tego chaosu tradycyi różnej wartości pod względem autentyczności historycznej; same się narzucają, same zajmują w opowiadaniu przynależne miejsce, a wtedy wypukłość ich jest niezrównana.

Część naracyjna pierwszej ewangielii, ugrupowana dokoła tego pierwotnego jądra, nie posiada tej wagi historycznej. Przymieszało się tam w zarysach niewyraźnych dużo legend, owoc pietyzmu drugiej generacyi chrześciańskiej[54]. Ewangielia Marka jest pod tym względem bardziej skończona, bardziej ścisła, mniej tam baśni, dodanych później. Z pomiędzy ewangielii synoptycznych jest to dzieło najstarsze, najbardziej pierwotne, posiadające najmniej późniejszych domieszek. Rzeczowe relacye u Marka posiadają ścisłość, której napróżno szukamy u innych ewangielistów. Podaje on niektóre wyrażenia Jezusa w języku syryjsko-chaldejskim[55]. Widzimy tam cały szereg najdrobniejszych szczegółów, które muszą pochodzić od naocznego świadka. Niema żadnych przeszkód do twierdzenia, iż ten naoczny świadek, który był towarzyszem Jezusowi, który go kochał i patrzył na jego życie zbliska, który zachował w pamięci żywy jego obraz, nie jest nikt inny, tylko, jak chce Papias, sam Piotr apostoł.

Wartość historyczna ewangielii Łukasza przedstawia się znacznie mniej korzystnie. Jest to rzecz czerpana z drugiej ręki. Przedmiot traktowany tu w sposób bardziej dojrzały. Słowa Jezusa zostały poddane rozwadze i starannej redakcyi. Niektóre sentencye zawierają przesadę, są sfałszowane[56]. Autor nie pisał tego dzieła w Palestynie, pracował nad niem niezawodnie już po zburzeniu Jerozolimy[57], podaje przeto szczegóły topograficzne znacznie mniej dokładnie, niż inni synoptycy; posiada fałszywe wyobrażenie o świątyni, bierze ją za zwyczajną bóżnicę, za dom modlitwy[58]; zmienia szczegóły, aby uzgodnić różne relacye[59]; modyfikuje ustępy, które raziły ze względu na przesadne już pojęcie o boskości Jezusa[60]; opisuje cuda w sposób przesadny[61]; popełnia błędy chronologiczne[62]; nie zna zupełnie języka hebrajskiego[63], nie cytuje w tym języku ani jednego słowa Jezusa, nazwy wszystkich miejscowości podaje w brzmieniu greckiem. Przychwycić tu można przy robocie kompilatora, który nie spisuje tego, co słyszał bezpośrednio od świadków naocznych, ale ślęczy nad tekstami, popełniając różne gwałty, aby je ze sobą uzgodnić. Łukasz posługiwał się prawdopodobnie życiorysem sporządzonym przez Marka i logiami spisanemi przez Mateusza. Ale obszedł się z obu źródłami bardzo dowolnie; raz łączy dwa zdarzenia w jedną całość, innym razem z jednego zdarzenia robi dwa[64]. Objaśnia dokumenty nader subjektywnie, nie posiada owego bezwzględnego spokoju Mateusza lub Marka. Jego upodobania i właściwości można określić całkiem ściśle: jest to człowiek pobożny aż do surowości[65]; wierzy, że Jezus trzymał się ściśle rytuału żydowskiego[66]; jest on egzaltowanym demokratą i ebionitą, to znaczy, że jest wielkim przeciwnikiem własności i wierzy w przyszłe wywyższenie maluczkich[67]; wysuwa na pierwszy plan wszystkie opowiadania, w których albo grzesznik zostaje nawrócony, albo maluczki wywyższony[68]; nieraz w tym celu przeinacza stare tradycye[69]. Zaraz na pierwszych stronicach podaje szczegółowo legendy o dzieciństwie Jezusa, cytuje śpiewy, opisuje obrzędy, co jest rysem znamiennym ewangielii apokryficznych. Wreszcie, opowiadając o ostatnich chwilach Jezusa, przytacza okoliczności wzruszające i cytuje przepiękne słowa Jezusa[70], których nie odnajdujemy jednak w najbardziej autentycznych relacyach a w których czuć domieszki legendowe. Wyjął prawdopodobnie te miejsca z jakiegoś późniejszego tekstu, który został napisany głównie w celu budzenia uczuć pobożnych.

Wobec takiego dokumentu trzeba było, rzecz prosta, zachować wielką ostrożność. Krytyk nie może go ani całkiem odrzucić, ani bezwzględnie przyjąć. Łukasz miał przed oczami teksty, które nas nie doszły. Jest on nie tyle ewangielistą, ile biografem Jezusa, »harmonistą«, korektorem w rodzaju Marcyona i Tatiana. Ale to życioryśnik z pierwszego wieku, artysta boski, który, niezależnie od tego, co zaczerpnął ze źródeł najstarszych, maluje nam charakter założyciela w sposób znakomity, z takiem natchnieniem i jasnością, czyni to tak wypukle, że mu pod tym względem nie mogą dorównać dwaj inni synoptycy. Czytanie jego ewangielii przedstawia najwięcej powabu, gdyż tu do tła niezrównanie pięknego przyłącza się jeszcze znakomite przedstawienie sprawy, artyzm podnoszący wrażenie całości a bez poważniejszego pogwałcenia prawdy.

Możemy tedy powiedzieć, że redakcya pism synoptycznych przechodziła przez trzy fazy: 1) faza dokumentów pierwotnych (λόγια) Mateusza, λεχσέντα ή πραΧσέντα (Marka), dziś już nie istniejących; 2) faza stapiania pierwotnych dokumentów bez jakiejkolwiek tendencyi autorów (obecnie nam znane ewangielie Mateusza i Marka); 3) faza redakcyi tendencyjnej, przemyślanej, celem uzgodnienia różnych wersyi (ewangielia Łukasza). Ewangielia Jana, jak to już zauważyliśmy, jest dziełem całkiem innego pokroju, niemającem z tamtemi nic wspólnego[71].

Z ewangielii apokryficznych nie zrobiłem żadnego użytku. Utworów tych nie należy bezwarunkowo stawiać na jednym poziomie z ewangieliami kanonicznemi. Są to płytkie i dziecinne rozszerzenia ewangielii kanonicznych, ale nic wartościowego do nich nie dodają. Zebrałem natomiast starannie zachowane u ojców kościoła szczątki starych ewangielii, cenionych niegdyś na równi z kanonicznemi, obecnie zaginionych, jak ewangielia według Hebrajczyków, ewangielia według Egipcyan, i znane ewangielie Justyna, Marciona, Tatiana. Zwłaszcza dwie pierwsze są bardzo ważne, gdyż podobnie jak logie Mateusza zostały napisane po aramejsku; może były one odmianą ewangielii tego apostoła, gdyż potem zostają ewangielią Ebionitów, t. j. owej drobnej gminy chrześciańskiej, osiadłej w Batanei, gdzie zachował się język syryjsko-chaldejski i gdzie prawdopodobnie ród Jezusa istniał dalej. Ale trzeba przyznać, że w tym stanie, w jakim nas doszły, przedstawiają dla badacza znacznie mniejszą wartość, niż ewangielia Mateusza.

Teraz, jak przypuszczam, każdy zrozumie, dlaczego przyznaję ewangieliom tak doniosłe znaczenie historyczne. Nie są to ani życiorysy w rodzaju Swetoniusza, ani zmyślone legendy w rodzaju Filostrata; są to legendowe życiorysy. Przyrównałbym je do legend o świętych, do życiorysów Plotyna, Proclusa, Izydora i innych tego rodzaju pism, w których miesza się ze sobą prawda historyczna z chęcią przedstawienia wzorów cnoty. Cechą znamienną wszystkich podobnych utworów gminnych jest niedokładność, która i tu występuje wyraźnie. Przypuśćmy, że mniej więcej w połowie XIX stulecia trzech albo czterech żołnierzy francuskich z epoki cesarstwa, i to każdy dla siebie, poczęło ze wspomnień własnych kreślić życiorys Napoleona. Relacye ich będą na pewno roiły się od błędów i poważnych sprzeczności. Jeden umieściłby Wagram przed Marengo; drugi pouczałby nas może z całym spokojem, że Napoleon wypędził z Tuillerów rząd Robespierra; trzeci przemilczałby najważniejsze wyprawy. Ale jedno uderzałoby z tych pism naiwnych prawdą żywą: charakter bohatera, wrażenie, które wywarł na swem otoczeniu. W tym też sensie podobne opisy gminne miałyby znaczenie donioślejsze, niż poważna, oficyalna historya. To samo da się powiedzieć o ewangieliach. Zajęte włącznie charakterystyką przymiotów mistrza, opisem jego cudów, należytem wyłożeniem jego nauki, nie dbają zresztą o to wszystko, co się z duchem Jezusa nie łączy. Sprzeczności co do czasu, miejsca i osób, uchodziły za rzecz małoważną; bo chociaż ze słów Jezusa biło natchnienie, nikt go jednak nie przypisywał autorom. Ci uchodzili tylko za zwyczajnych pisarzy, którzy mieli jedno do spełnienia: nie opuścić nic z tego, co wiedzieli[72].

Do podobnych wspomnień musiała się przymieszać nieraz powzięta z góry, czysto osobista tendencya. To i owo znowu, zwłaszcza u Łukasza, zostało wymyślone, aby lepiej uwidocznić niektóre rysy Jezusa. Fizyonomia jego zmienia się bowiem z każdym dniem. Gdyby Jezus nie uległ tym przekształceniom, byłby jedynym w historyi wyjątkiem. Legenda o Aleksandrze poczęła się tworzyć, nim wygasło pokolenie jego towarzyszów broni; natomiast legenda o Franciszku z Assyżu poczęła się tworzyć jeszcze za życia tego świętego. Tak samo w ciągu 20 do 30 lat po śmierci Jezusa rozpoczęło się szybkie przekształcanie wspomnień o nim, aż wreszcie cała jego biografia zamieniła się zupełnie w idealną legendę. Śmierć doskonałego człowieka jest otoczona aureolą doskonałości, zamienia go w istotę bez plamy dla tych, którzy go kochali. Nietylko tedy chciano dać potomnym wizerunek mistrza, ale i ukazać go nam w całej świetności. Wymyślono wiele zdarzeń, aby udowodnić, że spełniły się w nim wszystkie przepowiednie mesyanistyczne. Ale fakt ten, choć bardzo ważny, nie wyjaśnia wszystkiego. Żadne dzieło żydowskie z owych czasów nie powiada wyraźnie, jakie mianowicie proroctwa spełniły się przez przyjście Mesyasza. Ewangieliści w wielu wypadkach robią aluzye mesyanistyczne z taką rezerwą, że z konieczności rodzi się przypuszczenie, iż to nie były mniemania przyjęte powszechnie. Niebawem jednak poczęto rozumować: »Mesyasz powinien był zrobić to a to; Jezus był Mesyaszem; zatem Jezus zrobił to«. Potem rozumowano na odwrót: »To i owo zdarzyło się Jezusowi; Jezus był Mesyaszem; więc to lub owo musiało się było zdarzyć Mesyaszowi«[73]. Zbyt proste wyjaśnienia będą zawsze fałszywe przy analizowaniu tych głębokich wytworów uczucia ludowego, które swem bogactwem i swoją wielostronnością urągają wszelkim systemom.

Nie potrzeba chyba dodawać, że na podstawie takich dokumentów chcąc dać tylko prawdę bezsprzeczną, należało rzecz traktować jedynie w rysach ogólnych. Prawie we wszystkich historyach starożytnych, nawet mniej legendowych, niż ta, zagłębianie się w szczegóły rodzi zawsze wątpliwości bez końca. Gdy mamy przed sobą dwie relacye o jednem zdarzeniu, to bardzo rzadko są one ze sobą w zgodzie. Czyż nie są tedy uzasadnione wątpliwości, gdy posiadamy tylko jeden jedyny dokument? Możemy twierdzić z całą stanowczością, że z wszystkich mów i rozmów, zanotowanych przez historyków, ani jedna nie jest autentyczną. Czyż towarzyszyli sławnym ludziom stenografowie dla chwytania na papier wszystkich ich aforyzmów? Czyż kroczył wciąż za nimi jakiś kronikarz, notujący wyraz ich twarzy, chód, stan uczucia? Spróbujmy z całą dokładnością ustalić jakiś dzisiejszy fakt; okaże się to niemożliwem. Dwaj naoczni świadkowie opowiedzą jedno i to samo zupełnie inaczej. Ale czyż dlatego należy odrzucić całą relacyę i pozostawić tylko nagi fakt? To zabiłoby historyę. Jestem przekonany, że z wyjątkiem jakichś krótkich, wrażających się łatwo w pamięć sentencyi, żadna z zapisanych u Mateusza mów nie jest dosłownie zanotowaną mową Jezusa, gdyż nie leżą przed nami stenografowane protokuły. Natomiast chętnie przyznaję, że cudowny opis mąk Jezusa zawiera cały ogrom prawdopodobieństwa. Czyż mielibyśmy jednak, przedstawiając życie Jezusa, opuścić te mowy, które tak nam malują jego fizyonomię duchową, i ograniczyć się tylko do tego, co powiedział Tacyt i Józef Flavius: »że stał skazany na śmierć przez Piłata z poduszczenia kapłanów«? To byłaby większa nawet nieścisłość, niż uznanie tych wszystkich przekazanych nam przez ewangielie szczegółów za zupełnie autentyczne. Szczegóły te nie są prawdziwe dosłownie; ale one są prawdziwe w znaczeniu wyższem; one są prawdziwsze od nagiej prawdy, one są bowiem wyrazem prawdy podniesionej do wyżyny idei.

Ktokolwiekby mniemał, że zbyt wielkie znaczenie przypisuję relacyom przeważnie legendowym, niechaj weźmie pod uwagę to, co zaraz powiem. Cóż pozostałoby nam z życiorysu Aleksandra, gdybyśmy chcieli trzymać się tylko tego, co jest absolutnie pewne? Nawet pod niejednym względem błędna tradycya zawiera cząstkę prawdy, której historya lekceważyć nie powinna. Nie uczyniono zarzutu Sprengerowi, że kreśląc żywot Mahometa przywiązywał tyle wagi do hadith czyli do ustnej tradycyi o proroku i że nieraz wkładał bohaterowi w usta słowa, zaczerpnięte tylko z tego źródła. A przecież tradycye tyczące Mahometa nie mają cech bardziej historycznych niż mowy i opowiadania ewangielistów. Tradycye te zostały spisane między 50 a 140 rokiem Hedżiry. Przy kreśleniu historyi sekt żydowskich poprzedzających chrześciaństwo lub bezpośrednio po niem powstałych, każdy bez wyrzutów sumienia będzie cytował maksymy, które Hillelowi, Szamai i Gamalielowi włożyła w usta Miszna i Gemara, choć wielkie te kompilacye powstały dopiero w wiele lat po ich śmierci.

A gdyby ktoś mniemał, że zadaniem historyka jest podawać odziedziczone dokumenty bez krytycznego rozbioru, to mu odpowiem, że jest to wręcz niemożliwe. Te cztery zasadnicze dokumenty są z sobą w rażącej sprzeczności; nieraz prostuje je Józef Flaviusz. Musimy wybierać. Ponieważ jedno i to samo zdarzenie nie mogło się odbyć w sposób odmienny, ani też w sposób możliwy, to jeszcze nie racya kazać być historyi filozofią a priori. Jeżeli posiadamy różne relacye o jednem zdarzeniu, jeżeli łatwowierność poczyniła domieszki bajeczne, to jeszcze nie wolno historykowi uważać samego zdarzenia za baśń; winien on właśnie z całą ostrożnością analizować teksty i postępować indukcyjnie. Tyczy to zwłaszcza wszystkich relacyi o cudach. Opowiadania te objaśniać, lub przedstawiać je jako legendy, to nie jest jeszcze okaleczaniem faktów w imię teoryi; wychodzi się właśnie z obserwacyi samych faktów. Z wszystkich cudów, które nam podaje historya starożytna, ani jeden nie powtórzył się w warunkach naukowych. Postrzeżenie, które ani razu nie zostało zbite, poucza nas, że cuda zdarzają się tylko tam, gdzie się w nie wierzy. Nie zdarzyły się one nigdy wobec ludzi, którzy posiadali kwalifikacye stwierdzenia czegoś podobnego. A kwalifikacyi na to nie posiada ani tłum, ani tak zwani »ludzie światowi«. Badanie naukowe wymaga wielkiej ostrożności i długich ćwiczeń. Ileż to razy w naszych czasach »ludzie światowi« dali się omamić czczemi i dziecinnemi kuglarstwami! Cudowne zdarzenia, których prawdziwość zaświadczyły całe miasteczka, zostały dzięki ścisłemu śledztwu skierowane do sądów[74]. A jeżeli dziś żaden cud nie ostoi się przed skalpelem krytyki, czyż nie jest prawdopodobnem, że to samo stałoby się z cudownemi relacyami gminnemi czasów ubiegłych, gdybyśmy tylko mogli zbadać je dokładniej?

A więc wypędzamy wszelki cud z historyi nie w imię tej lub owej nauki, ale w imię odwiecznej prawdy. Nie powiadamy: »Cud jest rzeczą niemożliwą«; mówimy tylko: »nie było cudu stwierdzonego naukowo«. Przypuśćmy, że w czasach teraźniejszych pojawi się jakiś cudotwórca i że będzie nam dana gwarancya, iż rzecz warto zbadać bliżej; przypuśćmy, że ów cudotwórca głośno oświadcza się z gotowością wskrzeszenia umarłego; cóżby tedy uczyniono? Wydelegowanoby komisyę, złożoną z fizyologów, fizyków, chemików, historyków. Komisya ta wybrałaby trupa, stwierdziłaby najpierw, że to istotnie trup; następnie wyznaczyłaby salę, w której miałoby się odbyć doświadczenie; wreszcie nie pominęłaby żadnej ostrożności, aby wszelka wątpliwość została usunięta. Gdyby w takich warunkach wskrzeszenie zostało dokonane, posiadałoby ono cechy prawdopodobieństwa, niemal pewności. Ale ponieważ cechą znamienną doświadczenia jest to, że trzeba je umieć powtórzyć, ponieważ zresztą powtórzyć można, co się już raz zrobiło, zwłaszcza, że przecież cud nie może przychodzić z trudnością, przeto zażądanoby od cudotwórcy, aby cud swój powtórzył w innych warunkach, w innem miejscu i z innym trupem. Gdyby i tym razem cud się udał, mielibyśmy przed sobą dwie ewentualności: pierwsza, że zdarzają się w świecie rzeczy nadprzyrodzone; druga, że niektóre osoby posiadają władzę czynienia czegoś podobnego. Ale każdy wie, że jeszcze się w takich warunkach cud nie zdarzył; że dotąd każdy cudotwórca sam obierał miejsce, przedmiot doświadczenia, środowisko i publiczność; że owe cuda przeważnie dotwarzał gmin a posteriori, który czuł niepohamowaną żądzę dopatrywania się w wielkich czynach i w wielkich ludziach pierwiastku nadprzyrodzonego. Krytyka historyczna musi tedy tymczasem przyjąć zasadę, że nie można relacyi o cudach uznawać za prawdziwą, gdyż polega ona albo na łatwowierności, albo na oszustwie, a rzeczą historyka jest zbadać, co w tej relacyi jest prawdą a co kłamstwem.

Oto podstawy, na których się opierano przy pisaniu tej książki. Nie poprzestałem na studyowaniu tekstów, czerpałem światło jeszcze z innego źródła, zwiedziłem bowiem arenę dziejową tych zdarzeń. Wyprawa naukowa w celu zbadania starożytnej Fenicyi, której przewodniczyłem w roku 1860 i 1861[75], była powodem mego osiedlenia się na granicy Galilei i dała mi możność odbywania częstych po niej podróży. Zwiedziłem ziemie ewangieliczne we wszystkich kierunkach; zwiedziłem Jerozolimę, Hebron, Samaryę; nie opuściłem żadnej miejscowości, mającej związek z historyą Jezusa. Owóż ta historya, która z biegiem czasu zamienia się dla nas w coś nieuchwytnego, w coś, co wisi w obłokach, przybrała potem dla mnie kształty tak konkretne, że mnie to napełniło zdumieniem. Uderzająca zgodność tekstów z charakterem krainy, cudowna harmonia pomiędzy ideałem ewangielicznym a ziemią, która stanowiła jego tło, wszystko to podziałało na mnie jak objawienie. Miałem przed oczami jakąś piątą ewangielię, podartą wprawdzie, ale czytelną, i wtedy z opowiadań Mateusza i Marka wyłoniła się ku mnie nie jakaś istota abstrakcyjna, o której możnaby powiedzieć, że nigdy nie istniała, ale olbrzymia postać ludzka, która żyła, która działała. Przybywszy latem do Gaziru w Libanie w celu odpoczynku, począłem szkicować pobieżnie obraz tego, co widziałem i owóż powstała w ten sposób niniejsza książka. Kiedy surowy los zmusił mnie do przedwczesnego wyjazdu, brakło zaledwie kilka kartek do zupełnego ukończenia. Więc książka ta powstała w najbliższem sąsiedztwie okolic, gdzie się Jezus narodził i gdzie żył. Od chwili mego powrotu pracowałem nad nią dalej bez przerwy, obstawiony księgami, sprawdzając wszystkie szczegóły owego szkicu, nakreślonego pospiesznie w chacie Maronity.

Może mi ktoś zarzuci, że niepotrzebnie obrałem formę biografii. Kiedy po raz pierwszy zamierzyłem skreślić historyę początków chrześciaństwa, chciałem podać tylko historyę doktryn z zupełnem prawie wyłączeniem ludzi. Wtedy Jezus miał być tam zaledwie wymieniony; chciałem wykazać, jak idee, związane z jego imieniem, kiełkowały i rozpleniły się po świecie. Ale od tego czasu zrozumiałem, że historya przecież nie mogła być jakąś igraszką abstrakcyi, że w niej ludzie więcej znaczyli, niż teorye. Reformacyi nie stworzyła ta lub inna zasada: ale Luter, ale Kalwin. Świat Parsów, Hellenów, Żydów mógł się był różnie ukształtować; nauka o zmartwychwstaniu i o Słowie mogła się była przez wieki rozwijać a mimo to nie zdobyć się na ów jeden płodny, wielki czyn, zwany chrześciaństwem. Czyn ten, to dzieło Jezusa, świętego Pawła, świętego Jana. Skreślić historyę Jezusa, świętego Pawła, świętego Jana, to znaczy skreślić historyę powstania chrześciaństwa. Wszystko, co się przed nimi działo, weszło w zakres mej pracy tylko o tyle, o ile służyło do wyjaśnienia tych postaci nadzwyczajnych, które, rzecz prosta, musiały stać z przeszłością w ścisłym związku.

Gdy się chce odtworzyć wielkie postaci dni minionych, trzeba nieraz zgadywać, trzeba stawiać hypotezy. Życie wielkiego człowieka stanowi jakąś organiczną całość a nie zlepek drobnych zdarzeń. Całość tę trzeba należycie odczuć. Tu doskonałym przewodnikiem może być zasada, którą się kieruje sztuka; tu przydałby się zaiste ów subtelny smak Goethego. Podstawą sztuki jest stworzyć systemat żywy, którego poszczególne części wzajemnie się uzupełniają. Przy takiej pracy, jak niniejsza, najlepszą wskazówką, że się uchwyciło wątek prawdy, jest to, gdy się uda różne teksty tak połączyć, że tworzą całość logiczną, prawdopodobną, naturalną. Trzeba ciągle wzywać na radę owe tajemne prawa życia, prawa ruchu wytworów organicznych, prawa odcieni; tu nie chodzi o przedstawienie strony materyalnej, dziś dla nas poprostu niedostępnej; tu trzeba przedstawić duszę historyi; chodzi zatem nie o prawdziwość szczegółów, ale o prawdziwość ogólnego wrażenia, o prawdę barwy. Strzeżmy się klasycyzmu; fakty, o które tu chodzi, żyły, istniały, oddziaływały. Jeżeli nie zdołamy ich w ten sposób przedstawić, to widocznie nie pojęliśmy ich dostatecznie, nie spojrzeliśmy na nie z właściwej strony. Przypuśćmy, że ktoś chciałby na podstawie starożytnych opisów odtworzyć Minerwę Fidiasza. Gdyby dał nam coś sztucznego, suchego, odpychającego, jakiż wniosek należałoby stąd wyprowadzić? Tylko jeden: że owe opisy wymagają interpretacyi artystycznej, że należy je studyować z miłością, dopóki z nich nie wyłoni się ku nam jedność harmonijna we wszelkich szczegółach. A czy mielibyśmy wtedy pewność, że odtworzyliśmy ów posąg grecki pod każdym względem wiernie? Bynajmniej. Ale nie stworzylibyśmy przynajmniej jego karykatury: dalibyśmy ogólne wrażenie dzieła, odtworzylibyśmy jedną z form, w której dzieło to istnieć mogło.

To poczucie organicznej całości było mi tedy najwierniejszym przewodnikiem. Już samo czytanie ewangielii wystarcza dla stwierdzenia, że choć autorowie ich mieli w duszy prawdziwy zarys żywota Jezusa, nie kierowali się ścisłą chronologią. Papias mówi nam to wyraźnie[76]. Takie zwroty, jak: »W on czas«... »potem«... »wtedy«... »a gdy się to stało« etc. służą tylko do połączenia w jedną całość różnych opowiadań. Pozostawiając owe zdarzenia opisane przez ewangielie w ich pierwotnym nieładzie, nie napisałoby się historyi Jezusa, jak nie napisałoby się historyi sławnego męża, gdyby się w jego życiorysie pomieszało listy i fakty z epoki młodzieńczej z listami i faktami epoki zupełnej dojrzałości. Koran, będący także mieszaniną bez związku dokumentów z różnych chwil życia Mahometa, odsłonił swoje tajemnice oczom genialnej krytyki; oznaczono z całą niemal pewnością, w jakim chronologicznym porządku pisma te powstały. Daleko trudniej wykryć ten porządek w ewangieliach, albowiem działalność publiczna Jezusa trwała o wiele krócej i była mniej bogata w zdarzenia, niż życie założyciela Islamu. Ale usiłowanie odnalezienia nici przewodniej w tym labiryncie nie należy uważać za czczą stratę czasu. Nie polega na błędzie przypuszczenie, że twórca nowej religii, rozpoczynając swe dzieło, przyczepia je do sentencyi, które były w obiegu, i do zwyczajów, które były na czasie; że skoro się rozwinie, skoro stanie się istotnie panem swych myśli, pocznie przemawiać spokojnie, z poezyą, unikając wszelkich sporów, pełen słodyczy i poczucia wolności; że się następnie wobec opozycyi uniesie, zapali, że wreszcie tę opozycyę pocznie gromić. Takie fazy widać wyraźnie w Koranie. To samo widzimy u synoptyków, przedstawione w sposób nader subtelny. Czytajmy tylko uważnie mowy zapisane u Mateusza a postrzeżemy doskonale tę gradacyę. Wtedy każdy mi przyzna, że postępowałem bardzo ostrożnie przy kreśleniu różnych faz rozwoju idei Jezusa. Czytelnik przekona się, że poszczególne rozdziały niniejszej książki są tylko cięciami analizy, których wymagało zbadanie myśli głębokiej a zawikłanej.

Jeżeli umiłowanie przedmiotu może się przyczynić do jego zrozumienia, to chyba każdy mi przyzna, że tego warunku bynajmniej mi nie brakowało. Kto chce skreślić historyę jakiejś religii, ten musiał kiedyś w nią wierzyć (inaczej bowiem nie pojąłby nigdy tego, co dusze ludzkie koiło i zachwycało); ale następnie nie może już w nią wierzyć bezwzględnie; wiara bezwzględna nie da się połączyć z historyą pisaną szczerze. Ale miłość może istnieć bez wiary. Można nie uznawać form, w które cześć ludzka została zakuta, a mimo to rozkoszować się istotą piękna i dobra, którą ta cześć otacza. Żadne ze zjawisk przemijających nie wyczerpuje boskości; Bóg objawiał się przed Jezusem, Bóg objawi się i po nim. W ludzkiem sumieniu Bóg objawia się zawsze w jednakowy sposób, tylko pozornie różny. Przeto Jezus nie należy wyłącznie do uczniów swoich. Każdy otacza go czcią, kto ma jeno serce ludzkie. Chwała jego nie polega na wyłączeniu go z historyi; przeciwnie, oddaje mu się hołd bez porównania większy wykazując, że bez niego nie możnaby w ogóle historyi pojąć.


Przypisy

  1. Wielkie wyniki, jakie w tym kierunku nauka osiągnęła, nastąpiły dopiero po pojawieniu się pierwszego wydania dzieła Straussa. Uczony ten, posiadający umysł krytyczny, w następnych wydaniach robi sprostowania z dużą dozą dobrej wiary.
  2. Wypada zaznaczyć, że w dziele Straussa ani jedno słowo nie usprawiedliwia tych szczególnych i bezrozumnych oszczerstw, za pomocą których chciano wobec osób powierzchownie rzeczy biorących zdyskredytować książkę dobrą, ścisłą, napisaną sumiennie i z talentem, aczkolwiek na ogół zepsutą przez teoryę fałszywą. Strauss nietylko nie zaprzeczał, że Jezus żył, ale na każdej stronicy swego dzieła wyjaśnia nam, jak on żył. Możnaby się tylko z nim nie zgodzić na to, że rysy charakteru Jezusa zatarły się dla nas; sądzimy, że tak nie jest.
  3. Ant. XVIII, III, 3.
  4. »Jeżeli wolno go nazwać człowiekiem«.
  5. Zamiast słów χρίστός ούτος ήν było prawdopodobnie pierwotnie χριστός ούτος ελεγετο. Porów. Ant. XX, IX, 1.
  6. Euzebiusz (Hist. Eccl. I, 11 i Demonstr. evang. III, 5) cytuje ów ustęp z Józefa Flaviusza tak, jak go obecnie znamy. Natomiast u Origenesa (Contra Celsum, I, 47; II, 13) i Euzebiusza (Hist. eccl. II, 23) znajdujemy inną jeszcze interpolacyę chrześciańską, której niema w żadnym rękopisie Józefa Flaviusza.
  7. List Judy, 14.
  8. Kto pragnie rzecz poznać obszerniej, ten może przeczytać oprócz cytowanego dzieła Révilla prace Reussa i Scherera w »Revue de théologie« t. X, XI, XV; nowe serye II, III, IV, wreszcie prace Nicolasa w »Revue germanique«, za wrzesień i grudzień 1862, oraz za kwiecień i czerwiec 1863.
  9. Tak samo, jak mówiono: »Ewangielia według Hebrajczyków«, »Ewangielia według Egipcyan«.
  10. Łukasz I, 1—4: »Ponieważ wielu się kusiło, żeby spisali porządną historyę o rzeczach, które się w nas wypełniły; jako nam podali, którzy się od początku im sami przypatrowali, i byli sługami mowy: zdało się i mnie, którym z początku pilnie wszystkiego dochodził, porządnie tobie, cny Theofilu! wypisać. Abyś poznał prawdę słów tych, których cię nauczono«.
  11. Dzieje Apostolskie I, 1: »Pierwsząm mowę uczynił, o Theofile! o wszystkiem, co począł Jezus czynić i uczyć«. Porów. Łukasz, I, 1—4.
  12. Od roz. XVI, 10 autor podaje się za naocznego świadka: »A gdy ujrzał widzenie, natychmiast staraliśmy się iść do Macedonii, będąc upewnieni, iż nas Bóg wezwał ku powiadaniu im Ewangielii«.
  13. II Tym. IV, 11 (»Łukasz sam jest zemną«). Philem. 24. Koloss. IV, 14. Imię Łukasz (skrócenie wyrazu Lucanus) było bardzo rzadkie; niema tedy obawy, aby tu zaszła jakaś homonymia, która zresztą dość często wprowadzała zamieszanie do studyów krytycznych nad Nowym Testamentem.
  14. Wersety: 9 (A gdy usłyszycie walki i rozruchy), 20 (A gdy ujrzycie Jeruzalem wojskiem otoczone), 24 (I polęgą paszczęką miecza i zapędzą je w niewolę między wszystkie narody a Jeruzalem deptane będzie od poganów, aż się wypełnią czasy poganów), 28, 32. Porów. XXII, 36.
  15. U Euzeb. Hist. eccl. III, 39. Autentyczności tego ustępu niepodobna zaprzeczyć. Euzebiusz nie jest bynajmniej olśniony powagą Papiasa, wprowadza go w ambaras jego naiwność, jego prostacza wiara w tysiącletnie królestwo. Porów. Ireneusz Adv. haer. III, 1.
  16. Ma to znaczyć: w dyalekcie semickim.
  17. Łuk. I, 1—2. Origenes, Hom. in Luc. I, początek; św. Hieronim, Comment. in Matth., prol.
  18. Papias u Euzeb. H. E. III, 29. Porów Ireneusz, Adv. haer. III, II i III.
  19. Tak np. piękne opowiadanie u Jana (VII, 1—11) o rozgrzeszeniu niewiasty na cudzołóstwie schwytanej nie miało w ewangieliach stałego miejsca.
  20. Τά άπομνημονέυματα τών άποιτόλων, ά καλείται έυαγγελια. Justin Apol I, 33, 66, 67; Dial. cum Tryph. 10, 100, 101, 102, 103, 104, 105, 106, 107.
  21. Jul. Afrykański, u Euzeb. Hist. eccl. I, 7.
  22. Apol. I, 32, 61; Dial. cum Tryph. 88.
  23. Legatio pro christ., 10.
  24. Adv. Graec. 5, 7. Porów. Euzeb. H. E. IV, 29; Teodoret, Haeretic. fabul. I, 20.
  25. Ad Autolycum, II, 22.
  26. Adv. haer. II. XXII, 5; III, I. Porów. Euzeb. H. E. V, 8.
  27. Ireneusz, Adv. haer. I, III, 6; III, XI, 7; św. Hipolit, Philosophumena, VI, II, 29 i nast.
  28. Ireneusz, Adv. haer. III, XI, 9.
  29. Euzeb. H. E. V, 24.
  30. I Jan I, 3, 5. Oba pisma posiadają jeden styl, te same stałe zwroty, te same wyrażenia.
  31. Epist. ad Philipp. 7.
  32. U Euzeb. H. E. III, 39.
  33. Adv. haer. III, XVI, 5, 8. Porów. Euzeb. H. E. V, 8.
  34. XIX, 23; XIX, 26; XX, 2; XXI, 7, 20.
  35. Jan XVIII, 15—16; »I szedł za Jezusem Symon Piotr i drugi uczeń. A ten uczeń był znajomy najwyższemu kapłanowi i wszedł z Jezusem do dworu najwyższego kapłana. A Piotr stał u drzwi na dworze. Wyszedł tedy drugi uczeń, który był znajomy najwyższemu kapłanowi i rzekł odźwiernej i wprowadził Piotra«. XX, 2—6; XXI, 15—19.
  36. VI, 65; XII, 6; »A to mówił, nie iżby miał pieczą o ubogich, ale iż był złodziejem i mieszek mając, co wkładano, nosił«. XIII, 21 i nast.
  37. Sposób, w jaki Aristion i Presbiter Joannes wyrazili się przed Papiasem (Euzeb. H. E. III, 39) o ewangielii Marka, jest w rzeczywistości krytyką przychylną, albo też, powiedziawszy lepiej, rodzajem usprawiedliwienia, które każe przypuszczać, że uczniowie Jana o tym przedmiocie wiedzieli coś więcej.
  38. Porów. Jana XVIII, 15 i nast. z Mat. XXVI, 58 (U Jana: »I szedł za Jezusem Symon Piotr i drugi uczeń... znajomy najwyższemu kapłanowi i rzekł odźwiernej i wprowadził Piotra« — a u Mateusza: »A Piotr szedł za nim (Jezusem) zdaleka aż do dworu najwyższego kapłana, a wszedłszy tam siedział ze sługami, aby widział koniec«). Porów. dalej Jana XX, 2—6 z Marka XVI, 7. Patrz także u Jana XIII, 24—25.
  39. Patrz dalej str. 156.
  40. I, 14 (»I widzieliśmy chwałę jego«), XIX, 35 (»A który widział, wydał świadectwo«, etc.) XXI, 24 i nast. Porów. List. I Jana I, 3, 5.
  41. Patrz np. roz. IX i XI. Szczególniejsze wrażenie wywierają u Jana ustępy XIX, 35; XX, 31; XXI, 20—23, 24—25, gdy właśnie synoptyków charakteryzuje zupełny brak refleksyi.
  42. Np. IV, 1 i nast.; XV, 12 i nast. Niektóre słowa, podane przez Jana, znajdują się u synoptyków (XII, 16; XV, 20).
  43. 43,0 43,1 Tak samo we wspomnieniach towarzyszów wygnania Napoleon zamienił się w liberała, gdy po powrocie do ojczyzny towarzysze ci znaleźli się śród społeczności tego typu politycznego.
  44. Wersety XX, 30—31 stanowiły niezawodnie pierwotne ukończenie czwartej ewangielii (»Wieleć i innych znaków uczynił Jezus przed oczyma uczniów swoich, które nie są w tych księgach napisane. A te są napisane, abyście wierzyli, że Jezus jest Chrystus, Syn Boży: i iżbyście wierząc, żywot mieli w imię jego«).
  45. VI, 2, 22; VII, 22.
  46. Naprzykład zapowiedź zdrady Judasza.
  47. Patrz np. II, 25; III, 32—33 i długie dysputy w roz. VII, VIII, IX.
  48. Czujemy, że nieraz autor szuka tylko pozoru, aby umieścić mowę (roz. III, V, VIII, XIII i nast.).
  49. Naprzykład roz. XVII.
  50. Prócz synoptyków świadczą jeszcze Dzieje Apostolskie, Listy św. Pawła, Apokalipsa.
  51. Jan III, 3, 5.
  52. Papias, cytow. wyżej.
  53. Naprzykład: przebaczenie jawnogrzesznicy, wszystkie wiadomości Łukasza o rodzinie z Betanii, charakterystyka Marty odpowiadająca διηκόνει Jana (XII, 2), postać niewiasty osuszającej włosami swemi stopy Jezusa, niejasny sposób przedstawienia podróży Jezusa do Jerozolimy, stawienie go przed trzema instancyami, wprowadzenie na Golgotę kilku uczniów, charakterystyka roli Annasza, Kajfasza, zjawienie się anioła w ogrojcu (porów. Jan XII, 28—29).
  54. Zwłaszcza roz. I i II. Patrz także roz. XXVII, 3 i nast., 19, 60 w zestawieniu z Markiem.
  55. V, 41 (»Thalita kumi« — »Dzieweczko, wstań!«; VII, 34 (»Effethah« — »otwórz się!«; XV, 34 (»Eloi, Eloi, lama sabachthani« — »Panie, Panie, czemuś mnie opuścił!«). Mateusz czyni to tylko raz jeden (»Eli, Eli, lama sabachthani«, roz. XXVII, 46).
  56. XIV, 26 (»A hymn odprawiwszy, wyszli na Górę Oliwną«). Nauki, udzielone apostołom (roz. X), cechuje ogromne uniesienie.
  57. XIX, 41, 43—44; XXI, 9, 20; XXIII, 29.
  58. II, 37; XVIII, 10 i nast.; XXIV, 53.
  59. Np. IV, 16 (»I przyszedł do Nazaret, gdzie był »wychowan««).
  60. III, 23. Opuszcza z Mat. XIII, 55.
  61. IV, 14 (»A wyszła o nim sława po wszelkiej krainie«); XXII, 43, 44.
  62. Np. odnośnie do Quirinusa, Lysaniasa, Theudasa.
  63. Porów. Łuk. I, 31 z Mat. I, 21.
  64. Np. XIX, 12—27.
  65. XXIII, 56.
  66. II, 21, 22, 39, 41, 42. Jest to rys znamienny ebionitów. Porów. Philosophumena VII, VI, 34.
  67. Przypowieść o bogaczu i Łazarzu. Porów. VI, 20 i nast.; 24 i nast.; XII, 13 i nast.; XVI w całości; XXII, 35. Porów. Dzieje Apost. II, 44—45; V, 1 i nast.
  68. Niewiasta, która namaściła nogi, Zacheusz, nawrócony łotr, przypowieść o faryzeuszu i celniku, o synu marnotrawnym.
  69. Np. Maryę z Betanii podaje za nawróconą jawnogrzesznicę.
  70. Jezus, płaczący nad Jerozolimą, spływanie krwawym potem, nawrócony łotr i t. d. Zwrot do niewiast jeruzalemskich (XXIII, 28—29) mógł powstać dopiero po oblężeniu Jerozolimy t. j. po 70 r.
  71. Do synoptyków t. j, do tych, których należy rozpatrywać razem, zalicza się właśnie Mateusza, Marka i Łukasza. (Przyp. tłomacza).
  72. Papias, ustęp cytowany wyżej.
  73. Patrz np. Jan XIX, 23—24: »Żołnierze tedy, gdy go ukrzyżowali, wzięli szaty jego (i uczynili cztery części, każdemu żołnierzowi część) i suknię. A była suknia uszyta, od wierzchu całodziana. Mówili tedy jeden do drugiego: Nie krajmy jej, ale rzućmy o nią losy, czyja ma być; iżby się Pismo wypełniło, mówiące: Podzielili sobie szaty moje, a o suknię moją rzucili los«.
  74. Patrz »Gazette des Tribunaux« z 10 września i 11 listopada 1851 r., oraz z 28 maja 1857.
  75. Książka, opisująca wyniki tej wyprawy, jest już pod prasą. (»Mission de Phénicie« 1864—1874, 9 części — przyp. tłom.).
  76. Cytow. wyżej.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Ernest Renan i tłumacza: Andrzej Niemojewski.