Świat zaginiony/Rozdział XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Arthur Conan Doyle
Tytuł Świat zaginiony
Podtytuł Tom II
Wydawca Skład główny w Stowarzyszeniu Pracowników Księgarskich, sp. z o.o.
Data wydania 1926
Druk Zakł. Druk. W. Piekarniaka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz A. Spero
Tytuł orygin. The Lost World
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XIV.
„Pierwsza depesza z placu boju“.

Sadziliśmy, że nasi wrogowie, nie domyślają się miejsca naszej kryjówki, jednak wkrótce przekonaliśmy się, iż mniemanie to było błędnem.
Zbudziliśmy się wszyscy wyczerpani i głodem i strasznemi przejściami dnia poprzedniego. Summerlee czuł się jeszcze tak osłabionym, że z trudem mógł utrzymać się na nogach; ale jest w nim pewna dumna odwaga, która nie pozwala mu się przyznać do jakiejkolwiek słabości. Zrobiliśmy zaraz naradę, i postanowiliśmy najprzód zjeść jakie takie śniadanie, poczem, przeczekawszy godzinę lub dwie w naszej kryjówce, w poprzek płaskowzgórza dostać się do jaskiń, które, według moich obserwacji, zamieszkiwali krajowcy. Byliśmy pewni, że dzięki wstawiennictwu ocalonych przez nas od śmierci biedaków, rodacy ich przyjmą nas gościnnie.
Wówczas, dokonawszy tego ostatniego zadania, i posiadając spory zapas wiadomości o Ziemi Maple White’a, skierujemy wszystkie nasze myśli na wyszukanie sposobu wydobycia się z niej. Nawet Challenger przyznał, że wypełniliśmy w zupełności zadanie, które nas tu przywiodło i że pierwszym naszym obowiązkiem jest zanieść światu wieść o naszych nadzwyczajnych odkryciach.
Mogliśmy teraz lepiej się przyjrzeć wyratowanym przez nas czerwonoskórym. Byli to ludzie niewielkiego wzrostu, ale dobrej budowy, zwinni, zgrabni i ich czarne gładkie włosy, ściągnięte były w tył głowy i związane skórzanym postronkiem. Opaski na biodrach mieli również skórzane. Ogolone ich twarze miały wyraz dobroduszny, a rysy ich były kształtne. Zakrwawione i poszarpane koniuszki ich uszu wskazywały, że musieli nosić jakieś ozdoby, wyrwane przez zwycięzców. Mowa ich, niezrozumiała dla nas, była jednak płynną; a że, wskazując na siebie, powtarzali często wyraz „Accala“ wywnioskowaliśmy, iż musi to być imię ich plemienia. Niekiedy, z twarzą wykrzywioną strachem i nienawiścią, potrząsali zaciśnięta pięścią w kierunku lasu i wołali: „Doda! Doda!“ — co bezwątpienia było nazwą, jaką nadawali swym wrogom.
— I cóż pan o tem sądzi, Challenger? — zapytał lord John — co do mnie, to o jednem jestem przekonany, a mianowicie, że drobny jegomość, o mocno wygolonem czole, jest ich wodzem.
Istotnie, wskazany przezeń czerwonoskóry, trzymał się nieco na uboczu od swych towarzyszy, którzy traktowali go z widocznym szacunkiem. Wiekiem wydawał się najmłodszy, był jednak tak dumny i śmiały, że gdy Challenger położył mu rękę na głowie, rzucił się, jak koń dotknięty ostrogą, i, z gniewnym błyskiem w ciemnych źrenicach, odsunął się od profesora; poczem położywszy rękę na piersiach; powtórzył kilka razy z godnością słowo „Maretas“. Profesor Challenger jednak, niestropiony, chwycił za ramię innego jeńca, i pokazując go nam, tak jak się pokazuje klasie rzadki jakiś okaz, zaczął wykład:
— Osobnik tego typu — mówił swym tubalnym głosem — ze względu na budowę czaszki, wymiar twarzy i inne cechy, nie może być zaliczony do rzędu niższych stworzeń. Przeciwnie, musimy go postawić wyżej wielu plemion Ameryki Południowej, i dlatego żadną hipotezą niepodobna wytłumaczyć ewolucji takiej rasy na tem płaskowzgórzu. Różnica, jaka ich dzieli od małpoludzi i prymitywnych zwierząt, zamieszkujących Ziemię Maple White, jest zbyt wielką, aby mogli oni dojść tutaj do obecnego swego stopnia rozwoju.
— Skądże się więc tu wzięli, u licha? zagadnął lord Roxton.
— Nad tem pytaniem zastanawiać się będą bezwątpienia wszystkie towarzystwa naukowe Ameryki i Europy — odparł profesor — mojem zdaniem — tu wyprężył pierś i spojrzał wyzywająco na nas — mojem zdaniem proces ewolucji odbywa się tutaj w warunkach zupełnie wyjątkowych, przyśpieszając rozwój kręgowców, żyjących bok o bok ze stworzeniami pierwotnego typu. Mojem zdaniem przybyli z zewnątrz. Prawdopodobnie w Południowej Ameryce istniał rodzaj małpy antropoidalnej, która w odległych wiekach przywędrowała tutaj i z biegiem czasu przekształciła się w istoty, oglądane przez nas wczoraj; wśród nich zaś — w tem miejscu bystro spojrzał na mnie — nie waham się stwierdzić, że zauważyłem osobniki, które mogłyby być ozdobą każdej rasy, gdyby ich umysłowość równała się ich wyglądowi. Co do indjan, to nie wątpię, że przybyli tu znacznie później z doliny. Pchani głodem, lub chęcią zdobyczy, dostali się aż tutaj, ale, chroniąc się przed strasznemi zwierzętami, jakich dotychczas nigdy nie widzieli, zamieszkali w tych jaskiniach, które nam opisał nasz młody przyjaciel. Prawdopodobnie jednak musieli prowadzić nieubłaganą walkę z drapieżnemi bestjami, a szczególnie z małpoludźmi, którzy, traktując ich jak intruzów, prześladowali ich bez litości, ale natomiast z przebiegłością, na jaką niezdolne są zdobyć się olbrzymie tutejsze zwierzęta. Czy dobrze rozwiązałem tę zagadkę, moi panowie, czy też który z was ma co do zarzucenia moim wywodom?
Profesor Summerlee był zbyt osłabiony, aby zdobyć się na opozycję, więc tylko potrząsnął głową na znak przeczenia, a lord John podrapał się w rzedniejącą czuprynę i orzekł, iż nie chce zabierać głosu w dziedzinie zupełnie sobie obcej. Co do mnie to zgodnie z moją zwykłą rolą ujmowania rzeczy pod kątem praktycznym, zauważyłem, że jednego z Indjan brakuje.
— Poszedł po wodę — objaśnił mię lord John — dałem mu pustą puszkę po konserwach.
— Poszedł do dawnego obozu? — spytałem.
— Nie, do strumienia. O jakie dwieście kroków stąd, pomiędzy tamtemi drzewami. Ale stanowczo bawi już za długo.
— Pójdę po niego — rzekłem.
Wziąwszy strzelbę, skierowałem się w stronę strumienia, a towarzysze moi zajęli się przygotowaniem skromnego śniadania. Wydawać się może nieostrożnością, że oddaliłem się, choćby tak nieznacznie, od naszego schroniska, ale byliśmy przecie zupełnie daleko od osady małpoludzi; ci przytem nie znali naszej kryjówki. Zresztą z bronią w ręku nie obawiałem się ich wcale, co tylko dowodzi, że nie zdawałem sobie sprawy z ich przebiegłości i siły.
Słyszałem w pobliżu szmer strumienia, ale dzieliła mnie od niego gęstwina drzew i zarośli, przedzierałem się przez nie, straciwszy już z oczu mych towarzyszy, gdy nagle ujrzałem w trawie coś czerwonego. Zbliżywszy się, ujrzałem z przerażeniem, iż jest to trup naszego indjanina. Leżał na boku, z wyciągniętemi sztywno członkami, a głowę miał wykręconą tak nienaturalnie, jak gdyby patrzył na własne plecy. Krzyknąłem głośno, aby ostrzec, mych towarzyszy i pochyliłem się nad ciałem.
Dobry duch, czuwający widać nademna, kazał mi jednak instynktownie podnieść głowę; a może rozróżniłem niedosłyszalny szelest liści, dość, że z zielonej gęstwiny, zwieszającej się tuż nademną, ujrzałem wyciągającą się parę muskularnych ramion. Jeszcze chwila a długie palce zacisnęłyby się około mej szyi. Rzuciłem się wstecz błyskawicznym ruchem, ale ręce te były jeszcze zwinniejsze, aczkolwiek nie dosięgły mej szyi, jednak jedna z nich porwała mnie za plecy a druga za brodę. Podniosłem ramię, osłaniając gardło, lecz w tej chwili poczułem, że olbrzymia łapa zakryła mi całą twarz; jakaś siła uniosła mię w górę i przechyliła mi głowę w tył. Uczułem ból tak silny, że pociemniało mi w oczach, ale instynktownie, walcząc z okropnym uściskiem, zdołałem wyswobodzić zeń brodę i przez jedno mgnienie ujrzałem nad sobą potworną twarz z dwojgiem blado-niebieskich, nieubłaganie okrutnych oczu. Było coś magnetycznego w tem strasznem spojrzeniu, coś, co mnie obezwładniło. Zawisłem bezsilny w muskularnych łapach; na chwilę ujrzałem dwa białe kły z dwóch stron paszczy i poczułem, że żelazna obręcz około mej szyji zaciska się coraz bardziej. Głowa moja przechyliła się w tył, gęsta mgła przesłoniła mi oczy, a cieniutkie srebrne dzwonki zadźwięczały mi w uszach. Jakby gdzieś z oddali dobiegł mnie odgłos wystrzału, poczułem jeszcze, że lecę w otchłań i straciłem przytomność.
Gdym otworzył oczy, leżałem na wznak, na trawie, w naszej kryjówce. Ktoś przyniósł wody, którą lord John oblewał mi głowę; Challenger i Summerlee przerażeni i wzruszeni, podtrzymywali mnie z obu stron. Nigdy jeszcze nie widziałem tak ludzkiego wyrazu na poważnych twarzach naszych uczonych.
Było to raczej nerwowe wstrząśnienie, niż obrażenie cielesne, które pozbawiło mnie sił, to też w pół godziny później, w zupełnie dobrym humorze, mimo bólu głowy i sztywności w karku, siedziałem na trawie.
— Udało się panu jednak, mój chłopcze — rzekł lord John — gdym nadbiegł, usłyszawszy pański krzyk i ujrzałem pana wierzgającego nogami w powietrzu, z głową napół ukręconą — no, myślałem, że nasze towarzystwo zmniejszyło się o jedną osobę. Chybiłem bestję coprawda, ale, uciekając, wypuściła pana z uścisku.
Jasnem więc było, że małpoludzie wyśledzili naszą kryjówkę i że pilnują nas ze wszystkich stron. We dnie byliśmy względnie bezpieczni, ale w nocy prawdopodobnie zaatakują nas. Z trzech stron otaczały nas lasy, gdzie łatwo mogliśmy wpaść w zasadzkę; natomiast z czwartej strony — tam gdzie grunt zniżał się, biegnąc ku brzegom jeziora — znajdowały się niskie zarośla, z rzadko rozsianemi wśród nich drzewami i z całym szeregiem sporych polanek. Była to ta sama droga, którą sobie obrałem podczas mej samotnej wycieczki, a która wiodła do zamieszkałych jaskiń. Tamtędy też, ze wszystkich względów, należało nam się skierować.
Żal nam było tylko porzucić nasz dawny obóz, nietylko z uwagi na zapasy, jakieśmy w nim zostawiali, ale przedewszystkiem dlatego, że traciliśmy w ten sposób kontakt z Zambo, tem jedynem ogniwem, łączącem nas z cywilizowanym światem. Ponieważ jednak mieliśmy spory zapas naboi i wszystkie nasze strzelby, więc przez jakiś czas przynajmniej mogliśmy zaopatrzać się w żywność: mieliśmy przytem nadzieję, że wkrótce uda nami się powrócić do obozu i nawiązać łączność z naszym murzynem. Obiecał nam solennie nie opuszczać posterunku i wierzyliśmy jego słowu.
Popołudniu ruszyliśmy w drogę; młody wódz indyjski szedł na czele, jako przewodnik, ale z oburzeniem odmówił dźwigania pakunków. Za nim szli dwaj pozostali indjanie, niosąc nasz szczupły majątek. My, czterej biali osłanialiśmy pochód, trzymając w pogotowiu nabite sztucery.
Gdyśmy wyszli z lasu rozległo się za nam głośne wycie, które mogło być zarówno wyrazem tryumfu małpoludzi wobec naszej ucieczki, jak i pogardy dla naszego tchórzostwa. Oglądając się nie widzieliśmy nic prócz gęstwiny drzew, ale długotrwałość i siła tego wrzasku wskazywała aż nadto na ilość naszych wrogów. Nikt jednak nas nie ścigał i wkrótce wydobyliśmy się na otwartą przestrzeń, gdzieśmy byli bezpieczni.
Idąc na samym końcu pochodu i przyglądając się moim towarzyszom, nie mogłem na ich widok powstrzymać uśmiechu. Czyż to był ten sam wytworny lord Roxton, z którym rozmawiałem na Albany, w mieszkaniu zalanem światłem elektrycznem, zdobnem w maty perskie i cenne obrazy? Lub czy to był ów imponujący profesor, którego ujrzałem przed olbrzymiem biurkiem we wspaniałym gabinecie domu przy Enmore Park? I wreszcie, czyż miałem przed sobą tę samą oschłą, nerwową postać uczonego, który ukazał mi się poraz pierwszy na zebraniu w Instytucie Zoologicznym? Żaden z włóczęgów, napotkanych na przedmieściu Londynu nie mógłby być równie obdartym i nędznym, jak owi trzej ludzie.
Zaledwie tydzień spędziliśmy na płaskowzgórzu, ale nasze zapasowe ubrania pozostały w obozie, na dole, a te któreśmy mieli na sobie ucierpiały srodze w ciągu tego tygodnia. Moje było w najlepszym stanie, dzięki temu, że uniknąłem łap małpoludzi. Trzej moi przyjaciele pogubili swoje kapelusze i musieli poobwiązywać głowy chustkami; odzienie ich wisiało w strzępach, a niegolone ich, brudne twarze były wprost do niepoznania.
Summerlee i Challenger posuwali się ociężale, ja, osłabiony poranną przygodą, wlokłem się z trudnością, a szyja moja, nadkręcona morderczym uściskiem była tak sztywną, jak patyk. Przedstawialiśmy istotnie pożałowania godny widok, i nie dziwię się, że indjanie spoglądali na nas ukradkiem z wyrazem przestrachu i zdziwienia.
Przed wieczorem przybyliśmy nad brzegi jeziora, a gdy, wynurzając się z zarośli, ujrzeliśmy przed sobą jasną taflę wody, nasi czerwonoskórzy sprzymierzeńcy wydali okrzyk radości i wyciągnęli przed siebie ręce. Widok, jaki nam się przedstawił, był istotnie piękny: cała flotylla czółen sunęła po wodzie w stronę brzegu, na którymśmy stali. Była oddalona od nas o kilka dobrych mil, ale płynęła z taką szybkością, iż niebawem wioślarze mogli nas rozpoznać. Wydali jednogłośnie grzmiący okrzyk radości i zerwawszy się na nogi potrząsnęli wiosłami i włóczniami; poczem wracając znów do wiosłowania, podpłynęli do brzegu, i, wyciągnąwszy czółna na ławicę piaskową, podbiegli ku nam, aby upaść na twarz przed młodym wodzem i powitać go głośnym okrzykiem. Wreszcie jeden z nich, starszy już człowiek, ustrojony w naszyjnik i bransoletę z kolorowego szkła i w jakąś wspaniałą, bursztynowo-centkowaną skórę, która zwieszała mu się z ramion, wysunął się naprzód i serdecznie ucałował młodzieńca, któregośmy uratowali. Potem przyjrzawszy nam się uważnie i zadawszy kilka pytań, podszedł ku nam z wielką godnością i kolejno nas ucałował. Na jego rozkaz cała gromada padła na ziemię przed nami, na znak hołdu.
Osobiście czułem się nieco onieśmielony, a nawet zakłopotany wobec takiej pokory, i toż same uczucie wyczytałem z oczu lorda Johna i profesora Summerlee, natomiast Challenger promieniał, jak kwiat w słońcu.
— Mogą to być ludzie o niskim stopniu umysłowego rozwoju — rzekł, przyglądając się im i gładząc brodę — ale zachowanie się ich wobec zwierzchników może służyć za przykład każdemu z naszych europejczyków. Uderzającą jest trafność instynktów pierwotnego człowieka!
Widocznem było, że krajowcy wybierali się na wojenną wyprawę, każden z nich bowiem uzbrojony by we włócznię — długi bambus zakończony wyostrzoną kością — w łuk i strzały, oraz w jakąś maczugę lub kamienny toporek. Gniewne spojrzenia, jakie rzucali w stronę lasu i często powtarzające się w ich mowie słowo „Doda“, pozwalały wnioskować, iż wybierali się z odsieczą, lub może, aby pomścić śmierć młodzieńca, który musiał być synem owego starego wodza.
Cały szczep, kucnąwszy w półkole, odbywał naradę wojenną, której my przyglądaliśmy się, usiadłszy w pobliżu na bazaltowym złomie. Dwóch czy trzech wojowników zabierało głos, aż wreszcie przemówił ocalony przez nas młodzieniec, a żywymi jego słowom towarzyszyła tak wyrazista mimika i gesty, że zrozumieliśmy równie dokładnie, jakgdybyśmy znali ich język.
— Pocóż mamy wracać? — mówił — wcześniej czy później walka ta musi się rozstrzygnąć. Towarzysze nasi są pomordowani, cóż więc z tego, że ja ocalałem. Tamci zginęli, i nigdzie niema dla nas bezpieczeństwa. Otośmy się zebrali i przygotowali, ci dziwni ludzie — tu wskazał na nas — są nam przyjaźni. Wielcy to wojownicy a nie nawidzą małpoludzi tak jak i my. Rozkazują oni gromom i błyskawicom — tu wyciągnął ramię ku niebu — kiedyż więc trafi nam się taka druga okazja? Ruszajmy na bój, aby zginąć lub zwyciężyć. Jakżesz inaczej będziemy śmiali stanąć przed obliczem naszych niewiast?
Drobni, czerwonoskórzy wojownicy zawiśli na ustach mówcy, a gdy skończył, uczcili go okrzykiem zapału, potrząsając nad głowami bronią. Stary wódz podszedł ku nam i zadał nam jakieś pytanie wskazując jednocześnie na las. Lord Roxton znakiem kazał mu zaczekać na odpowiedź i zwrócił się do nas:
— Musicie się zdecydować, panowie, co chcecie czynić — rzekł — co do mnie, mam pewne porachunki z tym małpiem plemieniem, i jeżeli skończą się one jego zniknięciem z powierzchni ziemi, to nie sądzę, aby świat ucierpiał wcale z tej przyczyny. Idę z tym czerwonym ludkiem i w miarę sił pomogę im w przedsięwzięciu. Co pan na to, młodzieńcze?
— Idę, oczywiście z panem.
— A Challenger?
— Nie uchylam się od współudziału w tej sprawie.
— A pan, Summerlee?
— Zdaje mi się, że odbiegamy daleko od pierwotnego celu naszej wyprawy, milordzie. Upewniam pana, że porzucając moje wykłady w Londynie, nie przypuszczałem nigdy, iż czynię to po to, aby dowodzić wyprawą wojenną czerwonoskórych przeciwko plemieniu antropoidalnych małp.
— Spada się niekiedy do tak niskich zadań — uśmiechnął się lord John — ale ponieważ stanęliśmy już przed niem, więc niech pan powie swą decyzję.
— Uważam że jest to krok nader lekkomyślny — odparł Summerlee, oponujący do ostatka — ponieważ jednak zdecydowaliście się nań wszyscy, niema mowy, abym się miał od was odłączać.
— A więc rzecz postanowiona — zakończył lord John, i, zwracając się do wodza, skinął głową i uderzył w swój karabin.
Stary indjanin uścisnął nam kolejno ręce, a jego poddani wydawali okrzyki radości, jeszcze głośniejsze niż poprzednio.
Zbył późno było, aby puszczać się w pochód tegoż dnia, więc indjanie rozłożyli się na miejscu obozem. Ze wszystkich stron rozpalono ogniska; kilku ludzi zniknęło w lesie, skąd wrócili, ciągnąc młodego iguanodona. Tak jak i inne widziane przez nas iguanodony, miał on na łopatce asfaltową plamę i dopiero gdy jeden z indjan, wystąpił z tłumu i z miną właściciela dał znak przyzwolenia na zabicie zwierzęcia, zrozumieliśmy, że te wielkie zwierzęta stanowiły prywatną własność, tak jak stada bydła i że plamy, które nas tak intrygowały, były to jakby stemple, kładzione przez właściciela.
W parę chwil zabito olbrzymie zwierzę, rozćwiartowano je i rozwieszono nad ogniskami płaty mięsa wraz z wielką rybą, którą indjanie wyłowili w jeziorze.
Summerlee ułożył się do snu na piasku, my jednak poszliśmy brzegiem wody, aby obejrzeć trochę te nowe miejsca. Dwukrotnie napotkaliśmy pokłady niebieskawej gliny, takiej, jaką widzieliśmy już poprzednio na trzęsawisku pterodaktylów. Znajdowała się ona w rozpadlinach dawnych wulkanów i, nie wiem czemu, wzbudziła ciekawość lorda Johna.
Uwagę zaś Challengera pochłonął gejzer, który, parskając i bełkocząc, wytryskiwał z błota. Na tem zaś błocie jakiś gaz tworzył wielkie, pękające wciąż bańki. Profesor nasz wetknął w lepki muł wydrążoną trzcinę i krzyczał z uciechy jak uczniak, gdy za dotknięciem zapałki gaz wybuchł, a błękitnawy płomień ukazał się na końcu trzciny. Ale jeszcze bardziej się ucieszył, gdy skórzany woreczek, który napełnił gazem przez trzcinę, nadął się i uleciał w powietrze.
— Gaz palny i znacznie lżejszy od powietrza — wołał. — Twierdzę bez wahania, że zawiera spory procent tlenu; pomysłowość Jerzego Edwarda Challengera nie wyczerpała się jeszcze, mój młody przyjacielu, i dowiodę wam, że wyższy umysł nagina siły przyrody do swoich celów.
Napuszył się z jakiejś nieznanej przyczyny, ale nie chciał nic bliżej wyjaśnić.
Co do mnie nic wokół nie wydało mi się tak zajmującem jak wspaniała tafla wody. Nadejście nasze i wrzawa, jakąśmy sprawili, wypłoszyła wszystkie żyjące stworzenia za wyjątkiem paru pterodaktyli, które unosząc się wysoko nad naszemi głowami, czatowały na żer. To też cisza panowała wokół obozu, ale różowawe w zachodzącem słońcu wody jeziora wrzały życiem. Wynurzały się zeń wielkie grzbiety, pokryte ciemną łuską, i otulone srebrną pianą zębate skrzela, aby znów po krótkiej chwili zapaść w tajemnicze głębiny. Na dalekich piaskowych ławicach widniały ciężkie, dziwaczne istoty: olbrzymie żółwie, ogromne jaszczurki, a między nimi jakieś wielkie, płaskie stworzenie, podobne do czarnej, tłustej, drgającej skóry, pełzało zwolna ku wodzie. Gdzieniegdzie nad powierzchnią jeziora wysuwały się na długich szyjach głowy wężowe, i przecinając szparko pieniącą się wodę, podnosiły się i opadały pełnym wdzięku, łabędzim ruchem. Gdy jedno z tych dziwnych stworzeń wylądowało na piasku niedaleko od nas, ukazując swoje beczkowate cielsko, zaopatrzone w potężne skrzele u długiej, wężowatej szyi, Challenger i Summerlee, który już się do nas przyłączył, rozpłynęli się obydwaj w zgodnym zachwycie.
— Plesiosaurus! Żywy plesiosaurus! — wołał Summerlee — wielki Boże, że też ja dożyłem takiego widoku! Jesteśmy najszczęśliwszymi z pośród wszystkich zoologów świata, drogi Challenger.
Dopiero gdy noc zapadła i światła w obozie naszych sprzymierzeńców błysnęły czerwono obaj uczeni dali się odciągnąć od czarów tego jeziora. Nawet w ciemności, leżąc nad jego brzegami, słyszeliśmy plusk i chrapanie stworzeń, które kotłowały nieustannie w jego głębiach.
O brzasku zaczął się ruch w naszym obozie, a w godzinę potem ruszyliśmy w drogę.
Nieraz marzyłem o tem, aby być korespondentem z jakiej wojny, ale jakaż fantazja mogłaby odgadnąć okoliczności i otoczenie, w którem marzenie to się urzeczywistni. Oto więc moja pierwsza depesza z placu boju:
Przez noc otrzymaliśmy posiłki, tj. świeży zastęp wojowników z jaskiń, tak, że było nas ogółem od czterystu do pięciuset ludzi. Czoło pochodu stanowili wywiadowcy, za nimi posuwała się wśród krzaków, główna kolumna wojowników, która nad brzegiem lasu rozsypała się w szereg, zbrojny w łuki i włócznie. Roxton i Summerlee zajęli pozycję na prawem skrzydle, a Challenger i ja na lewem. Wśród tych zastępów z epoki kamiennej byliśmy gośćmi z innej epoki, gośćmi uzbrojonymi w sztucery i karabiny, będące ostatnim wyrazem sztuki rusznikarskiej.
Wróg nie kazał nam długo czekać na siebie. Dzikie wstrząsające wycie rozdarło głębie lasu i cała chmara małpoludzi dźwigających maczugi i kamienie, spadła na nasze szeregi. Był to krok mężny ale wysoce nieroztropny, gdyż wielkie, niezgrabne stworzenia nie mogły w ruchach dorównać indjanom, zwinnym jak koty. Okropny był jednak widok tych bestyj, gdy z płonącemi oczyma i spienioną paszczą rzucały się na swych przeciwników, nie mogąc ich dosięgnąć, i wystawiając swe cielska na cel ich strzałów. Jeden z tych olbrzymów przeleciał tuż obok mnie rycząc z bólu; tuzin strzał tkwił w jego piersi i bokach. Z litości wsadziłem mu kulę w czaszkę, i padł wśród aloesów. Nie potrzeba jednak było uciekać się do broni palnej, gdyż atak skierowany był w sam środek naszej kolumny, gdzie indjanie odepchnęli go bez naszego współudziału. Wątpię, czy choć jeden z małpoludzi, którzy wpadli na nas, uszedł z życiem.
Sytuacja jednak zmieniła się, gdyśmy weszli do lasu. Przez godzinę czy dwie toczyła się wśród drzew rozpaczliwa walka. Małpoludzie, uzbrojeni w potężne maczugi, wysuwali się z za drzew i nieraz kładli po trzech lub czterech indjan zanim sami padli przeszyci ich włóczniami. Uderzenia maczug miażdżyły wszystko po drodze; jedno z nich pokruszyło na kawałki sztucer Summerlee i byłoby mu strzaskało czaszkę, gdyby jeden z indjan nie przeszył włócznią serca napastnika. Inni małpoludzie rzucali na nas z drzew kamienie i kłody, a potem zeskakując, walczyli zaciekle póki nie padli pod ciosami. Raz szeregi naszych sprzymierzeńców załamały się i byłyby napewno rozproszyły się w ucieczce, gdyby nie pomoc, z jaką im przyszły nasze karabiny. Zawróceni przez swego starego wodza, indjanie rzucili się do ataku z taką siłą, iż popłoch wszczął się między małpoludźmi.
Summerlee był rozbrojony, ale ja strzelałem bezustannie i pracowały dwa sztucery moich towarzyszy.
Wreszcie losy walki rozstrzygnęły się, panika wszczęła się wśród przeciwników. Z wyciem i jękiem małpoludzie poczęli uciekać na wszystkie strony lasu, ścigani przez indjan, upojonych odniesionem zwycięstwem.
Biegłem i ja za innymi, gdym wpadł na lorda Roxtona i Challengera, którzy szli z przeciwnej strony.
— Skończone — rzekł lord John — mam wrażenie, że lepiej pozostawić resztę indianom. Im mniej ujrzymy z tej ostatniej sceny tem spokojniejszy sen będziemy mieli w nocy.
Oczy Challengera błyszczały dziko.
— Mieliśmy szczęście — rzekł, nadymając się jak cietrzew — uczestniczyć w jednej z wielkich walk świata — jednej z tych co rozstrzygały jego losy. Czemże jest podbicie jednego narodu przez drugi? Niema to znaczenia, bo zwycięstwo tej czy tamtej strony jednakie przynosi rezultaty. Ale te zapasy, odbywają się w zaraniu dziejów, gdy ludzie jaskiniowi zmagali się z tygrysem, gdy słonie po raz pierwszy nauczyły się widzieć w człowieku swego pana — o, to były prawdziwe zwycięstwa. Zwycięstwa, których doniosłość nie da się określić. I oto cudownem zrządzeniem losu danem nam było przyczynić się do jednego z nich; od dnia dzisiejszego na płaskowzgórzu tem zaczyna się panowanie człowieka.
I otóż, według słów Challengera panowanie człowieka zaczęło się na ziemi Maple White’a. Małpoludzie zostali wymordowani, ich osada zburzona, ich samice i młode zabrane w niewolę, a nienawiść i wojna, trwająca od wieków, zalane morzem krwi. Zwycięstwo to przyniosło nam wiele korzyści: Mogliśmy znów powrócić do obozu i odzyskać nasze zapasy. Zdołaliśmy też wreszcie rozmówić się z Zambo.
— Uciekajcie stamtąd, uciekajcie massas! — wołał, wytrzeszczając z przerażenia oczy — djabeł porwać was jeśli zostaniecie.

— Oto głos zdrowego rozsądku — rzekł z przekonaniem Summerlee — mieliśmy już dość przygód, które nie odpowiadają ani naszemu stanowisku, ani naszej powadze. Trzymam pana za słowo, kolego Challenger. Od dnia dzisiejszego wytęży pan wszystkie siły, aby znaleść sposób wydobycia się z tego potwornego kraju i powrotu do ucywilizowanego świata.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Arthur Conan Doyle i tłumacza: Anonimowy.