Śmierć. Studyum/2 marca

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ignacy Dąbrowski
Tytuł Śmierć
Podtytuł Studyum
Pochodzenie Pisma Ignacego Dąbrowskiego, tom I
Wydawca Jan Fiszer
Data wydania 1900
Druk Warszawska Drukarnia i Litografja
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


2 marca.

Wieczór wczorajszy spędziliśmy dosyć znośnie. Zośka dokazywała jak łobuz, Stach zawiesił na kilka godzin swoje ponure poglądy na teraźniejszość i różowe na przyszłość, a ja dostrajałem się do nich, jak mogłem. Dopomagała mi w tem gorączka, która wieczorami dochodzi do 39 stopni.
Nigdy nie doświadczyłem na sobie takiej zmienności humoru — jak teraz. Byłem, co prawda, zawsze dosyć fantastycznym, nawet dziwacznym w swej zbytniej drażliwości, — ale wtedy okres humoru lub niehumoru trwał przynajmniej dni kilka, choćby dzień cały. Wstawałem, jak mówi Stach, lewym lub prawym bokiem — i już do wieczora byłem krzywym albo prostym. Teraz zupełnie co innego. Dziesięć razy na dzień zmienia się mój nastrój. Po wesołości następuje apatya, po apatyi podniecenie, potem smutek, przygnębienie, znów wesołość i t. d. de capo. I to bez żadnych usprawiedliwiających powodów, — ot tak sobie z niczego. Myśl, skacząc z przedmiotu na przedmiot, poddaje się biernie chwilowym wrażeniom i pociąga za sobą duszę, zabarwiając ją odpowiednio. I co dziwniejsze, że świadomość moja nic nie traci na swej sile: kontroluje, jak dawniej, wrażenia, nastrój myśli i daje zupełnie wierne odbicie wnętrza duszy. Ale tu się kończy jej rola, Stoi, jak niemy świadek, wypatruje wszystko, nawet gani lub chwali, — ale jakby sama dla siebie, nie wysyłając rozkazów. Mam od niej carte-blanche zupełną: mogę być nie takim jakim być powinienem lub chciałbym, — ale jakim mię zrobi wpływ zewnętrzny.
Dziś, bardziej niż kiedykolwiek, czuję się biernym na wszystko; a że nie chcę być dowolną igraszką zmiennego humoru, zasiadłem więc do pisania i mam zamiar pisać długo, tembardziej, żem kilka godzin pędził na refleksyach, z których wyciąg chciałbym obie zachować. Dziś rano wpadła do mnie na chwilkę Zosia, powracając z kościoła. Wstała umyślnie wcześniej, żeby być na nabożeństwie popielcowem. Za jakie grzechy, za jakie nadużycia rozkoszy świata posypał jej ksiądz głowę popiołem, sam nie wiem. Ale to biedactwo czuło się w obowiązku uczestniczenia w tym pokutniczym obrzędzie. Lecz mniejsza z tem: to kwestya jej wiary, a dobrze, że ją ma. Zosia, jak nie ma samowiedzy swego życiowego położenia, tak też i nie ma jej względem swej wiary, To ją właśnie chroni od wszelkiej przesady na punkcie religijnym, bo tylko samowiedza swej wiary i pobożności popycha umysł na drogę fanatyzmu i bigoteryi. Wiara jej płynie wprost z duszy, tak, jak myśli z jej głowy, i Zosi ani przez myśl nie przejdzie możliwość niewierzenia. Jeżeli słyszała co o ludziach nie„wierzących, nie może ich sobie na pewno wyobrazić jako istoty zwykle, co dzień spotykane. Są oni dla niej jakby ludźmi innych planet, z innymi nosami, z inną głową, z innymi mózgami. Sądzę, iż, gdybym jej pokazał jednego z takich niewierzących, przypatrywałaby mu się ciekawie, a potem byłaby zdziwiona, że tak jak drudzy wygląda. Dlatego też ani przypuścić jest zdolną, że Stach i ja należymy właśnie do tej kategoryi niewierzących. Ja jej, naturalnie, nigdy nie mówiłem o tem, — raz, że nie chciałbym jej zasmucać, — a po drugie, że kwestya ta była mi dotychczas dosyć obojętną. Jakieby wrażenie wywarła na niej taka wiadomość, nie mogę przesądzać. Alboby sama straciła wiarę, poddając się biernie wpływ owi, alboby po raz pierwszy doznała druzgocącego ciosu.
A że nic o tem nie wie, przekonałem się dziś rano. Wstąpiła do mnie dlatego jedynie, żeby mi przynieść trochę popiołu, zabranego w książkę do nabożeństwa. Nastrajając się poważnie, użalała się nademną, że nawet do kościoła z powodu choroby pójść nie mogę. Ja jej nie wyprowadzałem z błędu, podziękowałem za pamięć i za ten pacierz, który za mnie zmówiła. Popiół pozostał.
Teraz ten popiół leży przede mną, a ja, patrząc nań, pytam sam siebie: gdzie się podziała wiara moja?
Żebyż choć taki, jak ten popiół, ślad z niej pozostał!
Nie wiem, czy jej żałuję, — nie wiem, czyby mi było z nią lepiej, — ale to wiem, że tak, jak ja ją straciłem, nie powinno się jej tracić.
Bo nie rzuciłem wiary, lecz straciłem ją, — a to wielka bardzo różnica.
Rzuca się rzecz niepotrzebną, starą, zużytą, rzuca się wtedy, kiedy nam o nią nie idzie, bośmy się w nową zaopatrzyć potrafili, — a traci się lub gubi zawsze coś jeszcze potrzebnego, po czem zostaje jakaś pustka.
We mnie także pustka teraz.
Kiedy ona powstała, po czem, w jakich okolicznościach, nie mógłbym tego określić. Są ludzie, których ta przełomowa chwila zaskakuje z nienacka, po przeczytaniu jakiegoś dzieła, lub po bezsennej nocy, strawionej na rozmyślaniach. We mnie nic podobnego nie zaszło. Dawnych wierzeń pozbywałem się po trochu, niepostrzeżenie, rzekłbym — bezświadomie. Każde naukowe prawo natury, każdy systemat filozoficzny, chociem go nie przyjmował w posiadanie, ujmowały ze mnie jakąś dawną cząsteczkę, i tak po odrobinie wyciekło gdzieś wszystko — bez walki, bez żalu, bez dokładnego pojęcia o tem, że coś tracę i co tracę.
Jeszcze raz powtarzam — wiary tej ja może nie żałuję teraz, ale to czuję, że nie tak ją tracić należy.
Tu powinna być walka, opór, zaciętość, tu powinna być świadomość tego, co się zwala, dlaczego i czem się zastępuje obalone bożyszcza.
Ja nic nie obalałem, nic nie odrzucałem, lecz tylko pogubiłem wszystko, — no i nic nie mam.
Nie ja jeden tak tracę wiarę. My ją niemal wszyscy gubimy w ten sposób, nieopatrznie rozrzucając gdzieś po całym świecie po okruszynie, po strzępku, żeby potem mieć przyjemność po-wiedzenia sobie: „jesteśmy zwierzęta.“
Ulegamy jednemu i temu samemu procesowi psychicznemu, kiedy naiwnie pojmowany krytycyzm olśniewa nam mózgi. Tak i ze mną było.
Początkowe wychowanie odebrałem zupełnie religijne, to też do 16-go roku życia utrzymałem wszystkie nabytki epoki dzieciństwa. Wiara była dla mnie wszystkiem: przez jej pryzmat widziałem świat i życie, ona była jedynem światłem, rozpraszającem mroki zagadek, jedyną spójnią, łączącą w całkowity systemat wszystkie pojęcia o wszechświecie. Taki pogląd na świat, choć mylny, wystarczał mi zupełnie, i doprawdy byłem wówczas szczęśliwym, choć nie czułem tego.
Minęły jednak te lata. Zaczynałem obojętnieć na siłę tego światła, które, bądź-co-bądź i jakbądź, oświetlało mi przecież wszystko. Obcowanie z kolegami, chęć dostrojenia się do ich kamertonu moralnego, podkopywały coraz bardziej ten gmach, zbudowany z wierzeń. Dziecko przetwarzało się w mężczyznę, a przecież mężczyźnie nie do twarzy modlitwa! Zaczynałem się wstydzić swych zacofanych pojęć. Było to rozluźnienie się wiązań budowli.
Potem należało jakimikolwiek czynami zaświadczyć o liberalizmie poglądów, choćby wbrew własnemu sumieniu. O, bom ja jeszcze wierzył wówczas! Może nie z taką siłą, nie z taką gorliwością, jak dawniej, alem wierzył jeszcze. Odrzuciłem tylko wszystkie zewnętrzne formy i objawy — z początku przez chęć dostosowania się do ogółu młodzieży, a potem z zasady. Nic łatwiejszego, jak wynaleźć zasadę, kiedy chodzi o wytłómaczenie przed samym sobą swych czynów. Jest pewna epoka w życiu, kiedy nie czyny z zasad wypływają, lecz zasady z czynów. A wtedy potrzebowałem jeszcze takich zasłonek, poza któremi możnaby się było schronić przed własnem sumieniem. Ani słyszałem wówczas o istnieniu sofistów, a już tworzyłem sofizmaty.
Formy! Cóż to są formy! To maszynerya, czyniąca z nas manekiny, to nałóg bezsensowny, to próżnia, poza którą nic niema.
Wszakże to nie trudno wpaść na taki pomysł i po raz tysiączny odkryć Amerykę. A jak to olśniewa! Kartezyusz po swejem: „myślę, więc jestem“ nie był tak dumnym, jak ja po wymyśleniu tej wielkiej prawdy.
Trudno mi się jeszcze było zdobyć na wyższy stopień rozumowania, żeby uznać w formach takie niezbędne ciało dla myśli, jakiem jest organizm dla duszy.
Wreszcie-to tak przyjemnie coś burzyć! to taka rozkosz myśleć o wywróceniu świata do góry nogami.
Wszakże i ludzkość w zaraniu swego istnienia zdruzgotała szczęście jakieś, będące jej udziałem. Wszystkie filozofie Wschodu, wszystkie religie o tem tylko mówią. I czy to będzie upostaciowane w grzechu Adama i Ewy, czy ubarwione wszystkimi kolorami symbolicznej poezyi Wschodu, jako mit lub systemat filozoficzny, zawsze się tam jakiegoś błędu, jakiejś ruiny dawnego szczęścia doszukamy. Ktoś zbłądził, my za to cierpimy, — czyż nie tak każda religia istnienie zła i nędzy na świecie usprawiedliwia?
Lecz odbiegłem od rzeczy.
Burzyć coś, kiedy zbudować nic jeszcze nie jesteśmy zdolni-to jedyna namiętność młodości, — a kto wie, czy i nie życia całego. Aby tylko wplątać i naszą niteczkę do ogólnej tkaniny.
Więc burzyłem: z początku niewprawnie, drobnostki, potem całe kawały duszy, potem nicowałem życie, aż w końcu i świat wszystek poruszyć chciałbym z posad. To szybko idzie. Ani się opatrzysz, jak gruzy polecą.
Zdejmować czapkę przed kościołem? Po co? na co? Wszakże Bóg jest wszędzie.
Nic nad to naturalniejszego. No — i nie zdejmowałem czapki.
Pacierz mówić? modlić się? Wszakże Bóg wie najtajniejsze myśli nasze. Myślą, czynami modlić się trzeba, nie słowy i biciem się w piersi.
Prawda! — nie modliłem się już więcej
Pościć? chodzić do kościoła? do spowiedzi? Ależ głupstwo! Nikt prawdziwie intelligentny, a w dodatku mężczyzna, tego nie robi.
I to poszło.
Liść za liściem, gałązka za gałązką, konar za konarem, opadało wszystko z tego drzewa, wyrosłego na gruncie dzieciństwa, hodowanego kołysankami matki i bajkami nianiek.
Opadło wszystko, jakby wichrem zwiał.
Pozostały jeszcze dogmaty. I na nie przyszła kolej, chociaż później znacznie. Ażeby dogmat zburzyć, trzeba już nielada dzioba i zaostrzonych pazurów.
Ale na cóż doświadczenie, na cóż wprawa w burzeniu?
I na to czas nadszedł.
Przedtem jednak miałem jedną chwilę nagłego powrotu do wiary i do całej dawnej naiwności.
Teraz i śmiech mrę pusty porywa, i wstyd mi trochę tej kartki życia.
Był to nagły fajerwerk przygasających szczątków, ostatnie nawiedziny bezpowrotnie minionych chwil błogiej, dziecięcej naiwności.
Kończyłem 6-ą klasę. Bieda, chłód, praca zanadto mi dokuczały, ażebym mógł z lekkiem sercem przedłużać sobie te dnie męczarni. A tu jeszcze w najlepszym razie całe dwa lata pozostawały. Drżałem na samą myśl, że mogę się zatrzymać na drugi rok w tej samej klasie. Rok cały zmarnować! jeszcze rok cały dodać do tych lat strasznych! Tak mi już dokuczyła ta walka z nędzą...
Łacina nie dawała mi spokoju. Kułem wszystkie wyjątki, układałem w mózgu wszystkie wypadki użycia quin i ut — a jednak nie szło. Wreszcie — cóż znaczy nauka w godzinach, kradzionych nocy, po dniu pracy na korrepetycyach, często przy pustym żołądku?
Na marne szła praca.
Zbliżał się dzień egzaminu. Kilka nocy spędziłem nad Cyceronem i gramatyką.Ze znużeniem zasypiałem nad książką, choć co chwila trzeźwiłem się wodą sodową, przykładając usta do samego kranu, żeby najmniejszej cząstki orzeźwiającego gazu nie stracić. A syfon wody 20 groszy kosztował...
Nie szło jednakże. Taką już widać miałem tępą głowę do łaciny.
Aż nadeszła wreszcie ostatnia noc. Sen mi oczy zasłaniał, głowa ze znużenia opadała ciągle na książkę, — siedziałem jednak noc całą.
To pamiętna noc dla mnie, boleśnie pamiętna.
Dla oszczędności nafty, przyćmiona lampa słabo oświecała pokój. Traciłem nieraz świadomość czasu i miejsca, a myśl, odrywając się od Cycerona, który leżał przedemną, ciągle gdzieś ulatywała w przestrzenie. Majaczyłem i zasypiałem. Myślałem chwilami o innych ludziach, choćby o uczniach moich, i ciągle się z nimi zestawiałem.
— Ot, oni szczęśliwi. O każdym z nich ktoś pamięta, troszczy się, opiekuje, a ja tylko między nimi jestem sam jeden, jak palec, rzucony w świat, na walki i gorycze. Nikt się mną nie interesuje, nikt ręki pomocnej nie poda, muszę sam jeden, o własnych siłach, dobijać się chleba kawałka i jeszcze innym dopomódz. I to sam, sam jeden, bez ręki bratniej, bez niczyjego serca, bez...
Tak sobie myślałem.
Brzask już był na niebie, wschodni skrawek horyzontu zaróżowił się i ział światłością. Cały świat zabarwił się błękitem i tonął w ogólnym oceanie dziwnej błogości nieba.
Zgasiłem światło.
Cały pokój zaczął nasiąkać tą atmosferą niebieską, jaka wszechświat zatapiała.Czułem niebo dokoła. Błękit wszechoceanu zaczął mi się wdzierać w mózg, w duszę, i napełnił światłością i upojeniem.Roztapiałem się w tej niebiańskości, anielała mi dusza-i byłem w niebie...
W niebie? Wszakże tam Bóg panem? Czułem Go, widziałem niemal.
On był wielki, potężny, jedną ręką kierował ruchem wszechświata, drugą sypał dobrodziejstwa i łaski.
Takim Go widziałem, takim mieć Go chciałem, takim mię Go widzieć nauczono...
Na kolana!
Zgiąłem kolana.
Zacząłem się modlić...
— Tyś jest wielki, Boże, dobry, wszechmocny, miłosierny! Wysłuchaj modlitwy dziecka twego, które z ufnością i pokorą śle Ci słowa skargi i prośby...
I płynęła modlitwa...
Przypomniały mi się lata, ubiegłe już dawno, kiedym błagał w modlitwie o zdrowie i życie matki, kiedym z naiwną ufnością wymagał od Niego, by zmienił tor biegu świata i ocalił mi to najdroższe życie.
Nie wiele pragnąłem teraz. Niech mi choć jednym promykiem rozjaśni życie, pełne walk i trudów. Niechaj wejrzy Swem okiem i obaczy, że mi jest źle na świecie.
Samotny, opuszczony, borykam się wśród ludzi i nie dobrze mi, chłodno, i ciężko... nieraz nad siły ciężko...
Egzamin! Zanadto mi on ciężył na duszy, żeby mi teraz nie przyszedł na myśl.Tak-błagałem Boga, żeby mi dla Swej wszechmocności dopomógł, zezwolił, rozkazał...
Prosiłem jak dziecko małe, które się modli do Bozi o ulubiony przysmaczek lub zdrowie lalki. Wróciła mi cała prostota wiara dziecinności.
Szlochałem i zawodziłem.
Wreszcie uląkłem się ogromu mych żądań. Już nie o szczęście błagałem, nie o usunięcie cierni życia przedemną, nie o chleb powszedni, tylko o to fatalne jutro, o które życie moje miało się tak zahaczyć.
Słońce już weszło zupełnie i dzień był wielki, a jam się modlił jeszcze, i błagał Boga.
Wreszcie znużony, w płaczu, zasnąłem, z głową zwieszoną na parapet okna, na kolanach...
Nie zdałem.
Ogarnęła mię wściekłość. Zdawało mi się, żem miał prawo mieć o to żal do Boga.
To też krnąbrność i pycha wsączyły mi się w serce.
Drwiłem, szydziłem, bluźniłem.
Wreszcie wstyd mi było przed samym sobą. Tak się upokorzyć, tak zdziecinnieć, tak się zaprzeć całego dobytku rozumu, którym się w owe czasy niezmiernie szczyciłem — i za to nic nie otrzymać!
Czułem urazę i miałem jakąś rozkosz w myśli; że mogę coś zarzucić temu najdobrotliwszemu Bogu, przed którym kolana zginają.
Dzieckiem byłem jeszcze.
Nowe wrażenia jednak szybko zatarły to bolesne przejście i gniew mój bezsilny.
Zobojętniałem dziwnie. Dogmat za dogmatem leciał w gruzy, a ja dopomagałem jeszcze do tej niszczącej pracy. Przeczytałem kilka książek, w których nic nie było o Bogu, zapaliłem się do fizyki, zasłyszałem coś o Wolterze i Darwinie, jednem słowem mądrzałem strasznie. Nigdy nie uważałem się za tak wszechstronnie mądrego, jak wówczas. Z dumą spoglądałem na swych kolegów, stawiając się w duszy nieskończenie od nich wyżej. Niema ludzi bardziej zaufanych w siebie i dumnych ze swego rozumu i wiedzy, jak właśnie 19—letni młodzieńcy.
Szukałem ideału, biegłem z życiem w szalonym pędzie, aż w tej pogoni pogubiłem wszystko.
Z całej dawnej wiary pozostało mi jeszcze mgliste pojęcie o Bogu, jako najwyższej, kierującej i twórczej istocie, i o nieśmiertelności duszy. Te przetrwały najdłużej, bom ich strzegł i trudno mi się było tak rozstać z niemi bez nowych urojeń, które by dawniejsze zastąpiły. Zawsze to przykro spaść z tak wysoka.
Aż pewnego dnia zapytałem siebie: dlaczego przechowuję jeszcze w głębi duszy te szczątki dawnej wiary?
Nie umiałem, na to odpowiedzieć.
Nie umiałem bom nie mógł żadnem rozumowaniem poprzeć tych archaizmów, jakie mi gdzieś po zakątkach mózgu tkwiły,
Od tej chwili straciłem duszę i Boga.
Czy cierpiałem wówczas nad tem? Nie. Nie zdawałem nawet sobie sprawy, że to jeden z najważniejszych przewrotów w życiu. Lekko, swobodnie, nawet wesoło, załatwiłem się z temi szmatami pieluch, jak nazywałem wtedy te przeżytki umysłu i ani chwili jednej nie zastanawiałem się nad tem, czem zastąpię powstałą próżnię.
Więcej nawet powiem: doznawałem jakiegoś zadowolenia z poczucia swobody i niezależności, jakbym się wyzwolił z pod ostrej i przemożnej a uciążliwej kontroli. Niema Boga? Tem lepiej. Jeżeli On jest niczem, jam wszystkiem, ja panem, ja sędzią siebie, jak już Słowacki powiedział.
W pewnym okresie wieku takie poczucie własnej niezależności wydaje się niemal szczęściem. Ulegałem i ja tej zwykłej kolei życia. Ot, umarł sobie starowina dziadek, niezły, ale zrzędny, czasem nudny, czasem przestarzały w swych pojęciach, nieraz surowy i niewyrozumiały na prawa młodości, którą przeżył dawno, a zawsze krępujący i pełen wymagań.
Umarł? — a no, nażył się już sporo, czas miejsca innym ustąpić.
Tak sobie jakoś wyrozumowałem.
I było mi z tem dobrze. Ukończyłem właśnie gimnazyum i wstąpiłem na uniwersytet. Nowe wrażenia, odmienny tryb życia, pochłaniały mię w zupełności. Swoboda, jakiej używałem po wyjściu z klauzury gimnazyalnej, olśniła mię na czas jakiś. Życie prowadziłem nad wyraz nieporządne. Tłumione dotychczas żądze wystąpiły z całą siłą. Popłatniejsze trochę lekcye pozwalały mi na zakosztowanie niejednego zakazanego owocu. Wreszcie — różne tam były historye.
Używałem więc trochę.
Zmieniłem się do niepoznania. Z dawnego pilnego i naiwnego chłopca przeobraziłem się w studenta hulakę, z szyderczym uśmiechem na ustach, pustką w głowie, a nicością w duszy.
Tak mi zeszedł pierwszy rok życia uniwersyteckiego. Cudem jakimś udało mi się tylko przejść na drugi kurs: zupełnie nie uważałbym się za pokrzywdzonego, gdyby mię na drugi rok zostawili, tak dalece zaniedbałem się w pracy.
Wtedy dopiero po raz pierwszy od roku przejrzałem. Zrozumiałem całą czczość i bezcelowość takiego życia, jakie prowadziłem dotąd i jak rzucałem się w nie bez zbytniego zapału, tak też i bez żalu je porzuciłem.
Przytem i zdrowie coraz bardziej zaczęło mi niedopisywać.
Otrząsnąłem się szybko. Wróciło zamiłowanie do pracy, wrócił rozsądek, — ale nie wróciły się już ani zdrowie, ani wiara. Wraz z rumieńcami na twarzy zniknęła dawna prostota; zrobiłem się bardziej złożonym, jakby powyginanym na wszystkie strony, a przez to kruchszym i słabszym.I już nigdy nie mogłem się naprostować. Sielsko-anielskie dzieciństwo ustąpiło młodości górnej a chmurnej. I dziś...
Eh, co tam!...
Tak to ja straciłem wiarę.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ignacy Dąbrowski.