Zygmuntowskie czasy/Tom II/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zygmuntowskie czasy
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt
Data wydania 1873
Drukarz Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cała powieść
Pobierz jako: Pobierz Cała powieść jako ePub Pobierz Cała powieść jako PDF Pobierz Cała powieść jako MOBI
Indeks stron
VIII.
URWIS.

Wróćmy teraz do plebanji, gdzieśmy zostawili Maćka sierotę, ukrytego przez Magdę, Klechów rozmawiających na ganku i Lagusa spiącego w karczmie.
Zaraz po obiedzie, w czasie którego organista ciągle się zżymał na samą myśl, że przytulony sierota przykłada się do oczyszczania mis i odjada go, rozeszli się Klechowie po wsi. Została Magda tylko w kuchni, a Maciek w izbie proboszcza.
Dziwnie czegoś stara kucharka zamyślała się sparta na odrapanym łokciu, jak nigdy nie bywało, widok Lagusa wprawiał ją może w te myśli niezwykłe. Widzieliśmy, że w czasie opowiadania Maćka wyrwała się mimowolnie z wyrażeniem dającem do zrozumienia, iż dziad ten obcy jej nie był. Widzieliśmy, że przybycie jego uczyniło także wrażenie na kucharce.
Przeszłe jej życie, pokryte dla nas najgrubszą ciemnością, dozwala domyślać się dawnych jakichś, nie zapomnianych jeszcze stosunków.
Nie długo zasnąwszy Lagus przebudził się i posłyszawszy głosy w karczmie, udał wewnątrz. Tam już była cała klesza gromadka, w towarzystwie Zawalidrogi i innych wieśniaków piwo zapijająca. Posiedziawszy chwilę na ławie i dowiedziawszy się zręcznie, że pleban nie wrócił jeszcze, z udaną obojętnością Lagus wszedł wprost do plebanji.
Psom które nań szczekać poczęły przeraźliwie we wrotach, rzucił przygotowane gałki z torby, a sam oglądając się do koła z miną człowieka, dla którego żaden rzut oka nie jest straconym, pospieszył ku gankowi. Magda już była w progu, ale pomięszana niewymownie i sama niewiedząc co począć z sobą. Chciała wołać na czeladź, ale głos jej zamierał w ustach. Z wejrzenia znać było, jak srodze lękała się Lagusa.
Dziad nic nie mówiąc do niej, usiadł na ganku.
— Ha! nie poznaliście mnie, pani gospodyni, rzekł po chwilce, a powinnibyście taki trochę pamiętać, bośmy dawniej z sobą bywali.
— Na Boga cicho, cicho. Jeszcze kto posłyszy!
— A cóż mi tam, niech słuchają. Toż gdyby spytali, potrafię powiedzieć i gdy was widziałem i coście tam robili w Krakowie.
— Milcz, stary, czego chcesz odemnie? Czego chcesz?
— Ot! naprzód jeść by się należało, rzekł Lagus podnosząc łeb.
Magda poskoczyła do kuchni, dziad tymczasem uchylił drzwi komnaty księdza i spojrzał. Maciek spał na posłaniu. Pokręciwszy głową, Lagus usiadł znowu na swojem miejscu. Wkrótce kucharka mu wyniosła misę strawy i kawał chleba z serem.
— Na, jedz i idź sobie z Bogiem, odezwała się stawiając przed nim. Bodaj ci bokiem wylazło.
— O! o! a na cóż te klątwy! na starego przyjaciela.
Spokojnie, powoli, zajadał dziad, niekiedy tylko rzucając na Magdę wejrzeniem, którego ona napróżno chciała uniknąć. Skończywszy strawę, a schowawszy chleb i ser do torby. —
— To się przyda, rzekł, na głodny dzień.
— Z panem Bogiem, zawołała Magda i idźcie sobie, niech was Bóg prowadzi.
— Już to byście mnie wygnać chcieli? spytał Lagus szydersko. Oj! a kiedy nie pójdę?
— Ksiądz zaraz powróci.
— Albo to ja się go boję?
— Klechowie nadejdą.
— Piją oni i pić będą pewnie do wieczora. Zresztą choćby też i wrócili?
— Ale ja nie mam czasu, zawołała Magda, iść muszę.
— To idź sobie, rzekł dziad, ja tu posiedzę. Co to boicie się, abym czego nie ukradł?
— Może i to być.
Dziad pokręcił brodą, chrząknął i wstając rzekł:
— Czekać muszę na proboszcza, żeby mu coś powiedzieć o jego kucharce.
Magda zbladła.
— Tylko mnie nie strasz, jak by przyszło gadać, znalazłoby się co i o tobie, stary.
— To ja wiem, żem nie anioł.
— Boś czart duszą i ciałem.
— To, to nic. Ale, człeczysko jak wszyscy. Słuchaj no Magdo, jest tu u was chłopiec jakiś?
Kucharka zafrasowała się, poczerwieniała, otarła fartuchem i żywo odpowiedziała:
— Był, ale poszedł.
— Doprawdy? drwiąco rzekł dziad, a! poszedł! poszedł spać. Nie prawdaż?
— Kiedy ci mówię, że poszedł.
— Kiedy ci mówię, że jest.
— Nie ma.
— Tylkom co go widział śpiącego, odparł Lagus.
— A choćby i był, to cóż? nabierając odwagi zawołała kucharka.
— Ja go potrzebuję i muszę z sobą wziąść, krzyknął dziad wstając. A nie, a będziesz ty mi się przeciwić, to poczekam na proboszcza i powiem mu wszystko co o tobie wiem.
— Gadaj sobie, — z udaną obojętnością zawołała Magda — nie boję się.
— Nie boisz? zobaczemy!
— Zobaczemy.
Nastąpiła chwila milczenia, Lagus poskrobał się w głowę.
— Długo czekać, rzekł, a mnie pilno.
— Cóż będzie Magdo?
— Nic nie będzie.
— To taki chcesz, abym wszystko wyśpiewał, abyś miejsce utraciła, a może i gorzej jeszcze?
Magda była tak pomięszana, że słowa wyrzec nie mogła.
— A jak mi pozwolisz chłopca wziąść.
— Choćbym go i wziąść dozwoliła, to jak? — cicho odezwała się kręcąc fartuch w palcach.
— E! na to poradzim. Ty pójdziesz go zbudzić i powiesz mu, że kobieta jakaś czeka na niego w karczmie i przysyła za nim.
— Ale ja tego nie zrobię.
— Dla mnie Magdo? śmiejąc się rzekł Lagus. Co to tobie się stało? ty dawniej taką nie byłaś upartą, pamiętasz?
Kucharka aż się cofnęła, całą jej twarz oblewał pot zimny.
— A nie, to poczekam na księdza proboszcza, obojętnie rzekł Lagus siadając.
I spojrzał na nią, ona nic nie odpowiedziała, ale dziad widział już że ją strachem pokonał, wziął kij w rękę, nasunął czapkę na oczy i odchodził.
— Powiedz mu, rzekł cicho, że jakaś kobieta czeka na niego w karczmie, słyszysz! powiesz?
— Powiem, szepnęła Magda. Ale ty go nie zabijesz Lagus?
Dziadzisko ruszył ramionami i ozwał się odchodząc:
— A po kiego djabła?
Ufny w przyrzeczeniu kucharki, poszedł nie odwracając się już do wrót, a psy nań nie szczekały. Oba leżały i dyszały pod krzakami, jakby je pragnienie wewnętrzne paliło, a sił nie miały wstać i pójść do wody, Lagus spojrzał na nie uśmiechając się.
Po odejściu dziada, Magda usiadłszy na ganku płakać poczęła gorżko. Za swoją to zapewne młodością, którą odpokutowywać srodze musiała, gdy jej już po trosze zapomniała, za dawnemi przewinieniami, które jej Lagus przypomniał. Kilka razy szła do drzwi, gdzie spało dziecko, wracała i płakała znowu. Aż Maciek przebudzony sam wyszedł w ganek.
Na widok uśmiechającej się twarzyczki biednego dziecięcia, kobiece serce zadrgało w piersi, ciężko było tego aniołka wydać w ręce Lagusa, którego zdawna znała, którego się lękać miała prawo. Strach o siebie kilka razy naglił ją wyprawić Maćka do karczmy, to znowu litość wstrzymywała. W tej walce bojaźni z uczuciem politowania, zwyciężyło nareszcie uczucie szlachetniejsze. Tak dzieje się zawsze w sercu kobiety, gdy tylko ma czas wyrobić w sobie zwycięztwo. Całkiem przeciwnie dzieje się z mężczyzną.
— Słuchaj, rzekła Magda zbierając się na odwagę. Lagus nie poszedł, on tu jest, czatuje na ciebie, czeka pod karczmą. Może napaść w nocy. Idzie z Krakowa. Uciekaj.
— Dokąd? — spytał chłopiec — nie wiem drogi, nie mam chleba.
— Uciekaj nazad do Krakowa, żywo dodała kucharka, on cię tam szukać nie będzie. Ja mu powiem, żem cię wyprawiła w inną stronę. Oto masz chleb, zawołała biegając i krzątając się, uciekaj. Nie idź wielką drogą. Szedłeś tu z Krakowa, trafisz więc nazad, tam będziesz bezpieczniejszy.
To mówiąc Magda sama trzęsąc się ze strachu wyprawiała Maćka, który starał się napróżno wzbudzić w sobie odwagę. Wspomnienie napaści przestrach w nim wzbudzało, uczucie swojej bezsilności przerażało chłopca. Dając się jednak przekonać kobiecie, która z wzruszeniem ukazywała mu prostą drogę po za plebanją, krzakami idącą, Maciek z młodzieńczym pospiechem ruszył co tchu.
Dopóki widzieć go było można, Magda stała i patrzała, nareszcie straciwszy z oczów, wróciła do plebanji, i jęła się z pozorną obojętnością zamiatać i porządkować w izbach.
Nie upłynęła godzina, a Lagus był znowu w dziedzińcu. Chmurnem okiem popatrzył na Magdę i z gniewem zawołał:
— A co?
— Co? wszakżem ci go posłała, nie ma kwadransa jak poszedł.
To mówiąc kobieta roztwierała umyślnie drzwi izby, w której Maciek spał wprzódy, i tak doskonale udawała zadziwioną, że dziad na chwilę dał się uwieść.
— Pewnie? spytał.
— A jużciż pewnie! Takiegoś mnie strachu napędził.
— Którędy poszedł?
— Ku wsi, powiedziałam mu że na niego tam kobieta czeka w karczmie, a jeśli by jej nie znalazł, aby dalej wprost drogą doganiał.
Dziad niby wahał się, wątpił, ale zaraz potem, upewniony wejrzeniem śmiałem Magdy, słowa nie rzekłszy poszedł.
Nad wieczorem popowracali Klechy z karczmy, i Magda łatwo im wytłumaczyła odejście Maćka. Organista wielce się tem ucieszył. Ale dla wszystkich straszny był powrót plebana, który w rzeczach jego samego się tylko tyczących powolny aż do zbytku, gdy o wiarę, obowiązki lub bliźniego chodziło, nie przebaczał. Jakoż na pierwsze pytanie zmięszała się Magda najbardziej i nie wiedziała co mówić; ale proboszcz nie dał się uwieść ponowionym z początku zapewnieniom, że chłopiec poszedł dobrowolnie.
Psy swoje podwórzowe zobaczywszy strute, miarkując coś z pomięszania kobiety, począł ją wybadywać pilniej.
Nie wchodząc w szczegóły, gospodynia zeznała, że wyprawiła chłopca, lękając się aby go przybyły dziad nie pochwycił. Opowiedziała gdzie, w którą stronę poszedł. Ale już nie czas było gonić za nim, choć proboszcz z razu chciał to uczynić. Lagus, pomimo że się jego przybycia co chwila spodziewała Magda, nie ukazał się dnia tego, ani następnych.
Tylko z wieczora jakiś nieznajomy człowiek dowiadywał się pilnie o niego w karczmie i na probostwie. Żyd widział go idącego w stronę przeciwną Krakowa. Tam też pogonił za nim jezdny.
Wróćmy do Maćka, który pędzony strachem, przedziera się nieznajomemi drogami ku Krakowu. Sam jeden, o kawałku chleba tylko, bez grosza, ranny jeszcze, bo głowa nie miała się czasu zagoić, puścił się żywo z Zębocina ku stolicy nazad. Spodziewał się on znaleść tam Agatę, pana Czuryłę i opiekę Senjora bursy, ale lękał spotkania z Urwisem, który go wydał w ręce dziadowi.
Nie wiedząc jeszcze jak sobie pocznie z nim, jak da rady później, unikając bliższego niebezpieczeństwa, żywo szedł w skazanym mu kierunku. Minął miasteczko i puścił się polami; nogi znużone dygotały pod nim, a strach naglił, obracał się co chwila poglądając czy dziad za nim nie goni, ale nie było nikogo. Nieco uspokojony, począł się modlić, bo wychowany przez kobiety i księdza, miał we zwyczaju modlitwę, tak że usta same się do niej niejako, nie czekając duszy sklejały. Dusza później dopiero na słowo przylatywała.
Dzień wietrzny i chłodny miał się ku schyłkowi, czerwono zaiskrzone niebo, poprzecinane chmurami sinemi i granatowemi, coraz a coraz ciemniało. Przed nim dymiła w parowie leżąca wioska z krzyżem kościoła, żurawiami swych studni i stadem wron unoszących się nad gołemi drzewy. Ludzie wracali z pól z pługami, witając podróżnego pobożnemi słowy:
— Niech będzie pochwalony.
Nagle jak widziadło jakie, przed zamodlonym stanął z twarzą zaognioną i oczyma błyszczącemi — Urwis.
Pierwszą myślą Maćka było uciekać, ale nim mógł zawrócić się, już schwycony silnie za rękę, wyrwać się nie mógł.
— Bracie, ach! bracie, zawołał spotykający go żak, ja za tobą gonię! Przebacz mi, jam cię zdradził! Na Boga, nie wiedziałem, co ten pies chciał zrobić z tobą, skłamał przedemną mówiąc, że cię do jakichś krewnych chce prowadzić. Klnę ci się na Boga, na wszystko święte i na pamięć biednego ojca mego, żem ci źle uczynić nie chciał. Dowiedziawszy się, żeś piekielną zdradą dostał się z mojej przyczyny w ręce łotrowskie, biegłem umyślnie za tobą, aby cię bezpiecznie do Krakowa zaprowadzić. Daruj mi! odtąd bratem ci będę i obrońcą. Chodź, chodź!
Pomimo widocznej szczerości tych wyrazów Urwisa, który burzył się sam myślą swej mimowolnej zdrady, Maciek bojaźliwie go powitał i nie bardzo chciał mu dać wiarę. Ale wkrótce niepojęta władza szczerości i prawdy, tchnąca ze słów żaka, zajrzała mu do serca.
— Więc tyś mnie źle nie życzył? spytał, ty nic nie wiedziałeś?
— Na imię ojca, to u mnie największe zaklęcie, przysięgam, że nic nie wiedziałem. Teraz, ja i ty, dwa palce jednej dłoni, nic nas nie rozdzieli.
Tu dopiero powoli idąc ku wsi, oba poczęli sobie wzajemnie rozpowiadać co się działo w Krakowie po porwaniu Maćka; co się działo z Maćkiem od czasu porwania.
Urwis, zepsute chłopię, miał jednak serce młodzieńcze, co się łatwo poruszało, słysząc jak dziad męczył Maćka, burzył się i pięści zaciskał.
Stanęli w plebanji na noc, gdzie naturalnie jako żacy do szkoły się wprosili. Ledwie się spać układli, gdy głos Lagusa dał się słyszeć pode drzwiami, Maciek struchlał, Urwis pochwycił na nogi.
— Pozwolicie przenocować, rzekł Lagus za drzwiami do dzwonnika, chłód na dworze, idę z miejsc świętych, od Kalwarji.
Nie słychać było odpowiedzi, ale widać dozwolono dziadowi położyć się w szkole, bo drzwi się przetwarły i wskazano komuś miejsce pod piecem. Ciemno było w izbie zupełnie. Lagus zrzuciwszy sakwy, marmocząc pacierze upadł znużony na przypiecku.
Urwis tymczasem ściskając rękę Maćka aby milczał, podniósł się nieco, słuchał i gotował kij podróżny, rozszarpując sznury swojej torebki.
Wkrótce ucichły pacierze i głośne chrapanie znać dało, że dziad usnął. Urwis zbliżył się ku niemu, obmacał ostrożnie i dopatrzywszy, że ręce obie nad głową założył, ściągnął je kluczką swojego sznura. Nim dziad się przebudził, trzy czy cztery razy obmotał mu pięści, a korzystając z bezwładności ich, począł obwiązywać gębę.
Silny łotr rwał się i miotał na wszystkie strony, ale napróżno, sznur był mocny, płachta zatulająca gębę w kilkoro złożona, do tego jeszcze nielitościwy Urwis po cichu zwalił blisko stojącą ławę dębową na piersi dziadowi, i tak wszystko urządziwszy aby do ranka ruszyć się nie mógł, sam wziąwszy za rękę Maćka, po cichu ze szkoły oknem wylazł.
— Nie bój się, rzekł mu gdy wyszli, mamy całą noc przed sobą, a ja drogę doskonale znam.
I to mówiąc pospieszył za płotami na gościniec, który ku Krakowu zmierzał.

KONIEC TOMU DRUGIEGO.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.