Z poematu: „Śmierć Agi Izmaela Czengisa“

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ivan Mažuranić
Tytuł Z poematu: „Śmierć Agi Izmaela Czengisa“
Pochodzenie Antologia poetów obcych
Data wydania 1882
Wydawnictwo H. Altenberg
Drukarz F. A. Brockhaus
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Ján Kollár
Władysław Syrokomla
Źródło Skany na Commons
Inne Cała antologia
Pobierz jako: Pobierz Cała antologia jako ePub Pobierz Cała antologia jako PDF Pobierz Cała antologia jako MOBI
Indeks stron
Z POEMATU:
„ŚMIERĆ AGI IZMAELA CZENGISA“.
(Z JANA MAZURANICZA.)

Hufiec czetyński na wojnę wyrusza:
Idą junacy, odważni rycerze;
Mała ich liczba — ale chrobra dusza.
Choć się zaledwie do stu mężow zbierze.
Dobór urody, albo piękne twarze,
Nie były głównym tego wojska celem:
Każdy chce lecieć w bój z nieprzyjacielem,
I tak się sprawić, jak mu serce każe.

Tu każdy gotów dać swe życie młode
Za krzyż Chrystusa i za chrzestną wodę.
Dziwnyż to hufiec! nie szedł na okrzyki;
Cóż było hasłem czarnogórskiej rzeszy?
— „Hejże! Kto junak, niech idzie w przesmyki,
Hejże! Kto junak, niech w wąwozy spieszy!“


Nigdy tutejsze wąwozy i skały
Takiego hasła im nie powtarzały.
Lecz się głos duchów przed nimi wynurza,
Zda się, że duchom spieszyli z posługą:
Szept tajemniczy w pośrod Czarnogórza
Z jednej się skały przenosił na drugą.
Wtedy się zdają niesłychane dziwa,
Że to odżyły urwiska surowe,
Że zimny kamień powoli odżywa,
I drga, i rusza, i podnosi głowę.
Z szeroką piersią, z za skały pochyłéj,
Wychodzi na jaw, stawiąc pewne kroki,
Jak gdyby cudem w jego zimne żyły,
Krwi rozognionej wtrysnęły potoki.
Długi karabin na mocnym rzemieniu
Zdaje się sięgać ku niebios sklepieniu;
A co tam w pasie, pod struką szeroką,
Tego już nigdy nie dojrzy twe oko.

Z pod skał urwistych wyszła mgła podziemna
Każdy pospiesza kędy duch go wzywa.
Godzina głucha — a noc taka ciemna,
Żadna się gwiazda z chmur nie wydobywa.
Nie krucy lecą — to idą górale,
Przed nimi rycerz co rozkazy dawa:

Jeden drugiemu szepce poufale,
Że to jest Mirko, Czarnogórców sława.

Dokąd tak pilno dążą wojownicy?
Próżnobyś pytał którego rycerza,
Jak czarnej chmury albo błyskawicy
Próżnobyś pytał — dokąd lot swój zmierza?
Bo błyskawica i chmura odpowie:
— „Nie my lecimy, lecz pędzi nas siła,
Cel naszej drogi wiadomy Jehowie,
Bóg, gromowładca, na świat nas posyła!“

Dokąd huf dąży? wie Bóg tylko w niebie
Co się z swych czynów nie sprawia przed nikim.
Lecz kto tę chmurę obrócił na siebie,
Wielkim zaprawdę musi być grzesznikiem!
Wielką ma siłę ta chmura burzliwa,
Sąd wiekuistej prawdy w niej spoczywa.

Gromada idzie tak cicho, tak głucho,
Że nawet słychać jak szeleszczą drzewa;
Jeden drugiemu nie szepce na ucho,
Nikt się nie śmieje i nikt nie zaśpiewa.

Jak poczerniałe obłoków urwiska,
Niosąc w swem łonie ciężkie bicze boże,

Tryskają ogniem, co groźnie wybłyska,
I biada ziemi, gdzie błysną w przestworze!
Tak samo bożych gromada mścicieli
Kędy się zwróci, biada tej krainie!
Wpada z nienacka by ludzie ujrzeli,
Że piorun bije zaraz po złym czynie.
Im ciszej idzie, tem celniej wymierzy;
Gdy się opóźni, gwałtowniej uderzy.

Ostrza nie błyszczą promieniami tęczy,
Milczy karabin niezawodny w strzale,
Nawet zbroica na piersiach nie brzęczy...
Tak lekkim krokiem snują się górale.
Przed nimi skała ustępuje z drogi.
A stroma góra zniża się pod nogi...
Idzie drużyna ciemnem owinięta,
Nierozłączona — a niema do końca,
Jakby brat z bratem, jak gwiazdy bliźnięta,
Co zabłyskają o zachodzie słońca.

Komań, Zagarać i Białopawlice
Już zostawili za sobą daleko;
Przebywszy Rowcow górne okolice,
Bankiem stanęli nad Moraczą rzeką.
Chłodna jest woda na rzece Moraczy,
Gdzie stanął Mirko z swą drużyną całą.

Jeden padł w trawę, na rosę nie baczy,
By snem pokrzepić zmordowane ciało.
Drugi w rusznicę, co nosi przez ramię
Sypie proch silny i kulę złowrogą,
Albo na brusa kamiennym obłamie
Ostrzy swe noże, gdzie szczerby być mogą.
Inny dobywa hubkę i krzesiwo,
Wybija iskrę i gdzie kępa sucha,
Zbiera łom leśny, stos układa żywo,
A słup płomienia pod niebo wybucha.
Inny, zabitej ćwierć owieczki bierze,
Leszczynowego uciosawszy rożna,
Kreci nad ogniem przysmak na wieczerzę,
Nad który lepszych kosztować nie można.
A ów, z żołnierskiej torby wydobywa
Białego sera wylepiankę dużą.
Kto ma pragnienie, tuż Moracz przepływa.
Nie trzeba czaszy, bo dwie dłonie służą.

Ale jutrzenka rozżarza się blada,
Poblizki pasterz już ze snu się zrywa,
Beczą owieczki, a prowodyr stada
Dzwonkiem u szyi, baran, pobrzękiwa.

Lecz inny pasterz ku nim się przybliża,
Na nim się złoto ni srebro nie żarzy,

Ubrany w czerni jak ofiarnik krzyża,
Płaszcz ma na barkach, a godność na twarzy.
Nie idzie za nim gromada młodzieży,
Co obrzędowe zaświeca pochodnie;
Nie biją dzwony z murowanej wieży,
Tylko mu słońce towarzyszy wschodnie.
Jego świątynia — to niebo, co świeci,
Ołtarz ofiarny — dolina i łąka;
Jego kadzidło — to woń skromnych kwieci,
Co aromatem aż w niebo przesiąka,
I szlachetniejsza nad najdroższe wonie,
Woń krwi wylanej przy krzyża obronie.

I sługa boży stopą niezachwianą
Gdy się przybliżył pod hufiec junaczy,
Bożem go słowem błogosławić raczy,
I skinął ręką, aby go słuchano.
Wstąpił na kamień — a kamień był chłodny,
Lecz wrzące serce i kamień rozpali;
Na twarz mu uśmiech wystąpił łagodny,
I temi słowy mówił do górali:

— „Dzieci wy moje! bojowników roto!
Ta się ziemica Czarnogórzem zowie,
Wprawdzie skalista, lecz dla was jest złotą,
Bo tu się wasi rodzili ojcowie;

Tuście przywykli, tu wasza rodzina,
Tu wasze wszystko; nic was nie obchodzi
Że wasze góry nie wydają wina,
Że z waszej skały żyto się nie rodzi.
Tych skał widokom wasza dusza rada,
Na nich swe całe przepędzacie życie.
Póki się pasą po równinach stada,
A zimna rzeka szumi w swem korycie,
Wasz pobratymiec nie będzie zgubiony,
Wy nie zechcecie by cierpiał boleśnie.
Tutejszych mężów i córki i żony
Na waszą chwałę będą składać pieśnie.
Chcesz dobrej broni? Turek ją posiada,
Jest wszystko czemu dusza wasza rada!
Lecz nadewszystko, co zdobi tę skałę,
Jest to krzyż święty wbity na jej szczycie:
On waszym piersiom dał serca wytrwałe,
Przezeń łaskawe niebiosa ujrzycie;
On, kiedy widzi narodowe święto,
O którem jeszcze nie wiedzą w dolinie,
Ten krzyż cudowny siłą niepojętą,
Wznosi się w niebo ze skał na Łowczynie.
O! wy nie wiecie, przez jakie staranie
Chce połknąć góry turecka paszczęka!
Złożywszy ręce, nie patrzałby na nie,
Lecz się o skały skruszyć zębów lęka!

Gdyby nie krzyża świętego potęga,
Jużby się dawno na te skały wdarli.
Gdy barbarzyniec we śnie się wylęga,
Wy byście wszyscy złą śmiercią pomarli...
Oto się hufiec do celu przybliża,
Ale nie idzie walczyć jak morderze:
Bo kto bojuje u stóp tego krzyża,
Musi koniecznie niewinne mieć serce!

— „Kto swego brata w nienawiści chowa;
Albo zabójstwa na kim cięży zbrodnia;
Albo kto wyrzekł obelżywe słowa;
Albo kto zamknął swój dom dla przychodnia;
Czyjego słowa skutek był złamany;
Kto zgłodniałemu pożałował chleba;
Kto zranionemu nie opatrzył rany:
Ten ciężko zgrzeszył — pokuty mu trzeba!

— „Za wasze winy uchylajcie czoła,
A kto jest w grzechu, niech na twarz upada!
Nim czyją duszę do siebie powoła
Bóg sprawiedliwy — co niebiosy włada:
Uczyńcie spowiedź, spojrzyjcie w głąb siebie,
Bo niewiadome są chwile człowieka;
Bo jutrzejszego świtania na niebie

Nie każdy z mężów bojowych doczeka.
Żałuj za grzechy!“ —

A dalsze już słowa
Zamilkły w piersiach pobożnego dziada;
A łza bolesna, a łza brylantowa
Na siwą brodę uroczyście spada.
Czy młode lata, przeszłość ominiona,
Cierpkiem wspomnieniem jego duszę ziębi?
I rana w sercu dawno zagojona
Znowu się z bolem rozdarła do głębi?
Pasterz, co mówi w uroczystej dobie,
Musi swe słowa odboleć na sobie.

Cicho mężowie stoją rozżaleni,
Tak mowa starca w umyśle ich pała:
Lew się w baranka cichego zamieni,
Gdy słowo boże swym cudem podziała.
............

Starzec wzniósł w niebo ręce i oblicze,
A według swego kapłańskiego prawa,
Rozgrzeszył z grzechów hufce wojownicze,
I Przenajświętszy Sakrament rozdawa.
Cud wstąpił w mężów — aż słońce się dziwi,
Jacy ci ludzie silni i szczęśliwi!

Tak w serce hufca weszła radość błoga,
Jeden drugiego uściska jak brata:
Wszyscy się czują pełni Pana Boga,
A każde serce swobodniej kołata.
Słońce wśród opok coraz silniej pali;
Kapłan przeżegnał — a huf poszedł daléj.

Wład. Syrokomla.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Ivan Mažuranić i tłumacza: Ludwik Kondratowicz.