Z domu ojców/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Żuławski
Tytuł Z domu ojców
Pochodzenie Kuszenie Szatana
Data wydania 1914
Wydawnictwo Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów, E. Wende i Spółka
Druk Zakł. graf. Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
V.

Boryniec, dnia 16. lipca.

Piszesz o Machabeuszach i zburzonej świątyni Jerozolimskiej. Aleś ty ani ziemi nie widział, w którą krew Machabeuszów wsiąkła, ani też byłeś kiedy na syońskiem wzgórzu...
Wiesz, że stary dwór ten i cała przeszłość mojej rodziny były dla mnie jakby snem.
Dzieckiem poszedłem między obcych ludzi, a potem w obce kraje, między ludy, które nie wywołują z grobu cieniów swych przodków ani im każą iść przed sobą i patrzyć na cierń i kwiaty, wyrosłe na ich kurhanach.
I dobrze robią: ojcowie ich nie płaczą ani im grożą.
I ja nauczyłem się od tych ludów żyć duszą, która jest w teraźniejszości, a jeszcze więcej tą, która jest w przyszłości...
Ale miewałem sny. I w tych snach przeszłość dopominała się swych praw; stawała nademną z twarzą niemal groźną.
Wstając z łóżka, śmiałem się ze snów, a przecież trucizna ich pozostawała w mej krwi. Duma...
Ta duma nierozumna, która patrzy z góry na ludzi, a nie umie nawet powiedzieć, dlaczego to czyni.
Wyście ją czasem widzieli; a spoglądaliście wtedy na mnie zdziwionem okiem, gdyż rzadko byłem dumny, ale bardzo i nierozumnie dumny.
A wiesz ty, co to jest duma? Człowiek o wielkiej duszy nigdy nie jest dumny. Dumnym staje się ten, w czyją duszę wchodzą potężne rzeczy, których ona objąć nie zdoła.
Powiedziałem: potężne — lecz nie mówię koniecznie: wzniosłe.
Wszak mój profesor filozofji uczył mnie ścisłości w wyrażeniach!
O! on mnie wielu rzeczy uczył! Zaszczepił w duszy mojej raka, który mi spokoju nie daje i czuć mi nie dozwala.
Nauczył mnie refleksji i krytyki...
Przeklęty! W Zurychu byłbym powiedział: błogosławiony...
Przyjechałem do domu mego i wchodząc w kamienne korytarze, które krok przodków moich odbijały, powtarzałem w duchu: ten dom stary jest i zwali się.
I dodawałem zaraz: ale ja jestem człowiek nowy...
W wielkiej sali zastałem ojca.
Uniósł się nieco, witając się ze mną, a ja dostrzegłem, że pochylony był i siwe miał włosy. Nie widziałem go od ośmiu lat.
Wskazał mi ręką miejsce obok siebie przy stole i spytał, z czem przyjeżdżam?
Odpowiedziałem, że jestem doktorem filozofji.
Pokiwał głową i po chwili rzekł głucho:
„Żaden z twych przodków nie był doktorem filozofji... Ale oni mieli majątek, ty go zaś mieć nie będziesz“...
Powiedziałem, że majątku nie pragnę. Ojciec spojrzał na mnie zdziwiony, a potem odezwał się z uśmiechem:
„Aha! rozumiem... Pieniędzy nie pragniesz. To dobrze. Żaden z Borynieckich pieniędzy nie pragnął. Ale majątek to co innego... Ziemia, święta ziemia... Na ziemi człowiek jest panem“.
Pochylił się i począł szeptać, jakby do siebie:
„Boryniec, Zakleszczyki, Kamienica leśna, Pańska Wola, Gozdów, Zajazdowice“...
Wymieniał nazwy dóbr, które moi przodkowie posiadali i potracili.
Było coś dziwnie nieestetycznego w tym starcu, dziedzicu ostatniej piędzi olbrzymiego niegdyś klucza, wyliczającym majątki swoich przodków... Gdyby bodaj hetmanów był wyliczał lub senatorów!
Duszno mi było.
Mury w naszym starym dworze są wilgotne. Patrzyłem na wilgoć tu i ówdzie plamami na spłowiałem obiciu występującą i dreszcz mię przechodził, bo te mury wydały mi się ogromnie zimne i stare i obce.
Poglądałem przez okno na zieleń drzew w ogrodzie i na promienie słońca, złotem na liściach ich drżące i zachciało mi się uciec od ojca, którego ośm lat nie widziałem.
Ojciec tymczasem mówił dalej:
„Boryniec jeszcze został, ale dziś-jutro go zabiorą.
„Ty mnie pochowaj w grób tu, w grobie moich ojców.
„Ja wkrótce umrę.
„Całe życie spędziłem tutaj, na tym kawałku ziemi, obok tego cmentarza. Kalendarz dla mnie kłamał, bo ja żyłem o całe sto lat wcześniej, niźli on mi pokazywał. Ty zato żyjesz dzisiaj... Tak chciałem.
„Własność przepisałem na twoje imię, gdyż Boryniec musi być sprzedany, a ja nie chcę ostatniego zagonu ojcowizny sprzedawać.
„Ty sprzedasz. Gdybyś nie sprzedał, wystawionoby na licytację.
„Sprzedasz i pójdziesz w świat. Ja tu zostanę, na borynieckim cmentarzu“.
Potem mówił coś o pradziadu, którego Batory ściąć kazał, wołał ekonoma, by przyniósł papiery i pozwy sądowe i znów wspominał swych braci w powstaniu zabitych,
Duszno mi było.
Odetchnąłem dopiero, gdym się wydostał na słońce, na powietrze.
Jak szalony przebiegłem przez ogród i wpadłem na cmentarz między zielone lipy. Chciałem zaczerpnąć świeżego powietrza.
Ludziom się zdaje i — mnie się zdawało, że na cmentarzu jest takie samo powietrze jak gdzieindziej — świeże...
A to nieprawa. Na niektórych jest bardzo stare. Dziwne i odurzające.
Ale wtenczas szedłem przez cmentarz jak obcy jeszcze i nie patrzyłem na groby.
Słońce świeciło nademną i lipy pachniały, a ja nie umiałem wtedy jeszcze odróżnić blasku słońca na cmentarzu od blasku jego nad różami, co po ogrodach kwitną, ani zapachu starych lip od zapachu wzrastających dopiero. Dobrze mi było, żem się wyrwał z pomiędzy murów spleśniałych i rozpadających się. Całą piersią wdychałem powietrze. Mimo upalnego poranku, rosa lśniła się jeszcze w cieniu lip, słońcem nie dojrzana, błyskotliwa, do łez podobna — na puszystej trawie... Bluszcze i powoje wiły się około krzyży, a pąsowe goździki o błękitnawo-zielonych listkach odbijały od białego tła grobowców.
Szedłem między mogiłami, a idąc, myślałem o wielu rzeczach, ale były to wszystko rzeczy, które dopiero w przyszłości stać się miały.
Zatrzymałem się wreszcie na skraju cmentarza, nieopodal kościoła, przed zpiżową tarczą na grobie.
Był to grób tego przodka mojego, co z Jagiełłą pod Grunwaldem walczył...
Patrzyłem na niezgrabny, głęboko w spiż wryty napis łaciński, patrzyłem na herb i bawił mnie ten wąż, podkowę w pysku trzymający...
Uderzyłem w ową tarczę herbową palcami, a ona jękła głucho.
Czyżby tarcza mogła przeczuć, że ten, który ją bije, jest prawnukiem tego, co w grobie spoczywa?
Wtedy na myśl mi to nie przyszło...
Uderzyłem raz jeszcze i myślałem: oto rzecz martwa się skarży — a ja jestem człowiek nowy...
Wtem usłyszałem głos poza sobą: Czemu bijesz?
Odwróciłem się. Przede mną stał teraz ksiądz siwy i zwiędły i patrzył na mnie surowo.
„Czemu bijesz?“ — powtórzył raz jeszcze, a potem rzekł:
Chodź do kościoła. Jesteś dzisiaj dziedzicem... Wszyscy Borynieccy w dniu, w którym po raz pierwszy jako dziedzice na Boryńcu do dom zajeżdżali, wchodzili do kościoła“...
„Wszyscy Borynieccy!“ — mówiąc to, wskazywał ręką na kamienie grobowe.
A mnie naprzód lęk zebrał, gdym spojrzał na groby, do których towarzystwa ten starzec mnie zaliczył.
Pojrzałem na groby — i wydały mi się inne, niż przed chwilą, poważne, smętne i groźne.
Zdało mi się, że tworzą one państwo dla siebie, świat jakiś oddzielny, że mogą mówić i rozkazywać, przeklinać albo błogosławić...
Wiatr poruszył szczytami lip — i wszystkie one stare lipy, jakby głos umarłym dając, zaszumiały w jeden płaczliwy chór nad moją głową: tak... tak...
Stałem tak chwilę zdumiały, patrząc na wyciągniętą rękę księdza i nie wiedziałem, co się ze mną dzieje.
Wkrótce jednak opamiętałem się i — oburzyłem.
Wszyscy Borynieccy! — czyż ja nie mogę być sobą? — I czyż koniecznie mam ten ciężar wieków dźwigać?
A nie rozumiałem wtedy, że ja tego ciężaru na sobie nie dźwigam, — bo on jest we mnie...
I nie mogę przed nim uciec, — bo on jest we mnie.
Nie poszedłem do kościoła.
Wieczorem idąc spać, powtarzałem: Wszyscy Borynieccy — a ja człowiek nowy, nie mam z nimi nic wspólnego... I nazajutrz i potem, gdym pisał do ciebie pierwszy list, byłem jeszcze inny, niż dzisiaj.
A jednak od tego to czasu poczęło się dziać we mnie coś dziwnego, od czasu odwiedzin na cmentarzu...
Plotyn powiada, że Bóg, jak rzeka wezbrana, spłynął falami stworzenia i zatonął pod rozlewem.
Ja nie wiem, jak Bóg świat stwarzał, — ale zdaje mi się, że ja tonę pod wylewem swej duszy...

Tadeusz.
na Boryńcu Boryniecki.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Żuławski.