Strona:PL Jerzy Żuławski - Kuszenie szatana.djvu/098

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Odetchnąłem dopiero, gdym się wydostał na słońce, na powietrze.
Jak szalony przebiegłem przez ogród i wpadłem na cmentarz między zielone lipy. Chciałem zaczerpnąć świeżego powietrza.
Ludziom się zdaje i — mnie się zdawało, że na cmentarzu jest takie samo powietrze jak gdzieindziej — świeże...
A to nieprawa. Na niektórych jest bardzo stare. Dziwne i odurzające.
Ale wtenczas szedłem przez cmentarz jak obcy jeszcze i nie patrzyłem na groby.
Słońce świeciło nademną i lipy pachniały, a ja nie umiałem wtedy jeszcze odróżnić blasku słońca na cmentarzu od blasku jego nad różami, co po ogrodach kwitną, ani zapachu starych lip od zapachu wzrastających dopiero. Dobrze mi było, żem się wyrwał z pomiędzy murów spleśniałych i rozpadających się. Całą piersią wdychałem powietrze. Mimo upalnego poranku, rosa lśniła się jeszcze w cieniu lip, słońcem nie dojrzana, błyskotliwa, do łez podobna — na puszystej trawie... Bluszcze i powoje wiły się około krzyży, a pąsowe goździki o błękitnawo-zielonych listkach odbijały od białego tła grobowców.