Z „Elegij“

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Paul Verlaine
Tytuł Z „Elegij“
Pochodzenie Antologja literatury francuskiej / Verlaine
Data wydania 1922
Wydawnictwo Krakowska Spółka Wydawnicza
Drukarz Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Całość jako: Pobierz cały tekst jako ePub Pobierz cały tekst jako PDF Pobierz cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Z „ELEGIJ“ [1].
I.

W moim wieku, wiem, trzeba rzucić myśli płoche,
Statkować, sztuką bawić się, przygłupią trochę,
Raczej godnym poetą, czystym stróżem domu
Zostać, małżonkiem, lub też tarzać się, bez sromu,
W bagnie miłości niskich, któremi świat gardzi.

Wiem o tem, a pomimo to kuszą mnie bardziej
Kobiety i ich oczy, i wszystko, od owych
Nóżek maciupych aż do włosów hebanowych,
Bo kobiety to jesteś ty, ty, coś się stała
Wszystkiem dla mnie, dla duszy, dla głodnego ciała,
Ciała, co się ku tobie wydziera z ochoty
Świętej, drżące jak płomień, jak kwiat mej istoty,
A dusza z twoją stapia się, w jedno związana,
A myśl żąda twej myśli.

Posłuchaj, kochana:
Stary jestem, lub blisko tego, a zaś ciebie
Bóg młodszą o lat dziesięć stworzył, byś w potrzebie
Mogła być towarzyszką stosowną dla mojej
Nędzy, co czasem w baśnie zaklęte się stroi.

— Czemu wytrzeszczasz na mnie swe oczęta bure,
Co tylu (ze mną włącznie) wpiły się za skórę!

Kasztelanko ty, której nie jestem, zaiste,
Paziem, lecz giermkiem starym, co swoje nieczyste

Pragnienia zdradzić czasem śmie w geście pokornym,
Dzięki twej wielkiej łasce; lutnistą nadwornym,
Co się przez furtkę tajną wślizguje jak złodziej;
Pasterzem twoich bujnych łąk, który uchodzi
Za znachora i w ciebie chytre swoje ślepia,
Gusła mamrocąc ciemne, uporczywie wlepia;
Lub mnichem spowiednikiem, świętym dla swej szaty
Surowej, białej z czarnem, a która, zakaty,
Hultajstwa i figielków kryje całe moce;
Strażnikiem, co u blanków wieży czuwa w noce —
Kasztelanko ty moich księżycowych włości,
Słuchaj mnie, droga: kocham cię, ty, ma miłości!

— Powiedz swym włosom, niechaj lśnią mi się mniej czarno,
Kirem nad ust purpurą ścieląc się ofiarną...

Niech sobie ludzie krzyczą co chcą: „To pocieszne,
Idjotyczne! Dziad taki! Dokąd to nas grzeszne
Chucie wiodą!“ i dalej w podobnym sposobie,
Ba, niechaj świat tam o mnie gada co chce sobie,
Kocham cię, ja, dziad stary, ciebie, też nie dziecko,
Miłością, co, jak wiosna, wykwitła zdradziecko,
Nagle, i jednem tchnieniem objęła nas cudnie,
Z mym zmierzchem łącząc, droga, twoich lat południe.

Och, to południe! ileż więcej budzi chętki
Od młodzieńczej kibici sprężystej i giętkiej,
Od lat dwudziestu, smacznych, lecz, w jurnej swywoli,
Zbyt rączych, by me zmysły upoić dowoli!
Ty, prosta i, z natury rzeczy, ochłodzona,
(Co nie wadzi, iż czasem z wezbranego łona
Szczerej żądzy wykipi war po sam ostatek)
Ty umiesz wdzięków swoich dźwigać boski statek:
Jako broń wyćwiczony żołnierz nosi godnie,
Tak ty powabów swoich zażywasz swobodnie.

A twój rozsądek, humor i wesołość przytem!
Ach, jak trzeźwa i jasna, i najmniejszym zgrzytem
Niezmącona! Te rady mądre, zaprawione
Niby gniewem, co w śmiechu się kończy jak one!

Jakiż prospekt twe wszystkie zalety rozpowie!
Te słówka strzelające paradnie w rozmowie,
Raczej naiwne niźli szelmoskie, a wszakże
Swoją drogą szelmoskie, a przytem, ach, jakże
Łechcące, dzięki buźce dziecinnej i dzięki
Wardze górnej, co stręczy zalotnie swe wdzięki,
Co dąsa się tak śmiesznie popod noskiem drwiącym,
Noskiem ruchliwym, lekkim, wszystkiem się gorszącym,
Marszczącym się zabawnie, czyli go podrażni
Zapach szpetny czy słówko plugawe wyraźniej.

To znów (ba, i to bywa!) jakiś kaprys dziki
Wpadnie do główki — lubię nawet te wybryki,
Choć od nich cierpię — i nuż, nie z przypadku wcale,
Lecz z rozmysłu, zaczynasz, kawał po kawale, —
Rwać mi serce, jak oracz co bronuje rolę.

— O, niechaj twoje ręce, ach, ileż to wolę,
Kołyszą mnie, nie szarpią mej biednej miłości!

Lecz w głębi, w samej głębi, nawet i w twej złości,
Tak cię kocham, że nowe w niej czerpię rozkosze!
Smaga mi krew, co płynie leniwo potrosze,
Z chorób, zgryzot; otrzeźwia mnie, biednego drania,
Szaleńca bez rozumu, i, mocą działania
Prostej logiki, żale, a raczej wyrzuty
Budzi we mnie, i sprawia, że staję wyzuty
Z wszelkiej pychy i widzę własne swoje winy,
Co były już przyczyną (ach, mimo tej miny
Mojej, tak dobrodusznej), nie raz, nie dwa razy,
Krzywdy ludzkiej, niewinnej bliźniego obrazy;

Więc, mimo iż łez z oczu toczysz mi bez miary,
Wychwalam po wiek wieków twe lube przywary.

Tak: wady twoje, bowiem masz ich sporo może,
Choć raczysz cierpieć bym je uwielbiał w pokorze,
Niczem są. Miłaś mi jest. Co mówię, tyś bogiem
Moim. Tak, nie boginką: takiem ciepłem błogiem,
Dobrotliwem napełniasz mnie; tyś moim panem,
Nie kochanką; jam woli twej kornie oddanym
Rabem wśród wszystkich szaleństw. Tyś mem całem życiem;
Twe przywary są moich jedynie odbiciem,
Ach, jak drogie, jak miłe. Duszo moja biedna!
Kapryśna ty, jak umiesz być tylko ty jedna,
Złośnica, nie zazdrosna (czy to nie przekora?)
Dokuczliwa niekiedy (i na śmiech jest pora)
To zbyt wesoła (trzebaż skosztować i męki)
A wreszcie... Co tam, wszystko ty moje... i — dzięki!

II.

Pytam się jeszcze siebie — o moja ty głowo! —
Gdzie, kiedy — bodaj w jakąś noc karnawałową —
Zaczęła się znajomość, co mnie uczyniła
Pijanym niewolnikiem twoim. Ty też, miła,
Nie pamiętasz; niech się więc w Księdze wspomnień zmaże
Ów dzień nad dniami; lub nie: toć się nie pokaże
Ta hańba, abym nie miał zrobić co w mej mocy,
By wskrzesić coś z obrazu tej czarownej nocy.
Tak, zaprawdę czarownej: ot, knajpka narożna,
Jeden z owych wieczorów parnych, gdy, rzec można,
Wszystko na zgubę człeka spika się w zawody:
Gazu płomyk syczący nad głową, moszcz młody...
Zabawa szła szeroko. Z sąsiedniej izdebki
Wnikało arystonu jęczenie i krzepki

Szurgot nóg, wpół-rytmicznie bębniących w oddali;
Gdy wtem drzwi się rozwarły od tanecznej sali,
Wyrzucając tłum cały — w nim ciebie — w mą stronę,
I głosem tym, co sprawia iż milknę i płonę,
Gdy rozkaz jaki rzuci twa gębusia wartka,
Krzyknęłaś: „Ależ upał: Garson, tutaj ćwiartka“!
Zwróciłem się ku tobie, i wraz cię spostrzegłem
Różową, podnieconą, i w duszy podbiegłem
Wnet ku tobie; tak twoja twarz, osoba cała,
Bujność, zdrowie, przeczuty kształt twojego ciała
Pod żerseyem nabitym dobrze, i sukienka
Pełna ciebie, rękawów też tkanina cienka
Jeszcze lepiej nabita, o rozkoszy! bowiem
Cóż nad ramię kobiece napęczniałe zdrowiem!
Wzięły mnie w jednej chwili, jak zwierzę co zgrzyta
Węsząc łup świeży. Oto już me ucho chwyta,
W kilku słowach co z ust twych wypadły jak z procy,
Akcent, jakim we Francji mówią na północy,
(A znam go dobrze, żyłem tam bowiem dość długo)
I już wszczynam pogwarkę, prosząc cię byś drugą
Od krajana przyjęła ćwiartkę. Nuż w gawędy
Wdajemy się przy szklance, tędy i owędy,
O tem, owem, a wszystko skropione dostatnio
Winkiem młodem, naiwnie ciągnącem nas w matnią.
Reszta mi jakoś dziwnie z pamięci wypadła,
Coś, coś, może majaczy się... Lecz ty, przybladła
Nazajutrz, dość znużona (ja, ach, jak znużony!),
Czy pomnisz może czemu, mów, po nocy onej,
Przy rannej czekoladzie, cośmy się poznali
Wczoraj ledwie, jużeśmy czule się tykali?
Banalny dość początek, trudno rzec inaczej,
Miłości tej, ostatniej zaiste, co znaczy
Jakby znak krzyża na mem sercu starem, w męce
Wiecznej pomiędzy dobrem a złem, wciąż w udręce
Pomiędzy nienawiścią a miłością: oto
Port wreszcie, port burzliwy, lecz w który z ochotą
Na resztę życia, na śmierć, zawinąć gotowo.

Czyśmy nie dosyć, powiedz, ty można królowo,
Gwiazdo morza, ty zawsze pogodna bogini,
Czyśmy nie dość błądzili w odmętach pustyni
Wodnej, wśród raf, burz strasznych lub straszliwszej ciszy?
Niedość nam smutków, piekła, gdy serc dwoje dyszy
Nabrzmiałych nienawiścią: niedość tej obroży
Wciąż szarpanej daremnie? ach, kłótnie te, gorzej,
Te zdrady, gorzej jeszcze: aż, na sam ostatek,
Pokój, nieprawdaż? pokój: coś niby opłatek
Dzielony wspólnie, pokój na dobre, wytchnienie?
Ach, to byłby cel, prawda? to życia marzenie
Więcej niźli małżeńskie, niemal Chrystusowe...

O, licha ty szynkownio, skąd na moją głowę
Spłynęło tyle dobra...

IV.

Nasz związek, szorstki nieraz, och, brutalny zgoła,
Ma jakąś słodycz, której ocenić nie zdoła
Nikt inny; te natury dzikie, bez oparcia,
Są niby pole bitwy, gdzie nagle, wśród starcia,
Przychodzi rozejm, słodszy tem im bardziej kruchy.
Ciężki sen się rozprasza w marzeń zwiewne puchy,
Rzeźwość lubą, radością pijane szaleństwo:
Rzekłbym, anioł tchnął na mnie swe błogosławieństwo,
Spłynąwszy z woli wyższej przez niebiańskie wrota,
W owych chwilach spokoju, gdy słodka pieszczota
Jedwabnem skrzydłem muśnie mnie, o dobry losie!
I ty, prawda, to samo czujesz? w twoim głosie
Słyszę to, czytam w oku; wszak to nie złudzenie
Moje? Życie mi wówczas śle wszystkie promienie,
Tak iż gdzieś mi przepada, wraz z świeżych trosk falą,
Przeszłość cała rozbitka, bałwany co walą
Jeszcze o bort, na zgubę człowieczą zawzięte.
I ty, nieprawdaż, czujesz tak samo te święte

Chwile szczęścia leniwe, lub może i one
Kłamstwem są, mnie nad wszelką prawdę ulubione?
Ach, spływa przebaczenie, niby woni smugą,
Na serca, złym ciężarem ciśnione tak długo;
Pierzchają w nicość nasze inkuby, sukuby,
Ja — Ty, nic więcej; szczęścia spazm ożywczy, luby,
Ciepły jak powiew wiosny po zimowym wichrze.
Hej, przybywajcie, myśli wy nasze najcichsze,
Bóle najdziecinniejsze, najtkliwsze spojrzenia:
Już żadnych dąsów, chimer, żadnego boczenia;
Niech szczery pokój szczęście na zawsze uwięzi
W tem gniazdku dwojga biednych ptasząt na gałęzi...

V.

Niepoprawna, ty. Ale tak już los nam znaczy.
Oto, czemu ci serce me smutne przebaczy,
Serce szalone, tkliwe, ach, więcej niż trzeba...
Niepoprawna, ty, wedle rozkazania Nieba,
By skarać ciebie samą i pomścić me zbrodnie.
(I te wysokie funkcje spełniasz arcygodnie).
Niepoprawna, ty: wina to przeszłości onej
Twojej przeszłości nędznej, brutalnej, szalonej,
Jak i mojej ostatnio; niegdyś bowiem byłem
Dzielny, w me władztwo świata niezłomnie wierzyłem,
I szedłem jurny, durny, kipiący, zuchwały,
Żyjąc za dwóch, do piersi mej garnąc świat cały.
Ach, tak! te dwie istoty, które moja biedna
Osoba mieści w sobie: nazbyt wzniosła jedna,
Zbyt szlachetna, zbyt górnym wędrująca krajem,
Druga trącąca mocno błaznem i hultajem!
Później, nieszczęście zgięło mi kark, i w pokorze
Stałem się jako inni; lichszym od nich może
— Jabłuszko już schrupane, ot, ogryzek w dłoni —
Ba, mniejsza, skorom ciebie wyłowił z tej toni,
Najlepszą cząstkę w naszym tu godzinnym bycie,

Gdzie miłość jeno sama trwa i daje życie...
Ale ty, biedne dziecko, sądząc z twej spowiedzi,
Ot, z tego co w poufnej godzinie się bredzi,
Jeszcze hojniej odemnie czerpałaś z żywota:
Kąpałaś się w dostatku, pływałaś wśród złota,
Mężczyźni ubóstwiali twoje wdzięki młode,
Zaś, by jeszcze rozkrasić szczęściem twą urodę,
Prawdziwa, szczera miłość swą mocą jedyną
Upiła cię na długo, niby zacne wino...
Wspaniała byłaś wówczas. Wszystkie fibry twoje
Parły cię do kochanka; i, gdy na was dwoje
Przyszło Nieuniknione, wówczas, bez hałasu,
Dałaś nurka w Sekwanę, i, od tego czasu,
Wpół-żywa, wpół-odeszła, chowasz, mimo chęci,
Jakiś posmak Otchłani i wiew niepamięci...
Tak, czytam to w źrenicach twoich dzisiaj jeszcze,
Chociaż czasami płoną ku mnie mniej złowieszcze,
Kładąc się na mnie biednym, drżącym w ócz twych cieniu,
A dygocącym z szczęścia w jaśniejszym promieniu.
Oto i my oboje: ja — miłość, co kocha,
Tkliwa, burzliwa, korna; ty, sympatji trocha,
Nieprawdaż? pozwól wierzyć mi, pozwól choć chwilę,
Za tyle przywiązania, uwielbienia tyle,
Dawanego niezdarnie może, źle, bez miary,
Ale tyle! i oto my, tępe ofiary,
My, samotni, lecz razem samotni, znużeni
Oboje, przekochani, ach, i przecierpieni,
Bez żalu do swych katów, pełni dobrej woli
By umrzeć tak, dłoń w dłoni, kamraci niedoli,
Losom dotkliwym w poprzek stawiając ten bratni
Uścisk — o rezygnacjo! — przyjaźni ostatniej.

Ot, widzisz, jak dla ciebie, ty lepsza połowo
Mej istoty, poskramiam, kruszę wciąż na nowo
Porywy zmysłów moich ku twoim, jak dławię
Żar słów tkliwych, całunków oszalałych prawie,
I chciałbym, by pociechą być ci w twej żałobie,

Stać się niby twym bratem, i snuć się przy tobie,
I umrzeć tak dla ciebie, mej siostry, lub raczej
Żyć tak, strzegąc byś mogła trwać — nie, nie w rozpaczy,
Lecz w smutku tym bezdennym, w którym się tak rada
Kąpiesz, choć czasem głos twój co insze mi gada,
Dobrze świadom, że iskra wesela w twej twarzy
Sprawia, iż własnych smutków brzemię mniej mi waży.
O kobieto! o siostro! o wszystko ty moje!

My, niepoprawni, w naszej tęsknocie we dwoje!
Jeno ty, wielkie serce, obce ścieżkom krzywym,
Raczej podległe szałom, nawrotom straszliwym,
Broczysz ciągle na świeżo swoją dawną raną.
Dobrze czynisz, zapewne, skoroć tak pisano.
Zasię ja, smutki swoje, rany, święcę tobie,
Kładnę pod twoje stopy... Ja, czy dobrze robię?
Ale, dławiąc mą miłość, strzegę jej, by była
Bogdaj jako katafalk sercu twemu, miła,
Bogaty, strojny kirem, podobny niejako
Miłości twej, snującej się w cieniach, lub jako
Marzenie o oddaniu zupełnem, szczęśliwem.
Wierzaj mi. Wszelki inny plan byłby fałszywym.

Więc, pomnąc zawsze o Nim, tak jak i ja o Niej
Pomnę, kochaj mnie, błagam, nie cofaj mi dłoni;
Kochaj we mnie oddanie moje i, przez Boga,
Jeślić z tem nazbyt ciężko, odpuść ty mi, droga!

X.

Pośród niewielu przywar obcych mi, zamieszczę
Zazdrość, owo uczucie nad inne złowieszcze,
Względem ciebie, ty Kłamstwo moje ubóstwione,
Coś mną tak zawładnęło, tak wszelką obronę
Starło we mnie, iż, kiedy wychodzisz cacana
(Ba, na godziny całe!), strojna, wymuskana,

Za cały pozór, pretekst, chytrość, mrukniesz sobie:
„Wychodzę, mam sprawunki“, i ja wierzę tobie!
Tak, bardziej niźli w Krzyża znak ja w ciebie wierzę,
Więc wolno ci jest nawet (pusty śmiech mnie bierze),
W pachnącym negliżyku znikając od ranka,
Drwić mi w oczy: „Patrz, idę do mego kochanka“;
Wówczas nie wierzę tobie, pewny że żartujesz.
I wolałbym, to pewna — mów, czy ty to czujesz?
Iść za własnym pogrzebem (zaklęcie dość duże:
Niby, gdybym cię stracił), niż być w tego skórze,
Ktoby mi otwarł oczy i dowieść próbował
Twoich szelmostw — już onby tego pożałował!
Lecz strzeż się! niebezpieczeństw nie mierzyć hałasem.
Ty wiesz, czasem jest we mnie coś groźnego, czasem
Przyłapię się na geście, ruchu — ostatecznie
Jest się mężczyzną, prawda? — można mówić grzecznie,
Niemniej laseczka chybko obraca się w dłoni,
Lub rewolweru lufka o zęby zadzwoni
Zbyt uprzejmemu panu, lub, jeśli dobrodziej
Woli, nożyk pod żebro takoż się przygodzi.
Krew nie woda, a nerwy nie postronki; owo
Ciebie też jak poniesie, duszko, to już zdrowo:
Nietrudno na tej drodze dopytać się zwady.
Nie z powodu jakoby odsłoniętej zdrady,
Tak rozumiem przynajmniej, zważywszy szeroki
Sąd mój o tem, lecz mamy oboje wyskoki
Co sprawiają, że nie jest z nas bezpieczna para.
Nie będąc więc zazdrosnym — haniebna przywara! —
Biorę na kieł, jak rumak krwi szlachetnej, skoro
Łechtnąć mnie w słaby punkcik, a mam ich dość sporo.
Cała rzecz wtedy nie w tem, by się kryć przedemną,
Ach, nie, ty zwłaszcza! jeno, tą buźką przyjemną,
Ukoić, udobruchać mnie porą sposobną,
Nasycić mnie pieszczotą, zgrubsza, średnio, drobno,
Do omdlenia, i znowuż do nowego chcenia,
Do spazmu, do szaleństwa, długo, bez wytchnienia,
Aż rozgżonego dziecka wybuchnę histerją,

Wyssać mi wszelki smutek, wypruć wszelkie serjo,
Wyrwać mnie z siebie, wbić mnie w dumę, w zachwycenie,
Nad nowym mną, w którego w twych rączkach się mienię,
I tak mnie w świat wypuścić. Oto twa obrona,
Oto sposób. Wiem. Czyń tak, a będziesz zbawiona.
Zresztą, ty mnie znasz dosyć! — nie śmiej się tak chytrze!
Zbyt rychło twojem staje się moje najskrytsze:
To słuszne, i logiczne, i niema w tem cudu.
Ale w twojej jest mocy, bez sztuki, bez trudu,
Zważywszy iż me całe ja jest twoje, twoje,
Iż wierzę, i ubóstwiam, i ciebie się boję,
I że jestem rzecz twoja, łup, pastwa bezsilna,
W twojej jest mocy, mówię, ty, ach ty, przymilna,
Rozkoszna kiedy chęć cię napadnie pustoty,
To posępna jak krucze twych warkoczów sploty,
Poważna jak twe oczy — cień — to znów błysk słońca —
Oczy, które zamyśleń głąb toczą bez końca,
A gdy zechcesz, tak pełne promieni i wdzięku;
W twej mocy jest, powtarzam, ach, tak, w twojem ręku,
W twej dłoni, lekkiej, zwinnej, to znów, dla odmiany,
Zbyt ciężkiej, mnie odurzyć, uśpić, aż, spętany,
Stanę się ślepym, głuchym, więcej niźli wprzódy
Jeszcze, i, w jakimś gnuśnym bezwładzie ułudy,
Wyplenię z mego serca wszelki ślad zazdrości.
Nuże więc, do roboty, czekamy jejmości,
Znajdź koncept, figiel nowy, aby mnie uchodzić.

Lecz najlepiej byłoby wcale mnie nie zwodzić.

XI.

A wreszcie (nie do pani to mówię), i czemu
Nie dać się dźwigać fali, ot, tak, po dobremu?
Jest krągła, i pieściwa, i śpiewa, i ryczy,
Ma w swym oddechu posmak soli i goryczy,
Jest mocna, jest łagodna, i pachnie jak morze,

I tak rozkosznie na niej mknie się het, w przestworze...
Przeźrocze jej odbija, jak zwierciadło żywe,
Nieba kształty, wieczyście zmienne i ruchliwe,
Wicher ją smaga, pieszczą zefiru powiewy —
Nadzieja, żal, tęsknota — rzekłbyś skrzydła mewy —
W noc szara, dniem w różane stroi się promienie,
Jako w miłości słodka pewność — lub zwątpienie...
Dajmyż się jej kołysać (nic, ach nic, ty droga,
Wciąż nie do ciebie mówię), dopóki, na Boga,
Leciuchnym rytmem białe swe baranki pasie...
Nie czekajmy, przez litość, aż będzie po czasie,
Aż, huraganem nagłym zmącona, się zwichrzy,
Zła, wściekła, krusząc wszystko niby drzazg najlichszy,
Wroga, szyderska popod chmur czarnych oponą,
Jak kobieta, co buntem napęczniałe łono
Rozewrze i w bezwstydu pręży się nagości,
Burza gniewu straszliwa i huragan złości!
Ha! biada temu, biada, kto raz się dostanie
W straszny lej
(Jak dziś ślicznie wyglądasz, kochanie!)

XII.

Ach, tak, niezawsze droga szła równa i gładka
Tej miłości-zachodu, mego przedostatka,
Racji bytu jedynej, co sprawia że oto
Żyję, żem jest człowiekiem, że brnę przez to błoto!
Ach, tak, ciężkie przebyliśmy z sobą godziny!
Ileż kroć! Od wieczorów tych, niemal bez winy
Tak prosty gawęd owych był pierwszy zawiązek
Co skleiły to nasze stadło, ten nasz związek,
Stadło nierówne, dziwne, walk, kaprysu chciwe,
Aż po owo dziś chmurne, niepewne, burzliwe,
Ryzykowne, ach, żyte na wszystkie sposoby,
Z jakimś cierpkim posmakiem nieszczęścia, jakoby
Poto aby dostatnio opatrzyć w zaprawę,

Przysolić i przypieprzyć tę codzienną strawę!
Od pierwszej chwili starcia, sprzeczki, że nie powiem
Kłótnie, i częste dosyć, i ciężkie też, bowiem
Podstawą ich (ach, i to nie zawsze z twej strony)
Czyny brutalne, gwałty — dom nasz opuszczony,
Kolejno, albo naraz, jakże wówczas smutny,
Pusty, rychło z tęsknotą witany! Okrutny,
Obmierzły ten nasz żywot, kochanie ty moje!
Ale czas byłby wreszcie, czas, by już nas dwoje
Spoiła, umocniła jakaś więź silniejsza.
Przywiązanie, czy tylko nałóg prosty, mniejsza!
— Nałóg graniczy wszakże często z przywiązaniem,
A przywiązanie zawsze jeno rozwiązaniem! —
Ta nasza egzystencja, nieodzowna może
Dla nas — jak dla jałowca piasek — to bezdroże,
To status quo, chociażby nadto wojownicze,
Ale zato, ach, w jakież bogate słodycze!
Dzikie życie, nieprawdaż? Uczyńmyż je Bogu
Milszem, ja z przywiązania, a ty, ot, z nałogu.
Kochankowie, zamieńmy się w przyjaciół parę,
Starych przyjaciół. Z chęcią podejmę ofiarę:
Nie kochankiem, lecz sługą chcę ci być niegodnym,
Ty bądź mi groźną, dobrze, lecz z czołem pogodnem!
Z tym odcieniem ironji leciuchnej, władczyni
Pewna swego Pawełka, jeżeli zawini
Skarz go, lecz niezbyt srogo; ot, tak jak się chłoszcze
Błazenków dworskich; ja zaś, ja wszystko uproszczę,
Ułatwię, dopomogę, by mą straszną panią
Bardziej ludzką uczynić, tak, i wpłynąć na nią
By się wzmogła potrosze w pobłażania cnoty,
Zgodnie z stopniem rozwoju mej wnętrznej istoty,
Z wyjątkiem zdrady jawnej z mej strony (ach, proszę,
Niech nie wiem nic, gdy mścić się zapragniesz potrosze!)
Ot co: trzeba nam kroczyć po odpustów drodze,
Trzeba wzajemnych ustępstw, względów: ja się godzę
Żyć jako rab twój nędzny, pełen uległości,
Ty zechciej mi królować bez zbytniej srogości.

Ach, kiedy ciebie niema dla jakiejś przyczyny,
Takiej lub innej, jakże wloką się godziny,
Jak czuję się sierotą biednym, osowiałym
Bez swej mamusi, z okiem i sercem nabrzmiałem!
Stopniowo, senność jakaś powieki me trąca,
Zgryzota staje mi się jakaś mniej piekąca,
Mniej drażniąca w poczuciu swej własnej niemocy,
I stopniowo, pomału, niepokój mych nocy,
Twem ciałem przepojony cały we śnie zrazu,
Oczyszcza się, dusznego nabiera wyrazu,
Odmężcza się jakoby w żarliwej przyjaźni,
Lecz czystej, wyzwolonej z mętów wyobraźni,
I oto towarzysza masz w swoim kochanku.
Cudowny odcień — niby chłód letniego ranku —
Żar ognia w brzasku zmienia się blade jasności...
Gdyby więc, nie zrzekając się naszej miłości,
(Od takiej niewdzięczności niech nas Bóg ochrania!)
Gdybyśmy się tak jęli owego zadania,
Spróbowali, ot, nic nie przesądzając z góry,
Fortelu zesłanego podszeptem natury,
Surowego dla zmysłów zwydrzonych łakomstwa,
Ot, coś jakby rozwodu, lecz bez wiarołomstwa,
Słodzonego pewnością rychłego nawrotu?
Gdybyśmy unikali tego kołowrotu
Zderzeń i mniej dzierżyli się w szyku bojowym?
I, w rozumnej dyskrecji, nie trącając słowem
Owej drażliwej kwestji, wspólnie jęli dzieło
Przyjaźni, którą czasem by się ot, nagięło,
Czasem, w miarę ochoty, do kaprysu chwili,
Lub też często... Gdybyśmy, ot, tak sobie żyli,
W ciszy, spokoju, w szczęścia zachwyceniu rzewnem,
Snuli dzionki, z szacunkiem oglądane pewnym
Przez poczciwych sąsiadów oczy dość głupawe,
Ale których uznanie dobrą wróży sławę
I spokój, zacnym ludziom kosztowny i zdrowy.
Cóż ty na to? Nieprawdaż? My, ten dubeltowy
Nicpoń, dwupłciowy cygan, włóczęga uparty,

My, ten poemat dziwny, wpół-niby na żarty
Żyty przez nas, śmiem mniemać, z niejakim talentem,
My nagle oto stadłem cnotliwem i świętem
(Cnota i świętość względne — od nocy do nocy).
Ha, cóż ty na to? Czujesz-li w sobie dość mocy,
Dość, by wraz ze mną wznieść się do takiego bytu,
Dość, by ze mną tentować takiego zaszczytu!
Hm, milczysz, a za ciebie jeno odpowiada
Minka wzgardliwa — powiedz, cóż z tobą za rada?
Ba, mniejsza, tak już będzie jak ty chcesz, kochanie.
Słucham ciebie we wszystkiem, niech się co chce stanie.
Śmierć zresztą stoi przy nas, radczyni sędziwa,
I szepce, że rozumny ten, kto owoc zrywa,
I że zdradna spódniczka więcej warta, niśli
Rzetelny całun... Pani ma cóż o tem myśli?...







Przypisy

  1. Verlaine, Elegje, przełożył Boy. Gebethner i Wolff.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Paul Verlaine i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.