Strona:PL Boy - Antologia literatury francuskiej.djvu/545

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A twój rozsądek, humor i wesołość przytem!
Ach, jak trzeźwa i jasna, i najmniejszym zgrzytem
Niezmącona! Te rady mądre, zaprawione
Niby gniewem, co w śmiechu się kończy jak one!

Jakiż prospekt twe wszystkie zalety rozpowie!
Te słówka strzelające paradnie w rozmowie,
Raczej naiwne niźli szelmoskie, a wszakże
Swoją drogą szelmoskie, a przytem, ach, jakże
Łechcące, dzięki buźce dziecinnej i dzięki
Wardze górnej, co stręczy zalotnie swe wdzięki,
Co dąsa się tak śmiesznie popod noskiem drwiącym,
Noskiem ruchliwym, lekkim, wszystkiem się gorszącym,
Marszczącym się zabawnie, czyli go podrażni
Zapach szpetny czy słówko plugawe wyraźniej.

To znów (ba, i to bywa!) jakiś kaprys dziki
Wpadnie do główki — lubię nawet te wybryki,
Choć od nich cierpię — i nuż, nie z przypadku wcale,
Lecz z rozmysłu, zaczynasz, kawał po kawale, —
Rwać mi serce, jak oracz co bronuje rolę.

— O, niechaj twoje ręce, ach, ileż to wolę,
Kołyszą mnie, nie szarpią mej biednej miłości!

Lecz w głębi, w samej głębi, nawet i w twej złości,
Tak cię kocham, że nowe w niej czerpię rozkosze!
Smaga mi krew, co płynie leniwo potrosze,
Z chorób, zgryzot; otrzeźwia mnie, biednego drania,
Szaleńca bez rozumu, i, mocą działania
Prostej logiki, żale, a raczej wyrzuty
Budzi we mnie, i sprawia, że staję wyzuty
Z wszelkiej pychy i widzę własne swoje winy,
Co były już przyczyną (ach, mimo tej miny
Mojej, tak dobrodusznej), nie raz, nie dwa razy,
Krzywdy ludzkiej, niewinnej bliźniego obrazy;