Strona:PL Boy - Antologia literatury francuskiej.djvu/550

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Gdzie miłość jeno sama trwa i daje życie...
    Ale ty, biedne dziecko, sądząc z twej spowiedzi,
    Ot, z tego co w poufnej godzinie się bredzi,
    Jeszcze hojniej odemnie czerpałaś z żywota:
    Kąpałaś się w dostatku, pływałaś wśród złota,
    Mężczyźni ubóstwiali twoje wdzięki młode,
    Zaś, by jeszcze rozkrasić szczęściem twą urodę,
    Prawdziwa, szczera miłość swą mocą jedyną
    Upiła cię na długo, niby zacne wino...
    Wspaniała byłaś wówczas. Wszystkie fibry twoje
    Parły cię do kochanka; i, gdy na was dwoje
    Przyszło Nieuniknione, wówczas, bez hałasu,
    Dałaś nurka w Sekwanę, i, od tego czasu,
    Wpół-żywa, wpół-odeszła, chowasz, mimo chęci,
    Jakiś posmak Otchłani i wiew niepamięci...
    Tak, czytam to w źrenicach twoich dzisiaj jeszcze,
    Chociaż czasami płoną ku mnie mniej złowieszcze,
    Kładąc się na mnie biednym, drżącym w ócz twych cieniu,
    A dygocącym z szczęścia w jaśniejszym promieniu.
    Oto i my oboje: ja — miłość, co kocha,
    Tkliwa, burzliwa, korna; ty, sympatji trocha,
    Nieprawdaż? pozwól wierzyć mi, pozwól choć chwilę,
    Za tyle przywiązania, uwielbienia tyle,
    Dawanego niezdarnie może, źle, bez miary,
    Ale tyle! i oto my, tępe ofiary,
    My, samotni, lecz razem samotni, znużeni
    Oboje, przekochani, ach, i przecierpieni,
    Bez żalu do swych katów, pełni dobrej woli
    By umrzeć tak, dłoń w dłoni, kamraci niedoli,
    Losom dotkliwym w poprzek stawiając ten bratni
    Uścisk — o rezygnacjo! — przyjaźni ostatniej.

    Ot, widzisz, jak dla ciebie, ty lepsza połowo
    Mej istoty, poskramiam, kruszę wciąż na nowo
    Porywy zmysłów moich ku twoim, jak dławię
    Zar słów tkliwych, całunków oszalałych prawie,
    I chciałbym, by pociechą być ci w twej żałobie,