Wspomnienia Odessy, Jedysanu i Budżaku/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Wspomnienia Odessy, Jedysanu i Budżaku
Rozdział X.
Wydawca T. Glücksberg
Data wyd. 1845
Druk T. Glücksberg
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
X.
7. Lipca. Sewerynówka — Wspomnienie — Limany. Małe Potockie. Step pod Odessą — Obrazy stepu. Odessa. Sturdza o Odessie. Miasto, wjazd, ulice — Widok Morza — Przechadzka — Bulwar — Wschody, i t. d.
7. Lipca.

Od Baranowéj jedzie się ciągle po nad Kujalnikiem, ale coraz puściejszym krajem; góry na lewo i prawo topnieją powoli, Słobody rzadsze, drzew nawet coraz mniéj się ukazuje. Tak ciągle jeszcze Bałką po nad Kujalnikiem dojeżdża się do miasteczka Sewerynówki, czyli, jak je tu nazywają, Wielkiego Potockiego. Dojeżdżając, na prawo już cała góra okryta winnicą i ogrodami ukazuje się otoczona murem i osadzona drzewy. Pięknie bieleją budowy Sewerynówki wśród zieleności topoli, akacji i tamarysów. Miasteczko wielce starannie i smakownie jest zabudowane, ma ładny pałacyk z dziedzińcem i bramą, na któréj słupach leżą dwa lwy czy sfinxy, a dokoła otaczają tamarysy i akacje. Cerkiew ze spiczastą igłą i kancellarja pobudowana w kształcie gotyckiego Kościołka, zdobią rynek. Jest tu i Kościołek katolicki, ale najłatwiéj się omylić i pójść do téj dziwnéj kancellarji, zamiast do niego. Poczęte także kramy, pięknym rysunkiem; wszędzie widać staranie i usilność o podniesienie miasteczka. Nie dziś się to rozpoczęło. Czytamy w podróży Kawalera Gamby Konsula kr. w Tyflisie, wspomnienie o Sewerynówce[1] „Żydzi, powiada on, w wielkiéj bardzo liczbie zajmują ziemie z téj strony rzeczki Kodymy, która dawniéj stanowiła granicę Turcji od Polski. Osiedli oni w wielu bardzo wsiach (powinno być raczéj miasteczkach, ale nasze miasteczka, wydały mu się wsiami) z których największą i uwagi najgodniejszą, jest Sewerynówka, należąca do Hr. Seweryna Potockiego, brata uczonego Jana (sic) a jak Jan, równie pełnego nauki i dowcipu. Seweryn Potocki, pisze daléj, od lat dwudziestu poświęca cały czas i myśli wszystkie temu, jak swój ten mały kraik zaludnić i uczynić kwitnącym i szczęśliwym; bo kraikiem nazwać można, majętność zajmującą 24,000 dziesięcin ziemi (60,000 francuzk. akrów). Plantacje, upięknienia, winogrady, tu się najpierwéj ukazały w okolicy, chociaż termometr dochodzi czasem do 22 stopni niżéj zera.
Z wioseczki o kilku chatach, wyrosła mieścina, miasteczko, prawie miasto, w którém jest Cerkiew murowana dla Mołdawian i Rusi greckiego obrządku, Synagogi, fontanny i przechadzki!
Seweryn Potocki założył tu Bank posiłkowy dla mieszczan zajmujących się handlem. Gamba przypisuje mu także wprowadzenie wielu ulepszeń agronomicznych. Ludność Sewerynówki, wedle niego, z Żydów, Polaków, Rusi, a najwięcéj Mołdawianów się składa.
Za Sewerynówkę wyjechawszy, znowu pusto w stepie, słobód nie widać, wzgórza z obu stron, środkiem pole zasiane, po nad nim kręci się okrawkiem góry wybita droga, zarzucona wielką liczbą skeletów padłych tu koni i bydła czumackiego, bielejących co kilka kroków. W tumanach wzbijającego się pyłu, przebiegają bryki kupieckie, ciągną się wałki Czumaków bez końca. Prawie przed samém Potockiem, ukazuje się wązki naprzód, potém coraz szérzéj rozlany kujalnicki Liman, błyszczący, z brzegami, które tu zasiane są jeszcze i złociły się właśnie żniwem. Liman ten ku Odessie i morzu rozszérza się, rozchodzi i ogromném wygląda jeziorem. Nad nim ulatują stada białych wron morskich, pływają nurki po kołyszących się zwolna falach, a nad brzegami, bieleją już muszle i piasek, dno jego mułowate głębiéj wyściełający.
Wzgórza Bałki, opadają, łyse, puste, drzew nigdzie, słobódki coraz rzadsze, jedną tylko, zdaje się, widziałem pod Małém Potockiem w stepie, ale i to małą i biédną.
Widok Limanu, już niejako zapowiedział i oznajmił nam morze, które pilno ujrzeć. Radbym już zawiesił oko nad tą przestrzenią, ogromną, do któréj zawczasu serce mi bije.
W Małém Potockiem, dosyć porządnéj karczmie, stojącéj u samego brzegu Limanu i owianéj już tém słoném, ostrém, właściwém blizkości morza, powietrzem; wygrzewającéj się na gołym stepie bez drzewka i cieniu, pod lipcowém słońcem; już przeczuwasz coraz bardziéj morze. Posłańcy jego, Limany, zewsząd ci błyszczą, przynosząc w zadatku woń morską; woń tylko, bo fizjonomja Limanów, nié ma ani majestatyczności ogromów morza, ani dziwnych barw jego. Rzuciwszy powozy i towarzystwo nasze podróżne pozostające dla spoczynku w Potockiem, nająwszy Żyda i maleńką bryczeczkę, puściłem się uprzedzając ich, dla wyszukania mieszkania i spojrzenia co prędzéj na morze; a choć Żyd nielitościwie pędził, po równéj prawda, ale wyżłobionéj czumackiemi wozami drodze, nie śmiałem dzwoniąc na wózku zębami, kazać mu zwolnić biegu; tak mi do morza pilno było, tak straszno prawie, aby mi nie uciekło.
Puściwszy się stepem od Małego Potockiego, mijając w prawo otwartą w pagórku karjerę kamienia, z jéj ciemném wnętrzem i fantastycznie popiłowanemi ściany; karjerę z któréj się dobywa część płytów służących do budowy w okolicy Odessy, lubo i bliżéj miasta i w różnych miejscach kamienia tego także dobywają; mijałem pocztę w Ilińsku i przebywałem resztę stepu dzielącego mnie od brzegu morza. Step to równy i gładki już jak na dłoni, płaski zupełnie, zboża po nim szeroko rozsiane, gdzie niegdzie nad wijącym się szlakiem krzyż nad mogiłą zmarłego w drodze, kamień grobowy z żydowskim napisem. Ciągle spotykamy Czumaków i skelety czumackich bydląt i koni, które już wrony i krucy objedli, gołe zostawując kości. Pędzim a pędzim w tumanach pyłu wzbijającego się nad nami, silny wiatr od morza, ostry, gryzący, niesie przeciw nam zbite w obłoki czarne wszystkie tumany kurzu z gościńca i obwija co chwila, jakby ciemnym płaszczem. Wiry pyłów kręcą się i swawolą po drodze, to ulatują na step i na nim rozkładają się powoli, daleko. Oczy i usta i piersi, pełne pyłu, puszczam jednak wzrok, aby co prędzéj ujrzeć Odessę, i w dali za mgłami, coś mi majaczeje jak wieże, jak krzyże, jak piętrzące się dachy.
To ona! witaj stary niegdyś przez Greków kolonizowany i opływany brzegu, brzegu przemyślnym znany Genueńczykom i Wenetom, przez Olgerdów i Witoldów, zawojowany niegdyś, przez ich następców marnie stracony, na którego stepie pasły się długie lata, tatarskie trzody koni, owiec i dromaderów, gdzie długo nie było życia, nie rozlegał się inny odgłos, nad Ałłach Nogajców i Turków, nad krzyk bojowy Jedyssańców i skrzypienie arb tatarskich — Witaj mi dawne Jazłowieckich dziedzictwo, ziemio, dziś do całego kraju, nie do jednego należąca już rodu, całym prowincjom dająca ruch, życie, handel, pieniądze. Witaj mi ziemio deptana przez Sarmatów, Scytów, Getów, Daków, Greków, Tatarów, Genueńczyków, Polaków, Turków, Szwedów, Rossjan, Niemców — po któréj biegli Tatarzy, na nasze żyzne prowincje, z ogniem i stryczkiem, przez którą zwyciężony, ale niepokonany uciekał pod Bender Karol XII. — Witaj mi ziemio i porcie, coś powstał zniczego w pięćdziesiąt lat, a dziś rozdajesz życie, zapładniasz kraj ogromny — Witaj!
Mogłem tu powtórzyć ze Sturdzą, piękne, wymowne jego o Odessie słowa: — „Na stromych brzegach morza czarnego, w głębi malowniczéj i krętéj zatoki, wznosi się młode miasto, którego gmachy, nie pamiętają przeszłego nawet wieku. Osadzona na podstawie czerwonych skał, które stanowią jakby pas ogromnych napływowych warstw, przejętych muszlami i szczątkami — Odessa wystawia obraz małego świata, rodzącego się na zwaliskach drugiego zniszczonego już świata, sadowi się i rośnie szybko na posadzie w pół klassycznéj, w pół barbarzyńskiéj, między zagrzebanemi ruiny kolonji greckich Pontu Euxynu i mogiłami tych wodzów koczujących ord, które w pustyni, zostawiły po sobie tylko groby i ślady w pół starte swych biegunów i stad niezliczonych. Postrzegając po raz piérwszy to miasto, tak obce przeszłości, tak żywe teraz, tak bogate przyszłością — rzekłbyś, że to far postawiony na prędce, między dwiema pustyniami — stepu i morza“ —[2] Poznajesz już, czujesz, że się zbliżasz ku wielkiemu miastu — po ruchu, po coraz gęstszych domach i karczmach, po wysadach drogi, która piasczystém wyschłego Limanu łożyskiem, wiedzie cię do Odessy. Obie jéj strony otaczają siane laski topoli, tamarysów, akacji mile uśmiéchających się, po pustyni stepowéj — Jest to plantacja zwana lewszynowską. Na końcu téj ulicy, już widać wyglądające maszty okrętów, choć jeszcze nie dostrzedz morza. W prawo już po wzgórzach nad Limanem, rozsypują się przedmieścia, młyny, a za nami w wianku topoli, nie jeden pozostał Chutor.
Nareszcie choć go jeszcze nie widać, już czuć coraz bardziéj morze, po ostrym, jemu właściwym zapachu, który wiatr przynosi. Z początku przykra to woń, ale łatwo się z nią oswoić i nawet miłą ją znajdować. Razem z wonią fali morskich zalatuje, mniéj już przyjemny dym węgli kamiennych i kiziaku, siarczyste jakieś wyziewy limanów i brzegów morskich, pyły nareszcie, okropne pyły téj ziemi stepowéj, co wysychając się rozbija w niedojrzane prawdziwe impalpable atomy, i wiruje w powietrzu nieustannie, napełniając je sobą. W lewo i prawo, nie dojeżdżając do plantacji Lewszyna, mijamy chutory[3] — ciągniemy gościńcem i laskiem, w którego końcu, jak strzałki gotyckich budowli, widać ostre maszty okrętów — Morze blizko — a jednak nie widać i nie widać go jeszcze! Próżno się spinam na palce, próżno obracam głowę na wszystkie strony — nie widać! Cierpliwości! wszakże już oddycham morzem, może niém przecię i oczy napasę. Miasto już nas otoczyło, szumi — Jedni jadą do niego, drudzy z niego wyjeżdżają, Czumacy długiemi sznury wloką się w próżni, złożywszy pszenicę. Mijamy rogatkę i tamożnię, któréj wjeżdżając przebywać nie potrzeba — Porto franco, nikt cię nawet nie spytał po co i zkąd jedziesz. — Ot już przedmieścia przed tobą — oto miasto na wzgórzu nad morzem rozłożone, ale je ztąd pod górę patrząc, zle widać, a raczéj nie widać, tylko bok, okrawek, reszta za wzgórzem.
Jesteśmy przecie w ożywionéj, świéżéj jak z igły i pełnéj ruchu handlowego, Odessie. A choć to nie jest jeszcze miasto właściwe i nie piękniejsza część jego, ulice szerokie, wygodne, brukowane, domy z kamienia porządne, smakownie budowane, zielone akacje tu i ówdzie. Wszędzie znać życie, a życie młode jeszcze i nie wyczerpane. Ja szukam morza oczyma — Nareszcie! w lewo otwarły się domy i puściły wzrok mój na nie. Stanąłem osłupiały, a serce biło mi silnie, chociaż na piérwszy rzut oka, morze jak wszystko na świecie zawiodło mnie. Nie takiém je znalazł, jakiegom się spodziéwał, jakiém wyobrażał sobie.
Kto piérwszy raz widzi morze, pojmiecie łatwo, że mu się dość napatrzeć, nadziwić i nagadać o niém nie może. Pozwólcie mi więc także mówić o niém. Wyobrażałem sobie je zawsze, jak coś ogromnego i mglistego, kończącego się gdzieś w niebiosach; — a znalazłem płaszczyznę gładką, świecącą, ostro uciętą linją, kończącą się ciemno na jasném niebie lipcowém. Wyobrażałem sobie je mdło zielone, znalazłem jasniejące barwami i na ostatnich planach, ciemno-granatowe. Zblizka tylko było zielone, jasne, błyszczące, a na niém jak na dłoni wyraznie; blizko, stały nieruchome, małemi i zbyt blizkiemi się wydające okręciki. Słusznie powiada Musset, że gdy człowiek myśli tylko o czém długo, nie widząc, stworzy sobie obraz zawsze fałszywy, który potém w obec rzeczywistości, przerabiać musi zupełnie.
Morze zasiane było okrętami, właśnie z Sewastopola przybyła eskadra wojenna, stała w porcie; w kwarantannie zaś mnóstwo różnych narodów kupieckich statków, na kotwicy zalegało. Kilka czarnych żelaznych kominów, i czarnych wielkich statków, przeciętych wpośrodku biało oszalowaném kołem — smutnie stały wpośrodku ubranych w swe maszty, poprzecznice, sznury, bandery i rozwieszone żagle; okrętów — były to parochody. Długo, długo, pókim tylko mógł je dojrzeć, patrzałem na morze, ono wzrok pociągało, fascinowało — było coś strasznego i majestatycznie wielkiego razem w téj czarnéj nieruchoméj przestrzeni, któréj ogromu, na piérwszy rzut oka pojąć nie można, dla tego, że jest zbyt wielkim, tak, iż rozmiary jego tracimy.
Wynalazłszy tymczasowe przyporzysko i wyszukawszy, aby co prędzéj być wolnym, mieszkanie, włożywszy na się mniéj zapylone suknie, zjadłszy coś w paryzkim hotelu, pobiegłem na bulwar, który już raz przejeżdżając widziałem, jeszcze się dziwić morzu, witać z morzem. Jestem pewny, że bardzo wielu a wielu rozumnym ludziom wyda się moja dziecinna ciekawość, mój pośpiech młodzieńczy, nieskończenie śmiesznym. Takiémi one mogą być w istocie, ale ja przeto ani się ich wstydzę, ani się z niémi taić myślę. Kto inny możeby się ani niecierpliwił, ani dziwował; pokiwałby głową i koniec. Ja gdy wam mówię szczérze, że mi biło serce, niech to sobie będzie doskonale śmieszném; wolę żeby mi biło ciągle, niżby nieruchome w piersi, na widok jednego z najcudniejszych stworzenia zjawisk, siedzieć miało.
Bulwar, o którym jak i o innych Odessy częściach, nie jednokrotnie jeszcze wspomnieć nam wypadnie, jest to po nad morzem, długa linja domów, przed nią dwie czy więcéj linje drzew akacjowych, tamarysowych i t. p. otaczających przechadzkę. Z jednéj strony kończy i zamyka go Bursa, piękny gmach greckiego stylu, z drugiéj pałac Hr. Worońcowa. Linja gmachów, ciągnących się od Bursy do pałacu, składa się z równych prawie, niemal jednostajnych, bardzo pięknych kilko piątrowych domów, których okna wychodzą na port i morze. Bulwar zabudowany jest nad brzegiem urwiska, który jest już ostatnim wschodem do morza ze stepu. Na pagórku po nad nim rozwija się miasto. W samym środku téj wspaniałéj linji gmachów, przecina je ulica, a tu domy w półkole się zaokrąglają. Naprzeciw tego półkola stoi czarny bronzowy posąg Xięcia Richelieu, tego stworzyciela miasta, ale posag bez wyrazu i charakteru. Jabym mu kazał jedną ręką wskazywać na morze, drugą obrócić na miasto, jakby mówił: — I ten handel i te mury ja wzniosłem. U stop posagu, jest jeden z najpiękniejszych pomników, jakie posiada Odessa.
„Ostatniém, powiada Köhl[4], dziełem powszechnéj użyteczności w Odessie, jest budowa wspaniałych wschodów, które od brzegu morskiego, na bulwar prowadzą. Wschody te są pracą olbrzymią, i będą, gdy się skończą, kosztować tyle pewnie, co budowa szpitalu. Prócz tego lękać się należy, aby to nie było więcéj piękném niż użyteczném, a nadewszystko krótko trwałém, i po chwilowym blasku, nie zwaliło się w kupę gruzów. Pożytek z tych wschodów nie może być wielki, gdyż służą tylko dla pieszych, a tych nad morze mało wychodzi. Kupcy i inni ludzie do portu udają się zawsze krótszą drogą i t. d.“
Opuszczamy tu resztę przypuszczeń Pana J. G. Köhl, których słuszności zupełnie nie uznajemy; wschody te, z całą swą kosztownością, gdyż liczą je na półtora miliona złotych (800,000 rubli), gdyby nawet tylko dla ozdoby miasta służyć miały, godne są poklasku, bo w istocie wspaniałe i majestatyczne. W dziełach Sztuki, nie zawsze ani jedynie szukać potrzeba użytku, ich piękność stawi użytek i cel. Są to szérokie na sto stóp, wysokie na 130, ogromne kamienne wschody, na dziesięć podzielone przestanków, a z dwóchset składające się stopni; godne morza, do którego prowadzą, przepyszne. Ludzie po nich się snujący, jak drobne mrówki wyglądają.
Dzieło to, które wśród wykonania podobno raz się zawaliło, w którego arkadach jest droga łącząca dwa porty, — godnie dopełnia piękny obraz Bulwaru. Obawy Pana Köhl, aby z powodu kamienia użytego do budowy[5] nie zawaliły się, są rozumiem zupełnie płonne. Stawiane ze staraniem, doborem kamienia i przewidzeniem wczesném jego trwałości, nie podobna aby tylko na chwilę ozdobić miały miasto. Dwa razy zbiegłem z tych dwóchset wschodów, aby się zbliżyć do morza, stanąłem nad niém, patrzałem, potém puściłem się w miasto, ku Palais Royal, Teatrowi, Magazynom, w ulice; ale wkrótce znużenie, skwar, bieganina, nabawiły mnie takim bolem głowy, żem się położyć musiał; i tak zakończył się dla mnie piérwszy dzień w Odessie.




Przypisy

  1. Voyage etc. Paris. T. 1. 1826.
  2. Sur les bords escarpés de la mer noire, au fond d’une baïe pittoresque et sinucuse, s’élève une jeune cité, dont les monumens ne remontent guères au delà du XIX siècle. Assise sur un piedestal de roches rougeâtres, qui forment comme la ceinture d’un vaste terrain d’allusion, imprégné de coquillages et de débris, Odessa offre l’aspect d’un monde naissant, sur les ruines d’un monde détruit, elle pose et grandit avec rapidité sur un sol moitié classique, moitié barbare, entre les ruines enfouies des colonies grecques du Pont-Euxin, et les tumulus de ces chefs nomades, qui n’ont laissé dans le desert que des tombes et la trace á demie effacée de leurs coursiers et de leurs troupeaux. — En appercevant pour la première fois cette ville si étrangère au passé, si vivante dans le présent, si riche d’avenir, on dirait un phare construit à la hâte, entre deux solitudes — les steppes et les flots. — A. Stourdza.
  3. Wyraz turecki, znaczy toż co ruska dacza, co włoska villa, francuzkie maison de plaisance-campagne. U nas dawniéj w Polsce, zwano to Kampanią. Nazwa futor jest przekręceniem złem, chutoru. Podróżny Köhl zwiedzający nie dawno południową Rossję, powiada dobrodusznie, że do wyrazu Chutor, żaden się język nie przyzna i zabawną robi uwagę, że Niemcy zwący je futter, zdają się wywodzić ze swego!!!
  4. Reisen etc. T. I, 78.
  5. J. G. Köhl. T. I. 79. Baut man noch dazu die ganze Treppe aus dem erbärmlichen weichen Muschel Kalkstein Odessa’s, dessen Quadern nicht 10 Jahre übereinander liegen können etc.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.