Wielkie nadzieje/Tom II/Rozdział XXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Wielkie nadzieje
Data wydania 1918
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Antoni Mazanowski
Tytuł orygin. Great Expectations
Źródło Skany na Commons
Inne Cały Tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały Tom II jako ePub Pobierz Cały Tom II jako PDF Pobierz Cały Tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

nieszczęśliwego położenia, ale przyczyna tego wstydu była szlachetna. Wiedziałem, że zechce mi dopomódz swym kapitalikiem, odłożonym na czarną godzinę; ale nie mogłem i nie powinienem był dozwolić mu na wydanie na mnie tych pieniędzy.
Cały wieczór spędziliśmy, milcząc, na obmyślaniu swych planów. Zanim jednak poszedłem spać, już postanowiłem, że poczekam dwa dni i zacznę od poniedziałku nowe życie. W poniedziałek rano otwarcie pomówię z Józefem, przedłożę mu swe plany, wyjaśnię, dlaczego nie jadę do Herberta i po tej rozmowie życie moje zmieni się na zawsze. Postanowiwszy to, poweselałem; Józef również widocznie na coś się zdecydował.
Niedzielę spędziliśmy bardzo cicho i szczęśliwie; udaliśmy się za miasto i przechadzaliśmy się po polach.
— Jestem wdzięczny Opatrzności, za swą chorobę — rzekłem.
— Drogi Pipie, stary przyjacielu, już prawie wróciłeś do zdrowia.
— Będę długo pamiętał ją.
— I ja także.
— Znów żyliśmy ze sobą Józefie i tych dni nigdy nie zapomnę. Oczywiście były lata, w których o was zapominałem; ale tych dni nie zapomnę nigdy.
— Pip — rzekł Józef, jakby zmieszany — byliśmy teraz bardzo szczęśliwi. A co by to przedtem, minęło.
Gdy położyłem się do łóżka, Józef według zwyczaju przyszedł się ze mną pożegnać. Spytał mnie, czy czuję się równie dobrze, jak rano?
— Tak, równie dobrze, drogi Józefie.
— I czujesz się coraz silniejszym?
— Tak, kochany Józefie.
Józef pogładził mnie ręką po ramieniu i powtórzył trochę przygłuszonym głosem:
— Dobranoc!
Obudziwszy się nazajutrz zdrowym i silniejszym, niż kiedykolwiek, postanowiłem wyjawić Józefowi swe postanowienie przed śniadaniem. Szybko ubrałem się i chciałem mu zrobić przyjemność, pojawiwszy się tak wcześnie w jego pokoju; ale go nie zastałem, nie było również jego walizki. Poszedłem do jadalni i na stole znalazłem list tej treści:
„Wyjechałem, nie chciałem panu ciężyć; jest pan już zdrowy, kochany Pipie i znacznie lepiej panu będzie bez
„Józefa“.
„P. S. Zawsze jednak zostaniemy przyjaciółmi.“
Do listu było włożone potwierdzenie odbioru mego długu, za który chciano mnie wsadzić do więzienia. Do tej chwili przypuszczałem, że wierzyciele zostawili mnie w spokoju, czekając mego powrotu do zdrowia. Nie wyobrażałem sobie, by Józef spłacił me długi, jednakże potwierdzenie było na jego imię wystawione.
Cóż miałem teraz robić? Pojechać za nim do starej, kochanej kuźni; wyjawić mu wszystko i wykonać swe plany?
Plany były proste. Pójdę do Biddi, wyznam jej, jak żałuję swej niewdzięczności, że straciłem wszystko, czego się spodziewałem; przypomnę, jakto niegdyś była szczerą względem mnie. Potem powiem do niej: — „Biddi, zdaje mi się, żeś mnie niegdyś kochała i biedne moje serce nigdy nile było tak spokojne, jak wówczas, gdy byłem z tobą. Jeśli tylko możesz mnie znowu pokochać, choćby tylko o połowę tak, jak dawniej; jeśli możesz przyjąć mnie z mymi brakami i rozczarowaniami i przebaczyć mi, jakby zbłąkanemu dziecku... Od ciebie Biddi zależy ma przyszłość: jeśli zechcesz, zostanę robotnikiem w kuźni Józefa, lub zajmę się czemś innem w sąsiedztwie, lub wreszcie pojedziemy daleko, daleko na Wschód, gdzie mi dają posadę, której nie mogłem przyjąć, nie znając twej odpowiedzi. Jeśli więc zgodzisz się być towarzyszką mego życia, to z pewnością uczynisz je lepszem a ze mnie zrobisz człowieka. Ja ze swej strony dołożę wszelkich starań, by życie twoje było szczęśliwe.“
Oto na czem polegały me plany. Za trzy dni, gdym już czuł się zupełnie dobrze, udałem się do starej kuźni, aby je wykonać.






Rozdział XXIX.

Wieść o tem, że moje świetne nadzieje się rozwiały, doszła do miejsca rodzinnego przed mym przyjazdem. Pod „Niebieskim Dzikiem“ o wszystkiem już wiedziano i zauważyłem znaczną zmianę w obejściu służby. Póki uważano mnie za przyszłego bogacza, bardzo starano się zasłużyć na me zadowolenie, teraz zaś wiedząc, że straciłem nadzieję pozyskania majątku, zupełnie względem mnie zobojętnieli. Przyjechałem wieczorem, znużony jazdą, którą poprzednio uważałem za zabawę. Gospodarz „Dzika“ oznajmił mi na wstępie, że nie może dać mi poprzedniej sypialni, która już jest przez kogoś zajęta i zaprowadził mnie do obrzydliwej komórki nad wozownią. Ale i tu tak samo dobrze spałem, jak w najlepszym pokoju „Dzika“ i śniły mi się sny nie gorsze, jak poprzednio.
Nazajutrz rano, podczas gdy przygotowywano mi śniadanie, poszedłem popatrzyć na Satis-Haus.
Na drzwiach i na oknach widniały ogłoszenia o sprzedaży z licytacyi następnego tygodnia mebli i różnych domowych sprzętów. Dom również sprzedawano. Nad browarem widniał napis z wielkich białych liter „1-sza partya“ a nad domem tyle lat zamkniętym „2-ga partya“. I na innych częściach były napisy, a wijące się rośliny, pozrywano ze ścian, by lepiej było można widzieć napisy. Przy wejściu obejrzałem się z niemiłem uczuciem nieznajomego, nie mającego nic wspólnego z otaczającymi go przedmiotami i zauważyłem pisarza, rachującego beczki dla dżentelmena, który trzymając w rękach pióro, układał spis inwentarza; za stół do pisania służył fotel na kółkach, który tak często popychałem, śpiewając o „wuju Klemmie“.
Wróciłem na śniadanie do „Niebieskiego Dzika“. Po śniadaniu poszedłem powoli w stronę kuźni. Nogi mnie jeszcze bolały, ale w miarę zbliżania się, czułem się coraz lepiej.
Dzień był prześliczny. Błękitne niebo, jaskółki wysoko wirujące nad zielonymi łanami owsa, i cała wogóle okolica, wydawała mi się piękniejszą i spokojniejszą niż kiedykolwiek. Podczas drogi przedstawiałem sobie mile obrazy życia, jakie tu zacznę, pod kierunkiem przyjaciela, którego przywiązanie i rozsądek poznałem. Serce me ogarniało uczucie, na myśl, że wracam w strony rodzinne po tylu latach.
Nie widziałem jeszcze szkoły, którą prowadziła Biddi, ale przechodząc przez pola, aby niespodzianie zjawić się we wsi, ujrzałem budynek szkolny. Niestety było to święto i dzieci rozpuszczono do domów; nie ziściła się moja nadzieja, że zastanę Biddi przy zwykłej codziennej pracy.
Już niedaleko było do kuźni i idąc pod cieniem lip, przysłuchiwałem się, czy nie dolecą mnie znane uderzenia młota. Panowała jednak cisza i napróżno wytężałem słuch. Przez chwilę rzeczywiście zdawało mi się, że słyszę stuk młota, później jednak musiałem przyznać, że była to gra wyobraźni. Wszystko zastałem jak dawniej: te same stare lipy, te same ostrokrzewy, te same kasztany; jednego tylko brakło: jednostajnych uderzeń młota. Wreszcie z jakiemś ściśnieniem serca ujrzałem kuźnię. Była zamknięta. Nie widać ani płomieni na ognisku, ani iskier nad kominem, nie słychać sapania miechów — wszystko ciche i puste.
Ale dom za to nie był pusty. Nawet w paradnym pokoju bawialni wisiały czyste firanki a otwarte okna zastawiono kwiatami. Podszedłem cichutko do okna, pragnąc zajrzeć do pokoju. Wtem na drodze ukazał się Józef i Biddi, szli pod rękę. Biddi zrazu krzyknęła, myśląc, że widzi ducha, ale za chwilę była w mych objęciach. Oboje płakaliśmy: ja widząc ją tak zdrową i piękną, ona zaś przeciwnie na widok mej bladości i znużenia.
— Droga Biddi, jakaś ty elegancka!
— Tak, kochany Pipie.
— I ty Józefie, jakżeś się wystroił.
— A tak, stary przyjacielu.
Nic nie rozumiejąc patrzyłem na nich.
— Dziś dzień mego ślubu! — zawołała z tryumfem Biddi. — Jestem żoną Józefa!




Zaprowadzili mnie do kuchni. Usiadłem i oparłem głowę o stary stół. Biddi wzięła mnie za rękę i przyłożyła ją do ust, Józef głaskał mnie po ramieniu mówiąc: „dusza moja jeszcze zbyt słaba, aby czynić takie niespodzianki“.
— Tak, powinnam była o tem pomyśleć, ale jestem zbyt szczęśliwa.
Byli tak zadowoleni, że mnie widzą, tak się mną chlubili! Przyjazdem swoim, w tym właśnie dniu zdaje się dopełniłem czary ich szczęścia. Przedewszystkiem podziękowałem w duszy Opatrzności, żem nigdy nie wspomniał Józefowi o swej ostatniej, nie do ziszczenia nadziei. Tak często chciałem mu ją wyznać! Jakie to szczęście, że nie został ze mną jeszcze o jaką godzinę dłużej, bo wówczas napewno dowiedziałby się o wszystkiem!
— Droga Biddi, niema lepszego człowieka na świecie nad twego męża. Jeślibyś tylko widziała, jak mnie pielęgnował, to doprawdy.... Wogóle, nie, nie mogłabyś go kochać więcej, jak teraz.
— To byłoby niemożliwe.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Antoni Mazanowski.