Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/345

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tylko, że szanowałem was z całej duszy za waszą dobroć i stałość w przyjaźni. Powiedzcie mu ode mnie, że on, jako syn wasz, powinien być znacznie lepszym, niż ja.
— No, nic takiego nie myślę mu mówić, Pip — rzekł Józef, nie odejmując rękawa od oczu — i Biddi tego nie powie. O podobnych rzeczach nikt nie będzie mówił.
— Teraz, choć jestem przekonany, żeście już w dobroci swojej mi przebaczyli z duszy, powiedzcie mi oboje, że mi wybaczacie! Błagam was, dajcie mi usłyszeć te radosne dla mnie słowa! Dźwięk ich wiecznie żyć będzie w mem sercu i będę mógł pocieszyć się myślą, że z czasem będziecie mogli wierzyć w mą przyjaźń i będziecie mieli lepsze o mnie mniemanie!
— Drogi Pipie, stary przyjacielu! Bóg widzi, że ci wybaczam wszystko, o ile mam co do wybaczenia.
— Bóg widzi, że i ja ci wybaczam — powtórzyła Biddi.
— Pozwólcie mi teraz popatrzeć na mój pokoik i pozostawcie mnie tam na chwilę samego. Potem zjadłszy coś, wyruszam w drogę. Może mnie odprowadzicie do drogowskazu. Tam się pożegnamy!