Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/347

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wnioskowałem, że nie jest zdolny do niczego. Wreszcie, pewnego razu uświadomiłem sobie, że to nie on był niezdolnym do czynu, lecz ja.






Rozdział XXX.

Jedenaście lat minęło od chwili, gdym się rozstał z Józefami. Choć nie widziałem ich tak długo, często o nich myślałem. Wreszcie pięknego grudniowego wieczoru znalazłem się znowu w miejscu rodzinnem, przy drzwiach starej kuźni. Otworzywszy je cichutko, zajrzałem do kuchni. Na swem dawnem miejscu, paląc fajkę, siedział Józef; zupełnie się nie zmienił, tylko trochę posiwiał. Obok niego, na mojem maleńkiem krzesełku siedziałem ja sam, jako mały chłopiec.
— Nazwaliśmy go Pipem, na twoją pamiątkę, stary przyjacielu — rzekł Józef z tryumfem, kiedym usiadł obok chłopca — spodziewaliśmy się, że będzie do ciebie podobny; i myślę, że się nie omyliliśmy.
Zupełnie się z tem zgodziłem. Na drugi dzień poszedłem z Pipem na spacer, obaj mówiliśmy dużo i doskonale rozumieliśmy się. Poprowadziłem go na cmentarz i posadziłem na tak pamiętnym dla mnie nagrobku. Z tego podwyższenia pokazał mi płytę, na której był wycięty napis: Filip Pirrip i Georgina, żona powyższego.