Wielkie nadzieje/Tom II/Rozdział XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Wielkie nadzieje
Data wydania 1918
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Antoni Mazanowski
Tytuł orygin. Great Expectations
Źródło Skany na Commons
Inne Cały Tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały Tom II jako ePub Pobierz Cały Tom II jako PDF Pobierz Cały Tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział XVIII.

Minęło parę tygodni — wszystko szło po dawnemu. Wciąż oczekiwaliśmy Uemnika, ale napróżno. Jeślibym nie znał go poza Littel-Briten i nie bywał czasem u niego w zamku, mógłbym o nim zwątpić, teraz jednak myśl podobna nie przychodziła mi do głowy.
Pieniężne moje sprawy przybierały bardzo smutny wygląd a liczni wierzyciele wciąż nalegali o spłatę długów. Mnie samemu nawet zaczęło braknąć pieniędzy i zaradziłem potrzebie, zmieniając na brzęczącą monetę różne zbyteczne klejnoty. Ale uważałem za rzecz niehonorową brać pieniądze od dobroczyńcy. Dlatego nic nie mówiąc zwróciłem mu przez Herberta pulares z prośbą, by przechowywał go u siebie. Czułem jakieś szczególne zadowolenie, nie wiem istotnie, czy sztuczne — że jeszcze ani razu nie korzystałem z jego hojności po wyjściu na jaw tajemnicy.
W miarę upływu czasu zaczęła mnie dręczyć myśl, że Estella pewno już wyszła za mąż. Obawiając się potwierdzenia faktu, unikałem gazet i prosiłem Herberta, aby mi nigdy o niej nie wspominał. Dlaczego tak silnie trzymałem się tego strzępu pstrej tkaniny mych nadziei, zupełnie poszarpanej i rozrzuconej na wiatr?
Życie me było w tych czasach najnieszczęśliwsze; główny przedmiot mej troski, górujący nad innymi, jakby szpiczasty szczyt, wyrastający nad pasmem gór, nigdy nie znikał z pamięci. Mimo, że nie było nowych powodów do strachu, dzień w dzień zrywałem się z pościeli z nowem przeczuciem, że już go odkryto i schwycono; w nocy ze strachem wsłuchiwałem się w chód Herberta i zdawało mi się, że przyspiesza go, aby mi zwiastować złe nowiny. Tak mijały dni i noce w wiecznym strachu i niepewności. Zmuszony do bezczynu i ciągłego niepokoju, pływałem łódką, czekałem i doczekałem się.
Pewnego razu o zmierzchu pod koniec lutego, wysiadłem z łódki w zwykłej przystani przy komorze celnej za mostem londyńskim. Dzień był śliczny, pogodny; ale po zachodzie słońca musiałem ostrożnie przemykać się między czółnami. Dwa razy przepływałem pod jego oknami i widziałem umówiony znak, że wszystko idzie pomyślnie.
Wieczór nadszedł wilgotny, drżałem, zdecydowałem się więc pokrzepić się obiadem, następnie ponieważ w domu czatowała na mnie tylko troska i samotność, postanowiłem pójść do teatru, w którym występował Uopsel. Podczas przedstawienia ze zdziwieniem zauważyłem, że on cały swój wolny czas poświęcał na to, aby patrzeć na mnie z największem zdziwieniem.
Było coś tak szczególnego w wyrazie jego oczu, widocznie tyle myśli przebiegało mu przez głowę, że nie wiedziałem, co o tem sądzić. Jeszcze zajęty temi myślami w godzinę potem opuszczałem teatr; spostrzegłem, że czeka na mnie przy wyjściu.
— Jak się panu powodzi? — spytałem, ściskając mu rękę i idąc razem z nim ulicą. Uważałem, że pan na mnie wciąż patrzył.
— Patrzyłem na pana, panie Pip. Naturalnie, że patrzyłem na pana. Ale kto to był z panem?
— Kto był ze mną?
— Doprawdy to niezrozumiałe. Gotów byłbym przysiądz.
Przestraszony również, zacząłem wypytywać Uopsela o bliższe szczegóły.
— Nie ręczę, czybym go spostrzegł, jeśliby pan nie siedział obok.
Mimowoli obejrzałem się, miałem bowiem zwyczaj oglądać się, gdym wracał do domu. Te tajemnicze słowa mroziły mnie.
— O, nie dogonimy go — rzekł pan Uopsek — wyszedł przede mną. Widziałem, jak wychodził.
Mogłem posądzać każdego, zacząłem nawet nieufnie patrzyć na biednego Uopsela. Zdawało mi się, że chce skłonić mnie do zeznań. Dlatego nie odpowiedziałem ani słowa.
— Nękała mię okropna myśl. Zdawało mi się, że pan przyszedł wraz z nim, potem spostrzegłem, że pan nie podejrzewał nawet jego obecności a on śledzi pana, jakby jaki cień.
Poprzedni strach znowu mnie opanował, ale postanowiłem jeszcze nic nie mówić, choć z jego słów można było wnioskować, że chce pobudzić mnie, abym wszystko to, cośmy powiedzieli, odniósł do Prowisa. Byłem naturalnie pewny, że Prowis nie był w teatrze.
— Pan dziwi się? Tak, pan się dziwi, widzę to z pańskiej twarzy. Ale to rzeczywiście dziwne! Pan wprost temu nie uwierzy, co teraz opowiem. Jabym sam temu nie uwierzył, gdyby mnie to opowiedziano.
— Czyż? — zapytałem.
— Tak. Czy pan pamięta, dawno już dawno temu pewne Boże Narodzenie, pan był jeszcze dzieckiem, jedliśmy obiad u państwa Hardżeri, przyszło wtedy kilku żołnierzy, prosząc o zreperowanie kajdanów?
— Doskonale pamiętam.
— I pamięta pan, jakeśmy ścigali dwóch zbiegów; Hardżeri wziął pana na plecy, ja szedłem przodem a wy wlekliście się za mną?
— Wszystko to bardzo dobrze pamiętam.
— A czy pamięta pan, że znaleźliśmy dwóch przy kanale? Bili się ze sobą i jeden drugiego poturbował a mianowicie potłukł mu twarz?
— Pamiętam tak, jakbym to wszystko widział przed sobą.
— A pamięta pan, jak żołnierze zapalili pochodnie i poprowadzili ich obu, my zaś poszliśmy przez ciemne moczary, aby widzieć, na czem się to wszystko skończy. Światło pochodni padało im na twarze, — kładę nacisk, że światło pochodni padało im na twarze, — podczas gdy wokoło nas panowała ciemność.
— Tak, tak, wszystko to sobie przypominam.
— Otóż, panie Pip, jeden z tych więźniów śledził pana tego wieczoru. Widziałem go za pańskiem ramieniem.
— Otwarcie zaczyna! — pomyślałem, potem spytałem — który z nich według niego był tam?
— Ten, którego pobito. Gotów jestem przysiądz, że go widziałem. I im więcej myślę, tem pewniejszy jestem, że to on był istotnie.
— A, to bardzo ciekawe — rzekłem na pozór obojętnie.
Nie mogę wyrazić, jakiego niepokoju nabawiła mnie ta rozmowa i jaki strach ogarnia! mnie na myśl, że Kompenson śledzi mnie, „jak cień“.
Spytałem pana Uopsela, kiedy wszedł ten człowiek? Ale nie mógł mi powiedzieć. Dopiero gdy mnie zauważył, zaraz za memi plecami spostrzegł i jego. Nie od razu go poznał.
— Jak był ubrany?
— Porządnie, ale niczem nadzwyczajnem się nie odznaczał, zdaje się, że był w czarnem ubraniu.
— Czy na twarzy miał szramy?
— Nie, o ile sobie przypominał, nie. Tak też przypuszczałem, bo choć byłem zamyślony i nikogo z siedzących obok siebie nie zauważyłem, najprawdopodobniej twarz ze szramami ściągnęłaby na siebie moją uwagę.
Była już pierwsza, gdym wrócił do Templ i bramę zamknięto. Nikogo nie widziałem w pobliżu, gdym wchodził do domu i do mieszkania.
Herberta zastałem już i natychmiast odbyliśmy długą i poważną naradę przy kominku.
Trzeba było tylko donieść Uemnikowi o mem odkryciu i wspomnieć mu, że oczekujemy jego decyzyi. Ponieważ obawiałem się zaszkodzić mu zbyt częstemi wizytami w zamku, postanowiłem donieść o tem listownie. Napisałem jeszcze przed położeniem się do łóżka, natychmiast sam odniosłem list i wrzuciłem do skrzynki listowej. Postanowiliśmy z Herbertem postępować jak najostrożniej.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Antoni Mazanowski.