Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/224

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A pamięta pan, jak żołnierze zapalili pochodnie i poprowadzili ich obu, my zaś poszliśmy przez ciemne moczary, aby widzieć, na czem się to wszystko skończy. Światło pochodni padało im na twarze, — kładę nacisk, że światło pochodni padało im na twarze, — podczas gdy wokoło nas panowała ciemność.
— Tak, tak, wszystko to sobie przypominam.
— Otóż, panie Pip, jeden z tych więźniów śledził pana tego wieczoru. Widziałem go za pańskiem ramieniem.
— Otwarcie zaczyna! — pomyślałem, potem spytałem — który z nich według niego był tam?
— Ten, którego pobito. Gotów jestem przysiądz, że go widziałem. I im więcej myślę, tem pewniejszy jestem, że to on był istotnie.
— A, to bardzo ciekawe — rzekłem na pozór obojętnie.
Nie mogę wyrazić, jakiego niepokoju nabawiła mnie ta rozmowa i jaki strach ogarnia! mnie na myśl, że Kompenson śledzi mnie, „jak cień“.
Spytałem pana Uopsela, kiedy wszedł ten człowiek? Ale nie mógł mi powiedzieć. Dopiero gdy mnie zauważył, zaraz za memi plecami spostrzegł i jego. Nie od razu go poznał.
— Jak był ubrany?
— Porządnie, ale niczem nadzwyczajnem