Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/221

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jący nad innymi, jakby szpiczasty szczyt, wyrastający nad pasmem gór, nigdy nie znikał z pamięci. Mimo, że nie było nowych powodów do strachu, dzień w dzień zrywałem się z pościeli z nowem przeczuciem, że już go odkryto i schwycono; w nocy ze strachem wsłuchiwałem się w chód Herberta i zdawało mi się, że przyspiesza go, aby mi zwiastować złe nowiny. Tak mijały dni i noce w wiecznym strachu i niepewności. Zmuszony do bezczynu i ciągłego niepokoju, pływałem łódką, czekałem i doczekałem się.
Pewnego razu o zmierzchu pod koniec lutego, wysiadłem z łódki w zwykłej przystani przy komorze celnej za mostem londyńskim. Dzień był śliczny, pogodny; ale po zachodzie słońca musiałem ostrożnie przemykać się między czółnami. Dwa razy przepływałem pod jego oknami i widziałem umówiony znak, że wszystko idzie pomyślnie.
Wieczór nadszedł wilgotny, drżałem, zdecydowałem się więc pokrzepić się obiadem, następnie ponieważ w domu czatowała na mnie tylko troska i samotność, postanowiłem pójść do teatru, w którym występował Uopsel. Podczas przedstawienia ze zdziwieniem zauważyłem, że on cały swój wolny czas poświęcał na to, aby patrzeć na mnie z największem zdziwieniem.
Było coś tak szczególnego w wyrazie jego