Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/222

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


oczu, widocznie tyle myśli przebiegało mu przez głowę, że nie wiedziałem, co o tem sądzić. Jeszcze zajęty temi myślami w godzinę potem opuszczałem teatr; spostrzegłem, że czeka na mnie przy wyjściu.
— Jak się panu powodzi? — spytałem, ściskając mu rękę i idąc razem z nim ulicą. Uważałem, że pan na mnie wciąż patrzył.
— Patrzyłem na pana, panie Pip. Naturalnie, że patrzyłem na pana. Ale kto to był z panem?
— Kto był ze mną?
— Doprawdy to niezrozumiałe. Gotów byłbym przysiądz.
Przestraszony również, zacząłem wypytywać Uopsela o bliższe szczegóły.
— Nie ręczę, czybym go spostrzegł, jeśliby pan nie siedział obok.
Mimowoli obejrzałem się, miałem bowiem zwyczaj oglądać się, gdym wracał do domu. Te tajemnicze słowa mroziły mnie.
— O, nie dogonimy go — rzekł pan Uopsek — wyszedł przede mną. Widziałem, jak wychodził.
Mogłem posądzać każdego, zacząłem nawet nieufnie patrzyć na biednego Uopsela. Zdawało mi się, że chce skłonić mnie do zeznań. Dlatego nie odpowiedziałem ani słowa.
— Nękała mię okropna myśl. Zdawało mi się, że pan przyszedł wraz z nim, potem spo-