W pałacu carów/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł W pałacu carów
Podtytuł Powieść historyczna
Data wydania 1932
Wydawnictwo Biblioteka Echa Polskiego
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VIII.

Katarzyna Wielka mawiała, że w Petersburgu niema lata, a są dwie zimy: jedna biała, a druga zielona.
Zbliżaliśmy się wielkiemi krokami ku białej zimie a co się tyczy mnie, to muszę przyznać się, że czekałem jej nadejscia nie bez ciekawości. Lubię widzieć kraj w jego stanie naturalnym, ponieważ tylko w tej porze uwydatnia się jego istotny charakter... Kto zaś pragnie widzieć lato w Petersburgu, a w Neapolu zimę — ten niech najlepiej zostanie we Francji, ponieważ ani tego, ani tamtego w nich nie zobaczy...
Wielki księże Konstanty wrócił z Warszawy nie wykrywszy tego spisku, dla którego przybył do Petersburga, a cesarz Aleksander, przejęty tym spiskiem, bardziej smutnym niż zazwyczaj, opuścił swój pałac w Carskiem Siole, którego drzewa już zasłały liśćmi ziemię.
Minęły gorące dni i białe noce. Nie było już więcej jasno-błękitnego nieba. Newa nie toczyła więcej swych siwych wód i nie było już na niej widać lodzi z kobietami i kwiatami. Nie było słychać smętnej muzyki.
Zapragnąłem jeszcze raz ujrzeć te czarujące wyspy na Newie, pokryte w czasie mego przybycia bujną roślinnością, i najrozmaitszem kwieciem, lecz — niestety, nie było już teraz tam kwiatów. Wałęsałem się po tych wyspach, poszukując pałaców, lecz ujrzałem jeno same osłonięte mgłą łodzie, barki, koło których brzozy smętnie chwiały swemi obnażonemi gałęziami. Mieszkańcy tych wysp również wszyscy powynosili się do Petersburga.
Poszedłem za radą, daną mi przy table d’hotel po moim przyjeździe do stolicy przez mego ziomka, lyończyka i, włożywszy na siebie nabyte u niego futro, jąłem biegać z jednego końca miasta na drugi z lekcjami. Lekcje te, zresztą, mijały mowach, niż na ćwiczeniach szermierskich. Bowiem pan generał Gorgoli, wyszedłszy do emerytury po wysłużeniu 13 lat jako komendant Petersburga, po jakiejś scysji z generałem Miłoradowiczem, gubernatorem stolicy — czuł stale potrzebę wytchnięcia po swej ciężkiej a odpowiedzialnej służbie.
Nieraz zatrzymywał mnie na całe godziny, wypytując po przyjacielsku o Francję i o moje sprawy. Inny znów uczeń, hrabia Bobrinskij, traktujący mnie bardzo życzliwie, bezustanku robił mi różne prezenty, a raz nawet podarował wspaniałą turecką szablę. Co się tyczy hrabiego Aleksego Annienkowa, to też i nadal pozostał mym najłaskawszym protektorem, cóż, kiedy widywałem go tylko bardzo rzadko, ponieważ był stale zajęty swemi przyjaciółmi to w Petersburgu, to w Moskwie. Pomimo, że odległość pomiędzy obiema stolicami jest bardzo wielką, hrabia Aleksy najczęściej spędzał czas w drodze to do jednego z tych miast, to do drugiego.
Rosjanin, jak wiadomo, jest to człowiek, stanowiący dziwną mieszaninę kontrastów: łagodny z charakteru, bardzo łatwo staje się pastwą tęsknoty i znudzenia.
Widywałem go, od czasu do czasu, u Luizy. Moja biedna współrodaczka stawała się z każdym dniem, jak to zauważyłem, smutniejszą i smutniejszą. Gdy była sama jedna, pytałem ją o powód tego smutku, który przypisywałem jej zazdrości. Ale, gdy, raz wymieniłem w rozmowie z nią słowo zazdrość Luiza zaprzeczyła ruchem głowy, i jęła mówić o Aleksym z takim zaufaniem do niego, że wyrzekłem sie tej myśli...
Powiedziałem już, że mówiła mi ona o jakiejś stałej tęsknocie Aleksego, który skłonił go do przystąpienia do spisku, o którym teraz właśnie krążyły głuche wersje po Petersburgu, aczkolwiek nikt nie wiedział, kto bierze w nim udział i przeciwko komu spisek jest skierowany.
Jeśli chodzi o hrabiego Annienkowa, to by oddać mu zupełną sprawiedliwość, muszę oświadczyć, że nie dostrzegłem w nim najmniejszej zmiany — pozostał takim samym, jakim był dotąd. Macchiavelli, uważając Konstantynopol za najlepszą szkołę wszelkiego spisku, był jak, się przekonamy, niesprawiedliwym względem Moskwy.
Nadszedł dzień 9 listopada 1824 r. Gęsta mgła spowiła stolicę carów. Przez trzy dni dął od morza gwałtowny południowo-zachodni wiatr, tak że Newa wezbrała, stając się burzliwą, jak morze. Na bulwarach stały liczne grupy ludzi, którzy pomimo zimnego wiatru, z niepokojem w oczach przypatrywali się jak wzbiera Newa i jak z minuty na minutę podnosi się poziom wody.
Mieszkańcy przerażeni byli przyborem wody również w Fontance, Mojce, i innych rzekach. W powietrzu czuć było coś posępnego, coś co zapowiadało nieszczęście. Nastał wieczór. Wszędzie po mieście wzmocniono posterunki dla zapewnienia stolicy bezpieczeństwa.
W nocy rozszalała się straszna burza. Rozkazano rozwieść wszystkie mosty, aby łodzie i statki, znajdujące się na Newie, mogły się pochować, gdzie im będzie najwygodniej.
Pozostałem u Luizy do północy. Była bowiem bardzo przestraszona tem, że hrabia Aleksy otrzymał rozkaz nie wydalania się ze swych koszar kawaleryjskich.
W mieście władze wydały takie same rozporządzenia, jak podczas stanu wojennego. Udałem się na bulwar.
Newa szturmowała, uderzając wysokiemi falami, a od strony morza, od czasu do czasu, dolatywały dziwne głosy, podobne do długich westchnień.
Gdy wróciłem do domu, nikt jeszcze nie spał. Na dziedzińcu naszym pokazała się woda, która poczęła zalewać suteryny domu. Ktoś doniósł, że bulwar granitowy został miejscami zburzony i że woda przelewa się przez wał. Rzeczywiście, na ulicy wszędzie poczęła się pokazywać woda, ponieważ jednak nie przypuszczałem możliwości powodzi, tedy spokojnie poszedłem spać, tymbardziej, że moje mieszkanie znajdowało się na drugiem piętrze, czyli że nie groziło mi żadne niebezpieczeństwo, Ale sąsiedzi moi byli tak okropnie wzburzeni, że i ja nie mogłem długo zasnąć, póki wreszcie znużenie i huk burzy nie uśpiły mnie.
Obudziłem się około godziny ósmej rano, zbudzony wystrzałem armatnim. Podbiegłszy do okna, ujrzałem, że na ulicy stoją tłumy ludzkie, przeto ubrawszy się czemprędzej, podążyłem nadół.
— Co się stało? Dlaczego strzelają z armat? — spytałem kogoś.
— Woda, woda! Powódź! Newa! — krzyknął, uciekając.
Zbiegłem na parter domu, gdzie woda dochodziła już do okien, mimo że podłoga była ponad poziomem ulicy. Wyjrzawszy na ulicę, zobaczyłem, że cały środek ulicy był zalany wodą, która miejscami zalewała suteryny.
Ujrzawszy dorożkarza, krzyknąłem nań, ale ten nie chciał jechać, mówiąc, że spieszy się do domu. Jednakowoż dwadzieścia rubli, obiecane mu, skłoniły go do pojechania ze mną. Wskoczyłem do dorożki i kazałem wieźć się na Newski Prospekt. Tu woda sięgała framug okien. Co każde pięć minut rozlegał się wstrząsający huk armat. Ludzie, których spotykałem na ulicy krzyczeli przerażeni: „Woda! Potop!”
Sam nie wiem jak dostałem się do mieszkania Luizy. Koło drzwi jej domu zastałem żołnierza na koniu. Przybył, przysłany przez hrabiego Aniennkowa, by powiedzieć Luizie, aby udała się na najwyższe piętro w razie dalszego przyrostu wody. Teraz powiał wiatr zachodni, pędząc wodę z zatoki fińskiej do Newy, tak że zdawało się, iż morze walczy z Newą! Sołdat właśnie tylko co spełnił swe polecenie, gdy ja przybyłem do Luizy, poczem popędził z powrotem da koszar, o ile to było możliwe wobec takiego zalewu wodami ulic.
Armaty huczały bezustanku.
Przyjechałem w sam czas. Luiza była śmiertelnie przestraszona, być może, nie tyle o siebie, ile o hrabiego Aleksego, koszarom bowiem, w których stał — groziło największe niebezpieczeństwo. Jednakowoż przybycie żołnierza uspokoiło ją nieco.
Wyszliśmy razem na balkon domu, skąd przy dobrej pogodzie daleko, daleko było widać. Ale obecnie mgła była tak gęstą, że literalnie nic nie można było odróżnić.
Armaty teraz grzmiały coraz częściej. Na placu Admiralicji ujrzeliśmy kilku dorożkarzy, uciekających przed powodzią. Pozjeżdżali się tu właśnie, spodziewając się, że teraz dobrze robią, ale wskutek szybkiego napływu wody, sami ledwie z trudem uratowali się. Poganiali wtedy swe konie co tchu, wołając: „Potop! Potop!” I rzeczywiście widok był okropny.
Za nimi pędziły morskie fale, które przewalając się przez granitowy bulwar, dochodziły aż do pomnika Piotra Wielkiego! Newa wystąpiła z brzegów.
Na balkonie Pałacu Zimowego ukazały się mundury. Cesarz stojąc wśród generałów, wydawał rozkazy, ponieważ niebezpieczeństwo wzrastało z każdą chwilą. Ujrzawszy, że woda zalewa już mury fortecy, przypomniał sobie nieszczęsnych więźniów, osadzonych w kazmatach, których okna wychodziły na Newę.
Natychmiast kazał komuś udać się w łodzi do twierdzy i doręczyć carski rozkaz komendantowi twierdzy, aby natychmiast przetransportował wszystkich więźniów w bezpieczne miejsce. Ale rozkaz ten przyszedł zbyt późno, wśród ogólnego zamętu, potracenia głowy, zapomniano o nieszczęsnych więźniach politycznych i wszyscy oni zginęli.
Ulicami płynęły teraz szczątki domów. Były to nędzne drewniane baraki z Narwskiego okręgu, które nie oparłszy się huraganowi, zostały porwane przez powódź wraz ze swymi nieszczęsnymi mieszkańcami.
Na szczątkach jednego z baraków płynął trup ludzki. Trudno oddać to wrażenie, jakie sprawił na nas ten pierwszy trup.
Woda przybywała bezustanku z przerażającą szybkością. Wszystkie kanały oraz rzeki, przecinające miasto, wyszły ze swych brzegów i wepchnęły do miasta berlinki, napełnione kamieniami, chlebem i furażem. Od czasu do czasu trafiali się na nich ludzie, którzy dawali sygnały snującym się łodziom, prosząc o ratunek. Ale łodziom bardzo trudno było do nich podpłynąć, ponieważ woda tworzyła okropne wiry. Niektórzy z tych nieszczęśników nie mogli być uratowani, ponieważ płynące ku nim na ratunek łodzie przewróciły się, a siedzący w nich ludzie potonęli.
Dom nasz, zdawało się, drżał pod szturmem wód, które zalały cały parter. Co chwila zdawało się nam, że dom runie. A wśród tego chaosu okropności, Luiza co chwila powtarzała;
— O, Boże, mój Boże! Aleksy! Co będzie z Aleksym!
Wszystko przemieniło się w chaos, którego niepodobna opisać. Statki zderzały się raz po raz z sobą i rozbijały. Szczątki ich pływały obok szczątków domów, mebli oraz trupów ludzi i zwierząt. Po wodzie płynęły trumny wymyte z mogił. Drewniany krzyż nagrobny, porwany na jakimś cmentarzu, zaniosła woda aż do Pałacu Zimowego!
Woda wciąż a wciąż przybywała, od dwunastu godzin! Teraz wszędzie partery domów były pozalewane, a w niektórych dzielnicach Petersburga woda wkraczała na pierwsze piętro. Pod wieczór wszakże, woda poczęła opadać, ponieważ wiatr zmienił swój kierunek i dął teraz od północy, skutkiem czego Newa mogła teraz pędzić swe wody do morza, które dotychczas było dla niej jakby murem. Gdyby ten wiatr zachodni trwał tak jeszcze ze dwanaście godzin to cały Petersburg ze swymi mieszkańcami zginąłby pod wodą, jak ongi ginęły w czasie potopów całe miasta!
Wieczorem łódź zatrzymała się koło naszego domu. Już zdaleka Luiza poczęła dawać radosne znaki żołnierzowi, który siedział w łodzi, i którego poznała po uniformie. Był to żołnierz z pułku kawalerji, ten sam, który przyniósł wiadomość o hrabi Aniennkowie.
Luiza natychmiast napisała do hrabiego kilka uspokajających słów o sobie. Ja również napisałem mu kilka słów od siebie, przyrzekając nie pozostawić Luizy bez opieki.
Woda wciąż opadała; wiatr dął po dawnemu od północy. Zeszliśmy z balkonu na pierwsze piętro. Musieliśmy tu spędzić noc, ponieważ na parter niepodobna było dostać się: parter był zalany, wszystko tam było zburzone, okna i drzwi połamane, a podłoga zarzucona szczątkami mebli.
Trzeci to raz w tym wieku Petersburg doznał takiej powodzi. Taki dziwny kontrast z Neapolem, który na drugim końcu Europy stale doznaje klęski pożarów!
Nazajutrz na ulicach miasta było już bardzo mało wody. Wszędzie przewracały się na brukach szczątki mebli i ciała topielców. Z tych szczątek oraz z liczby topielców można było wnioskować o rozmiarze klęski, która dotknęła stolicę.
Wśród tych wypadków w Petersburgu rozegrał się okropny dramat zemsty ludzkiej.
O jedenastej godzinie w nocy minister, kochanek „gosudarini”, zawezwany został do cesarza. Udając się do Pałacu Zimowego polecił swej kochance przy pierwszem zaraz niebezpieczeństwie udać się na najwyższe piętro. Dom ten był pięciopiętrowy — najwyższy wogóle na Prospekcie Woznieseńskim.
„Gosudarinia” została sama jedna ze swą służbą, a minister zatrzymany został w pałacu cara do dnia jutrzejszego, przez cały czas powodzi. Wyszedłszy z Pałacu Zimowego, podążył do domu, ale zastał swój dom całkowicie zburzony i zupełnie opuszczony przez wszystkich.
Zaniepokojony o los swej uroczej kochanki, wbiegł do jej pokoju. Drzwi od jej pokoju, które jedynie ocalały w tym domu, zastał zamknięte, podczas gdy wszystkie inne drzwi były powyrywane z zawiasów i porwane przez powódź. Począł stukać, walić, krzyczeć, lecz nikt mu nie odpowiadał. Wówczas wyłamał drzwi.
Pośrodku pokoju leżał trup „gosudarini”, ale nie powódź była przyczynę jej śmierci: trup miał urwaną głowę!
Ogarnięty zgrozą, począł minister wołać o pomoc z tego samego balkonu, z którego niedawno jeszcze jego kochanica przyglądała się karze knuta, wymierzanej jej poprzedniemu kochankowi... Kilku ludzi zbiegło się na jego wołanie i ujrzało go, jak klęczy koło pokrwawionego trupa bez głowy — pięknej „gosudaryni”...
Zaczęto szukać po pokoju i znaleziono pod łóżkiem głowę zamordowanej. Około głowy leżały ogromne nożyce, któremi przecina się gałęzie drzew lub wyrównywa żywopłody w ogrodach: było to, oczywiście, narzędzie mordu.
Na ten okropny widok morderstwa cała służba ministra rozbiegła się, ale wieczorem i nazajutrz wróciła do domu.
Jedynie kto nie wrócił, to sknutowany ogrodnik.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Dumas (ojciec).