W pałacu carów/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł W pałacu carów
Podtytuł Powieść historyczna
Data wydania 1932
Wydawnictwo Biblioteka Echa Polskiego
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VII.

Począwszy od chwili, gdy sytuacja moja stała się wyraźną, postanowiłem opuścić hotel Londyński i wynająć sobie mieszkanie. Zacząłem tedy biegać po mieście w poszukiwaniu mieszkania i oto teraz dopiero począłem naprawdę poznawać Petersburg i jego mieszkańców.
Hrabia Aleksy Annienkow dotrzymał swego przyrzeczenia. Dzięki niemu, rzec można, że zaraz po przyjeździe otrzymałem cały szereg uczniów, których bez jego rekomendacji — nie mógłbym otrzymać nawet w ciągu roku.
Uczniami tymi byli: kuzyn cesarza, Naryszkin, hrabia Paweł Bobriński, nielegalny syn Katarzyny i Potemkina, książę Trubeckoj, komendant pułku Preobrażeńskiego, pan de Gorgoli, komendant miasta i szef policji petersburkiej oraz kilku innych przedstawicieli najlepszych rodzin Petersburga, a pozatem dwaj czy trzej oficerowie Polacy, służący w armji rosyjskiej.
Najpierwsze, co mnie najbardziej uderzyło w życiu wielkich panów rosyjskich — to ich gościnność, cnota, która jak wiadomo, tak rzadko chodzi w parze z cywilizację. Cesarz Aleksander, idąc za przykładem Ludwika XIV-go, który przyjął był do grona szlachty dziedzicznej sześciu największych mistrzów szermierki w Paryżu — nie uważał sztuki fechtunku za rzemiosło, a przeto dał mnie i innym moim towarzyszom, do fachu mniej lub więcej wysokie stanowisko w armji.
W żadnym innym kraju nie doznałem takiego arystokratycznego i rzekłbym — naturalnego, serdecznego stosunku do siebie, jak tu, w Petersburgu, i tego respektu, który nie poniża tego, kto go świadczy, a jednocześnie podnosi tego, komu jest świadczony.
Ten wspaniały zwyczaj rosyjski tymbardziej zachwyca cudzoziemca, że liczne rodziny nieraz służę mu jaknajserdeczniejszą gościnnością, zapraszając to na imieniny, to na święta, których w Rosji jest wogóle bardzo dużo. W ten sposób, jeśli kto posiada mniej lub więcej szerokie koło znajomości, ten zawsze może jadać obiady po dwa razy dziennie i tyleż razy wieczorem bywać na balach...
W Rosji jest jeszcze inny bardzo przyjemny zwyczaj: ludzie lubią tu robić znajomych profesorów czy nauczycieli niemal członkami swych rodzin! Jakiś, dajmy na to nauczyciel, mniejsza o to — czego, w kole domowem bardzo prędko staje się czemś w rodzaju przyjaciela, czy krewnego, i tę rolę może zachowywać dopóty, dopóki sam tylko zechce.
Na taki właśnie stosunek do siebie natrafiłem w rodzinach niektórych moich uczniów, a zwłaszcza w rodzinie komendanta miasta Petersburga, generała Gorgoli, jednego z najzacniejszych i najlepszych ludzi, jakich wogóle widziałem w życiu.
Grek z pochodzenia, wysoce przystojny mężczyzna, dużego wzrostu, pięknie zbudowany, bardzo zgrabny — obok hrabiego Aleksego Orłowa i hrabiego Bobrińskiego godnie reprezentował najładniejszy typ prawdziwego rosyjskiego pana — t. zw. barina.
Nadzwyczaj zdolny do wszelkich sportów, począwszy od jazdy konno, a kończąc na grze w piłkę, bardzo silny szermierz, szlachetny niby starodawny bojaryn, stał się poprostu błogosławieństwem nietylko dla cudzoziemców ale i dla swych rodaków, którzy mieli doń dostęp o każdej porze dnia i nocy.
W takim mieście, jak Petersburg, to jest w tej monarchicznej Wenecji, gdzie niema wcale echa ulicznego, gdzie Nojka oraz kanał cesarzowej Katarzyny, jak Giudecca i d’Orfano. W Wenecji, pochłaniają swe ofiary bez żadnego hałasu, gdzie stróże uliczni, dyżurujący przy swych budkach na wszystkich skrzyżowaniach się ulic, więcej obaw niż nadziei obrony wzbudzają u obywateli — taki generał Gorgoli stał się ulubieńcem ogółu.
Widząc go bezustanku jeżdżącym w lekkiej kolasce, zaprzężonej do pary szybkich, jak gazele, koni, zmienianych po czterykroć w dzień — wszyscy obywatele Petersburga czują, że to Opatrzność posłała im oko czuwające i chroniące ich od wszystkich nieszczęść. W ciągu dwunastu lat, swej komendantury i dbałości o bezpieczeństwo mieszkańców — Gorgoli nie opuścił Petersburga ani na jeden dzień.
To też, powiedziałbym, że niema chyba takiego drugiego miasta, jak Petersburg, w którem moglibyście się państwo czuć tak bezpiecznie w nocy, jak w Sankt-Petersburgu. Policja strzeże zarówno tych, którzy siedzą w więzieniach, jak i tych, którzy spacerują na wolności. W różnych częściach miasta wznoszą się drewniane wieże, znacznie wyższe niż zwykłe domy, przeważnie dwu-trzypiętrowe. W tych wieżach dyżuruje zazwyczaj dwóch lub trzech ludzi i w dzień i w nocy... Gdy tylko zauważą gdzieś łunę, dym czy ogień pożaru — wnet biją we dzwon, znajdujący się na dziedzińcu straży pożarnej. A podczas, gdy strażacy zaprzęgają koni do beczek, — ci dyżurujący strażnicy wskazują im dzielnicę miasta, w której wybuchł pożar.
Natychmiast na to miejsce pędzi konno jeden ze strażaków. Czas, niezbędny strażakom na dojechanie do określonego miejsca, jest już zawczasu obliczony, tak że ci ostatni przybywają na miejsce punktualnie co do minuty. Jest to zupełnie inaczej niż we Francji, tam z palącego się domu biegną ludzie budzić strażaków, podczas gdy tu przeciwnie, strażacy budzą tych, którzy się pala, wołając: wstawajcie, wstawajcie, wasz dom w ogniu! Również jeśli chodzi o kradzieże z włamaniem, to tego również prawie niema się co obawiać w Petersburgu. Jeśli złodziej, albo używając raczej wyrażenia, które ściślej charakteryzuje odcień nadawany temu rodzajowi sięgania po cudzą własność — grabieżca, jest Rosjaninem, to nigdy nie poważy się wyłamać drzwi lub zamka. Możecie śmiało pierwszemu lepszemu chłopu zostawić na opiece całe mieszkanie, byleby tylko było zamknięte na klucz, albo list, do którego włożycie, dajmy na to, dziesięć tysięcy rubli — a nic wam nie przepadnie, natomiast nie pozostawiajcie mu kilku groszy, te zabierze z całą pewnością!
Dotyczy to tych obywateli, którzy siedzą w swych domach, w swych mieszkaniach. Co się zaś tyczy tych, którzy przebywają na ulicy, to jeśli już maja się kogo lękać, to chyba tych strażników przy budkach, postawionych dla ich obrony. Ci strażnicy budkowi są tak tchórzliwi — że jeden człowiek z pistoletem lub nawet z kijem w ręce, może przepędzić dziesięciu takich obrońców... Dlatego też napadają oni zazwyczaj na jakie opóźnione dziewczęta publiczne, które nie wiele tracą, jeśli je kto ograbi i dla których zgwałcenie nie stanowi też wielkiej przykrości... Jednakowoż i ci strażnicy budkowi mają swoje zalety. Pomimo bowiem oświetlenia ulic — w nocy w Petersburgu jest tak ciemno, że konie niemal na każdym kroku wpadają na jakieś przeszkody. I tu właśnie zjawia się taki pan strażnik budkowy i wczas uprzedza o niebezpieczeństwie. Oczy mają ci strażnicy tak dobre, bystre, że nawet podczas najgęstszego mroku rozróżniają zbliżający się po cichu wóz czy sanki i sygnałem dają znać, dokąd jechać.
Począwszy od listopada aż do marca, służba tych nieszczęsnych strażników budkowych, którym — jak mi mówiono — płacą nie więcej nad dwadzieścia pięć rubli rocznie — jest niezmiernie ciężka. Pomimo ciepłego ubrania, a nawet kożucha, straszne petersburskie mrozy dają im się po nocach wielce we znaki. Przechadzanie się ciągłe męczy ich niesłychanie; opada ich taka senność, że nieraz zasypiają, stojąc. Jeśli przechodzący oficer zauważy gdzie takiego śpiącego strażnika, to bez niczego wali go tem, co ma pod ręką, by rozbudzić w nim żywszy pęd krwi... Zeszłej zimy, jak mi mówiono, panowały w Petersburgu tak straszne mrozy, że kilku strażników zmarło w budkach!
Po kilku dniach poszukiwania, znalazłem wreszcie odpowiednie mieszkanie na Kanale Katarzyny, to jest w centrum miasta. Pokój był umeblowany, i musiałem tylko wstawić od siebie łóżko z materacem oraz otomanę, ponieważ tę część umeblowania posiadają tu tylko ludzie bogaci i dostojnicy. Chłopi sypiają na piecach, a kupcy w specjalnych krzesłach i fotelach...
Zachwycony tem, że mam nareszcie własny pokój, udałem się do Admiralicji, ale po drodze przyszła mi myśl, że nieźle byłoby wykąpać się w łaźni rosyjskiej. Wiele słyszałem we Francji o łaźniach, t. zw. „baniach”, więc też teraz, przechodząc koło jednej z nich, postanowiłem skorzystać z okazji i wykąpać się.
Zapłaciwszy dwa i pół rubla, to jest 50 sous na francuskie pieniądze, otrzymałem bilecik, z którym wszedłem do pokoju, gdzie się ludzie rozbierają. Temperatura tu była zwykła.
Podczas gdy rozbierałem się, podszedł do mnie chłopak i zapytał mnie, czy wziąłem ze sobą służącego, a otrzymawszy odpowiedź przeczącą, znowu spytał: kogo pragnę wziąć z sobą do łaźni, chłopca, mężczyznę czy kobietę?
Samo przez się rozumie się, że pytanie tego rodzaju wprawiło mnie w wielkie zdumienie. Ale chłopiec ów wytłomaczył mi wnet, że przy łaźni są do dyspozycji gości chłopcy łazienni i mężczyźni. Co się zaś tyczy bab, to mieszkają one w pobliżu, w sąsiednim domu, i że zawsze je można zawezwać.
Kiedy taki „łaziennik” lub „łaziennica” są już wezwani, to rozbierają się do naga, podobnie jak gość i wraz z nim udają się do sąsiedniego pokoju, w którym temperatura równa jest temperaturze krwi ludzkiej. Wszedłszy tam — osłupiałem: wydało mi się, że jakiś Mefistofeles bez mej chęci przeniósł mnie na sabbat wiedźm!
Wyobraźcie sobie, państwo, kilka tuzinów ludzi, mężczyzn, kobiet, dzieci, zupełnie gołych, którzy biją się nawzajem miotełkami z gałązek, z wikliny, trą, myją... Wrzask, hałas, krzyki. Najmniejszego wstydu nikt tu nie zna: mężczyźni myją kobiety, kobiety — mężczyzn! W Rosji na prosty lud rząd patrzy jak na bydło, to też na takie wspólne kąpiele w łaźniach policja nie zwraca najmniejszej uwagi.
Już po dziesięciu minutach nie mogłem dłużej znosić tego upału i uciekłem, oburzony na tę niemoralność, która tu, w Petersburgu, uważaną jest za zjawisko tak naturalne, że nikt nawet o niem nie mówi.
Szedłem Prospektem Woźniesieńskim, myśląc o tem, co przed chwilą widziałem, gdy naraz natknąłem się na ogromny tłum ludzi, usiłujących wtargnąć na dziedziniec jednego ze wspaniałych gmachów.
Pobudzony ciekawością, wmieszałem się w tłum i ujrzałem, że cały ten tłum oczekuje publicznego wymierzenia kary knuta, jednemu z chłopów pańszczyźnianych.
Nie czując w sobie sił do asystowania przy widowisku tego rodzaju, już miałem był odejść, gdy otwarły się drzwi od balkonu w tym domu i dwoje dziewcząt stanęło na balkonie; jedna z nich ustawiła fotel, a druga położyła na nim aksamitną poduszeczkę. Wnet po nich wyszła na balkon ta dama, która brzydziła się usiąść na kurzu, ale się nie brzydziła — patrzeć na przelewaną krew. Na jej widok w tłumie poczęto szeptać „gosudarynia, gosudarynia...”
I rzeczywiście, poznałem w tej kobiecie, okrytą w futro, już dawno widzianą przezemnie piękność. Sprawa cała miała tło następujące:
Jeden z jej ludzi pałacowych, pańszczyźnianych, jak mówią, obraził ją czemś. Otóż zażądała ona, aby go wychłostano knutem dla przykładu innych. Naogół sądzono, że zemsta „gosudaryni” ograniczy się tylko do tego, tymczasem ta piękność orzekła, że człowiek ten nietylko ma być ukarany, ale nadomiar ukarany w jej obecności.
Zdawało mi się, że wyszła ona poto na balkon, aby ułaskawić przestępcę, lub zmniejszyć mu karę. aczkolwiek Luiza dość mi mówiła o okrucieństwie tej „piękności”.
Zatrzymałem się wśród widzów.
„Gosudarynia” usłyszała szmer w tłumie, wywołany ukazaniem się jej na balkonie, to też spojrzała na niego z taka pogardą, że nawet sama cesarzowa nie mogłaby patrzeć tak z góry na ludzi. Poczem rozwaliła się w fotelu, wsparła się na poduszce jedną ręką, a drugą zaczęła głaskać jamnika, który leżał u niej na kolanach.
Jasnem było, że z rozpoczęciem egzekucji czekano tylko na nią, ponieważ natychmiast w dole otwarły się drzwi i dwaj tędzy chłopi wyprowadzili nieszczęsnego ze skrępowanemi rękami, a dwaj inni szli w tyle poza nim, trzymając wielkie knuty w rękach. Osobnik, mający być ukaranym, był blondynem, o energicznych rysach twarzy. W tłumie poczęto szeptać i opowiadać co następuje:
Chłop ten był zatrudniony jako ogrodnik u ministra, u którego „gosudarynia” była kiedyś prostą dziewką dworską. Polubił ją, a ona jego nawzajem i już mieli się pobrać z sobą, gdy naraz minister zwrócił uwagę na nią i postanowił podnieść ją lub też poniżyć — jeśli chcecie — do godności swej metresy. Od tej chwili „gosudarynia”, dzięki jakiemuś kaprysowi uczuć, znienawidziła swego ex-narzeczonego, który teraz bezustanku doznawał z jej strony wszelakich przykrości, szykan i prześladowań; zdawało się, że robi to ona z obawy, aby minister nie podejrzewał jej, że żywi jeszcze czułe uczucia ku swemu ex-narzeczonemu. Wczoraj właśnie spotkała tego ogrodnik i zaraz po kilka słowach, które z nim zamieniła, poczęła krzyczeć, że ogrodnik zwymyślał ją i obraził. A kiedy minister wrócił do domu, — zażądała, aby człowiek, który ją obraził, został ukarany.
Przygotowania do wymierzenia kary zostały poczynione już wcześniej. Ustawiono pochylą platformę z otworem dla szyi oraz dwa slupy po obu jej stronach, do prawej i lewej, do umocowania rąk... Na słupach wisiały knuty z długiemi rączkami, do których umocowano szerokie rzemienie, zakończone żelaznemi pierścieniami o kilku rzemieniach dwa razy krótszych od szerokiego zasadniczego rzemienia... Rzemienie te przed egzekucją moczą się i suszą na słońcu, aby stały się twardemi i ostremi, jak noże.
Zazwyczaj taki knut zamienia się na inny po każdych sześciu uderzeniach, ponieważ od krwi skazanego rzemyczki końcowe stają się miękkimi, ale w tym wypadku nie trzeba go było zamieniać, ponieważ ogrodnik miał był dostać tylko dwanaście uderzeń, tych zaś, którzy mieli wykonać ohydną karę, było tylko dwóch. Ci dwaj — byli woźnice pana ministra, czyli ludzie przyzwyczajeni do posługiwania się knutem. To, że byli oni w tym wypadku wykonawcami kary, ani trochę nie psuło ich dobrych stosunków do towarzyszy stajennych, którzy przy okazji odpłacali im tą samą monetą, nie przez złość, rzecz prosta, jeno ulegając poprostu rozkazowi swego pana.
Nieraz zdarza się, że karzący, ni stąd ni zowąd, naraz stają się karanymi. Podczas mego pobytu w Rosji niejednokrotnie widziałem wielkich panów rosyjskich, którzy, wpadłszy w gniew, rozkazywali swej służbie, która coś tam przeskrobała — walić się nawzajem pięściami, ponieważ niczego takiego pod ręką, czem możnaby ich było walić — nie było.
I oto nieszczęśnicy, posłuszni rozkazowi panów, poczynali naprzód niechętnie jakby z wahaniem się — zadawać sobie ciosy, poczem, wpadając pomału w zaciekłość, jęli się tłuc co sił starczy, podczas gdy ich panowie krzyczeli:
— Wal go! Wal go, hultaja mocniej! Mocniej!
Wreszcie, gdy panowie doszli do przekonania, że bijący się już dość nabili sobie guzów, wtedy wołali: „Dość”! I walka natychmiast ustawała, przeciwnicy zaś udawali się wspólnie myć swe pokrwawione gęby, a następnie, jakby nigdy nic, zasiadali razem w najzupełniejszej zgodzie...
Tym razem jednak skazany na karę knuta nie mógł się tak tanio wykręcić. Przygotowania do wymierzenia kary sprawiły na mnie odrażające wrażenie, pomimo to jednak nie oddalałem się, czując się jakby przygwożdżonym do miejsca, jakby zahypnotyzowany tem uczuciem, które zawsze pociąga jednego człowieka tam, gdzie cierpi drugi. I tak oto zostałem. A zresztą pragnąłem widzieć do czego może dojść okrucieństwo tej kobiety.
Obadwaj wykonawcy kary zbliżyli się do młodego ogrodnika, obnażyli go do pasa, położyli na pochyłej platformie, wsadzili mu głowę w otwór a obie ręce przywiązali do słupów po bokach. Poczem jeden z nich odsunął tłum widzów, iżby mu nie przeszkadzał w wykonaniu krwawego dzieła, a drugi ujął do ręki knut i podniósłszy się na palec, z całego rozmachu uderzył po nagich plecach młodego ogrodnika, tak, że knut owinął się dokoła ciała dwukrotnie, pozostawiając na niem krwawą smugę. Pomimo jednak okrutnego bólu, młody ogrodnik ani pisnął.
Przy drugiem uderzeniu z rany pociekła krew, a przy trzeciem — trysnęła strugą. Dalej już knut wpijał się w żywe mięso i cały opływał krwią, tak, że po każdem uderzeniu woźnica ścierał palcami krew z rzemieni knuta.
Po sześciu uderzeniach pierwszego woźnicę zastąpił drugi wykonawca „kary”, który również zadał leżącemu sześć uderzeń. Miody ogrodnik przez cały czas leżał bez ruchu, jak nieżywy, a tylko kurczowe ruchy jego rąk po każdem uderzeniu wskazywały na to, że żyje...
Tak w Rosji znęcano się nad ludem!
Po ukończeniu kary odwiązano ogrodnika. Był zupełnie nieprzytomny i nie mógł się utrzymać na nogach, mimo iż podczas kary ani jednem słowem nie wyraził swego bólu. Przyznam się, że ani takiej odporności na ból wielki ani takiej zakamieniałości ludzkiej — nigdy dotąd na świecie nie spotykałem.
Dwaj chłopi ujęli go pod ręce i skierowali ku tym drzwiom, przez które przyszedł. Tu młody ogrodnik obrócił się i, spojrzawszy z pogardą na „|gosudarynię”, krzyknął jej kilka słów po rosyjsku, których nie zrozumiałem: Jak się zdaje, były to znów jakieś obelżywe słowa czy też groźba, ponieważ chłopi czemprędzej wepchnęli go do drzwi.
„Gospodarynia” odpowiedziała na tę nową zniewagę wzgardliwym uśmiechem, poczem wyjęło z pudełka kilka cukierków i, wsparłszy się o ramię jednej z panien, — odeszła z balkonu...
Drzwi za nią zamknęły się. Tłum, widząc, że wszystko skończyło się, począł się rozchodzić w milczeniu.
Niektórzy z widzów stali jeszcze, kiwając głowami, jakgdyby chcieli powiedzieć, że za tę nieludzkość ta piękność prędzej czy później zostanie ciężko ukarana.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Dumas (ojciec).