W pałacu carów/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł W pałacu carów
Podtytuł Powieść historyczna
Data wydania 1932
Wydawnictwo Biblioteka Echa Polskiego
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VI.

Carskie Sioło, rezydencja cesarska, leży zaledwie o cztery czy pięć mil francuskich od Petersburga, a przecież droga tam jest zupełnie inna, niż ta, którą dzień przedtem jechałem do Strelny. Niema tu wspaniałych will i prześlicznych widoków: są tu jedynie zielone łąki oraz równiny, poobsiewane zbożem, niezbyt dawno jeszcze zdobyte na olbrzymich paprociach które tu rosną chyba od stworzenia świata.
Po godzinie jazdy, przejechawszy kolonję niemiecką, dostałem się na rząd pagórków, skąd rozpościerał się widok na park Carskiego Sioła oraz pięć pozłacanych bań t. z. „kupołów”, na szczytach cerkwi pałacowej.
Pałac w Carskiem Siole, leży na tem samem miejscu, gdzie ongiś znajdowała się chata, należąca do starej Holandki, imieniem Sara, do której car Piotr Pierwszy lubił zajeżdżać na mleko. Gdy Holandka zmarła, car Piotr, któremu to miejsce spodobało się bardzo wskutek pięknego widoku, rzucającego się stąd w oczy — podarował je Katarzynie, by tam postawiła sobie farmę.
Katarzyna wezwała architekta i wyłożyła mu dokładnie swoje życzenie. Architekt postąpił tak, jak to robią wogóle wszyscy architekci: wybudował coś zupełnie innego, niż to czego odeń żądano, to jest wybudował nie farmę, lecz pałac...
Rezydencja ta wszakże, mimo, iż bardzo daleką była od wszelkiej prostoty — wydała się później Elżbiecie nazbyt skromną i nieodpowiadającą potędze imperatorowej rosyjskiej. Rozkazała przeto zburzyć pałac i poleciła znakomitemu Rastriolemu wybudować tu nowy wspaniały pałac.
Znakomity architekt postanowił przewyższyć swem dziełem świetność pałacu Wersalskiego. Wierząc, że Wersal jest wewnątrz ozdobiony wszędzie wyłącznie zlotem wyzłocił również tu wszystko, co się dało: karjatydy, gzemsy, kolumny, prawie że dachy.
Kiedy wspaniały pałac został wykończony, Elżbieta zaprosiła tu swój cały dwór oraz wszystkich cudzoziemskich posłów, na uroczysty obchód poświęcenia pałacu. Ujrzawszy tak wspaniały gmach oraz świetne tegoż wykończenie, wszyscy prócz posła Francji, pana Chetardie jednogłośnie jęli wychwalać i wysławiać pałac, mówiąc, że słusznie powinien być nazwany ósmym cudem świata...
Dotknięt tem, że pan Chetardie nie wtóruje ogólnemu chórowi głosów pochwalnych, a chodzi z zamyślonym wyrazem i tylko ogląda wszystko, jakgdyby szukał czegoś — imperatorowa spytała:
— Pan jakgdyby czegoś szukasz, panie pośle?
— Całkiem słusznie, Wasza Cesarska Mości, — odparł poseł Francji, — szukam futerały do tej kosztownej zabawki.
Były to czasy, kiedy można było stać się znakomitością, ba, nieomal unieśmiertelnić się jakimś czterowierszem lub zręcznym żartem. Nic dziwnego więc, że dzięki tej dowcipnej odpowiedzi, danej imperatorowej Elżbiecie, pan Chetardie stał się wielce popularnym w Petersburgu.
Niestety, architekt wybudował ów nowy pałac na porę letnią, zupełnie zapominając o zimie. To też już przy najbliższej wiośnie wypadło go przerobić, przyczem mocno ucierpiało pozłocenie gmachu. Następnie — jeszcze podczas panowania Elżbiety, — pałac ów uległ jeszcze kilkakrotnym przeróbkom i caryca ta postanowiła zastępie pozłotę farbą. Co zaś do dachów, to, według zwyczaju mieszkańców Petersburga, dachy pomalowano na kolor jasno-zielony.
Kiedy gruchnęła wieść, że z pałacu zdejmuje się pozłotę, któryś z dworzan zaproponował carycy Katarzynie skupienie tej całej pozłoty.
— Niestety, nie handluję starzyznę, — odparła imperatorowa.
Przy wszystkich swoich zwycięstwach, miłosnych awanturach i ciągłych podróżach, Katarzyna nie przestawała troszczyć się o swoją kochaną rezydencję. Kiedy wyrósł jej starszy wnuk Aleksander, wystawiła w pewnej odległości od pałacu w Carskiem Siole inny pałac, polecając architektowi Bushowi wykończyć go.
Bush pourządzał tu ogrody, ale nie pomyślał o wodzie dla pałacu, widocznie przekonany, że ten, kto zwie się Katarzyną Wielką nie potrzebuje pić wody.
Następca Busha, Bauer, pragnąc usunąć ten brak, dowiedział się, że sąsiad pałacowy, Demidow posiada nadmiar tego, co brakło jego rozkazodowczyni, Bauer wyjaśnił mu, czego potrzebuje nowowowybudowany pałac, i Demidow dał zezwolenie na przeprowadzenie do pałacu wody ze swego źródła.
To dało powód Katarzynie do wyrażenia się.
— Wolno mi kłócić się z całą Europą, tylko nie z panem Demidowem!
W istocie, ów Demidow mógłby cały pałac pozbawić kropli wody — gdyby zechciał...
Cesarz Aleksander wychował się w Carskiem Siole i odziedziczył po swej babce przywiązanie do tegoż. Wszystkie jego wspomnienia dzieciństwa, — tego złotego wieku w życiu każdego człowieka — związane były z pałacem carskosielskim! tutaj na trawce uczył się stawiać pierwsze kroki, w alejach jego parku brał pierwsze lekcje jazdy konnej, w jego stawach uczył się sterować łodzią. Oto, czemu spędzał tu zazwyczaj cały czas, począwszy od pierwszych ciepłych wiosennych dni, aż do nastania zimy.
To też właśnie tu, do Carskiego Sioła przybyłem, zdecydowany za wszelką cenę ujrzeć osobiście cara.
Zjadłszy naprędce śniadanie w dość lichej francuskiej restauracyjce, udałem się do parku, w którym pozwalano wszystkim spacerować. Ponieważ zbliżała się jesień, park był zupełnie pusty, albo, być może, publiczność nie zawitała w tym dniu do parku, by nie niepokoić monarchy.
Wiedziałem, że car lubi spacerować tu po pustych alejach. Puściłem się na chybił trafił na włóczęgę po parku, w nadziei, że przecież ostatecznie zetknę się jakoś z cesarzem. A na razie postanowiłem zapoznać się z osobliwościami ślicznego parku.
Przedewszystkiem obejrzałem wieś chińską, składającą się z piętnastu domków chińskich, z których każdy miał swoją lodownię i swój ogródek w którym mieszkali adjutanci carscy. Pośrodku wsi położonej w kształcie gwiazdy, znajdował się pawilon na bale i koncerty. W czterech jego rogach stały cztery posągi mandarynów chińskich, wielkości naturalnej, z fajeczkami w ustach.
Pewnego dnia, caryca Katarzyna obchodząc pięćdziesiątą rocznicę swych urodzin, — udała się na spacer z kilkoma ze swych dworzan, do tej wsi chińskiej. Naraz, wszedłszy do tego pawilonu, ujrzała ku najwyższemu swemu zdumieniu, że z fajek stojących w rogach chińczyków wali tęgi dym. Niedość tego, chińczycy na powitanie cesarzowej poczęli uprzejmie kiwać głowami i zerkać na nią.
Katarzyna podeszła bliżej, aby przyjrzeć się temu cudowi, a wtedy chińczycy zeszli ze swych piedestałów i padli przed nią na twarze, zgodnie z ceremonjałem chińskim, poczem jęli deklamować poezje. Ci czterej mandaryni byli to: książę de Ligne, hrabia de Ségur, hrabia de Cobentzel oraz książę Potemkin.
Z tego miejsca udałem się na obejrzenie lam, zwierząt podobnych do wielbłądów, zamieszkałych w Kordyljerach a przysłanych tu przez wicekróla Meksyku w prezencie cesarzowi Aleksandrowi. Z dziewięciu egzemplarzy, pięć nie zniosło klimatu północy i przeniosło się na tamten świat, cztery zaś pozostałe przy życiu, wydały liczne potomstwo, które prawdopodobnie dobrze się tu zaaklimatyzowało.
O kilka stąd kroków, w ogrodzie w stylu francuskim, zbudowany został nieduży pałacyk z jadalnią, w której znajduje się sławny stół olimpijski. Stół ten był urządzony w ten sposób, że za pomocą maszynerji opada na dół, poczem wynosi z kuchni, położonej na dole wszystko, czego kto pragnie.
Dość jest gościowi wypisać na kartce potrawy, których pragnie, a po kilku minutach, niby pod działaniem czarów, ukazywały się przed nim. Można tam było dostać wszystkiego. Raz, jedna młoda pani, chcąc doprowadzić do ładu swą toaletę, będącą nieco w nieładzie po tête a tête, zażądała szpilek do włosów, będąc pewna, że nie otrzyma ich: ku wielkiemu zdumieniu swemu, po kilku minutach otrzymała i dołu tuzin złotych szpilek.
Idąc dalej spacerem, natknąłem się na piramidę, pod którą spoczywają snem wiecznym trzy jamniki carycy Katarzyny. Dla jednego z nich epitafium, wyrzeźbione w kamieniu mogilnym, ułożył sam de Ségur, dla drugiej suczki, — ułożyła je sama Katarzyna w dwuwierszu, który brzmi:

„Ci-git la duchesse Anderson,
Qui mordit monsieur Rogertson”.

(„Tu spoczywa księżniczka Anderson, ukąszona przez pana Rogertsona”).

Co się tyczy trzeciej jamniczki, to zyskała ona sobie bardzo szeroką popularność, aczkolwiek nikt nigdy nie ułożył dla niej żadnego epitafium.
Jamniczka ta nazywała się Suderland, od nazwiska bankiera, anglika, który podarował ją Katarzynie i której śmierć przyczyniła mu o wiele więcej przykrości, niż jakiekolwiek niefortunne operacje finansowe.
Pewnego dnia, tego właśnie Suderlanda, znanego dobrze cesarzowej, a który cieszył się też jej łaskawością, dzięki pieskowi, którego jej podarował, — wcześnie rano zbudziła jego służba.
— Sir, pański dom jest otoczony strażą, a policmajster pragnie z panem pomówić!
— Czego mu trzeba? — spytał bankier, zrywając się z łóżka, przerażony już samem ukazaniem się policji.
— Nie wiem, sir, ale jak się zdaje, ma on coś bardzo ważnego do pana, ponieważ mi powiedział, że może to tylko panu osobiście powiedzieć.
— Proszę go tu poprosić, — oświadczył Suderland, naprędce wkładając szlafrok.
Służący wyszedł, a po kilku minutach wpuścił do gabinetu Rylejewa, policmajstra petersburskiego, którego już sam wygląd dał do zrozumienia panu bankierowi, że policmajster przybył do niego w jakiejś bardzo ważnej sprawie.
Pan bankier nader uprzejmie przyjął policmajstra, podsunął mu fotel, prosząc by usiadł, ale Rylejew zrobił odmowny gest głową i rzekł:
— Panie Suderland! Proszę mi wierzyć, że mimo, iż jest to wielki honor dla mnie, że Jej Cesarska Mość poleciła mi wykonać Jej polecenie, jestem niezmiernie wstrząśnięty tem poleceniem, którego okrucieństwo przywaliło mię poprostu! — Pan prawdopodobnie, popełniłeś jakąś okropną zbrodnię?
— Ja, zbrodnię?! — krzyknął bankier, — ja przestępstwo?!
— Oczywiście pan, skoro musi się pan poddać tej okrutnej karze.
— Klnę się panu na honor, że żadnej zbrodni nie popełniłem. Przyjąłem poddaństwo rosyjskie, ale żadnego wykroczenia przeciwko prawom Jej Cesarskiej Mości...
— Właśnie dlatego, że jesteś pan teraz poddanym rosyjskim, tak okrutnie mają się z panem rozprawić! Gdybyś pan był nadal poddanym brytańskim, to mógłbyś pan zwrócić się do ambasadora Brytanji...
— Ale pozwól-że, Wasza Ekselencjo, bo nie wiem, jaki rozkaz wydany został panu co do mojej osoby?
— Nie mam poprostu odwagi panu powiedzieć!
— Zatem straciłem względy Jej Cerskiej Mości?..
— Och, gdybyż tylko to!
— Cóż więc, czy zostaję z powrotem wysłany do Anglji, czy tak?
— Nie. Anglja jest pańską byłą ojczyzną, i wysłanie tam pana nie byłoby dla niego wcale karą.
— O, Boże, pan mnie przeraża! Więc może będę deportowany na Sybir?
— Nie, Syberja jest bardzo ciekawym i pięknym krajem, niepotrzebnie spotwarzonym. Mógłbyś pan, zresztą, zawsze stamtąd powrócić...
— Powiedz-że mi pan, nareszcie, o co chodzi! Wsadzają mnie do więzienia?
— Nie; z więzienia też się wychodzi.
— Na Boga, — krzyknął bankier, — czyżbym został skazany na karę knuta?
— Knut jest to wprawdzie okropna kara, lecz nie zabija...
— O, Boże, — załamał ręce Suderland, — jestem zatem skazany na śmierć!
— Niestety, i to jeszcze na jaką śmierć! — zawołał policmajster, wznosząc oczy ku niebu z wyrazem najwyższego współczucia na twarzy.
— Ha, trudno, — jęknął bankier oszalały, chwytając się za głowę, — chcą mnie stracić bez sądu i dochodzeń... Mów pan, mów, jestem mężczyzną i starczy mi odporności! Mów pan, co panu polecono uczynić ze mną?
— Drogi panie Suderland, Jej Cesarska Mość rozkazała mi... tak, gdyby nie ona mi wydała to polecenie osobiście, nigdybym nie uwierzył...
— Do djabła! mów pan, pan mnie straszliwie męczysz! Co kazała panu Jej Cesarska Mość?
— Rozkazała wypatroszyć pana i wypchać!
— Wypp...!!
Bankier wydał ze siebie krzyk rozpaczy.
Ekscelencjo... pa... paneś .. zmysły... po... postradał?
— Nie, ale postradam!
— Jakże to pan, któ... którego uważałem za swego przyjaciela, któremu wyświadczyłem tyle przysług... jakże pan mogłeś przyjąć to... polecenie? Czemu nie próbowałeś pan... wytłomaczyć Jej Cesarskiej Mości... ca... całego okrucieństwa?!
— Zrobiłem wszystko co mogłem, i nawet dodam, że nikt na mojem miejscu nie odważyłby się tak mówić, jak ja. Błagałem cesarzową, aby wyrzekła się swej myśli, albo przynajmniej wyznaczyła kogo innego do wykonania jej!
Błagałem ze łzami w oczach, ale Jej Cesarska Mość oświadczyła mi tonem... pan wiesz, tonem, który nie dopuszcza żadnej opozycji:
„Masz się pan udać natychmiast i wykonać to, co panu kazałam”.
— No i cóż?
— Udałem się do naturalisty, który wypycha skóry zwierząt i ptaków dla Akademji Nauk. Skoro już masz pan być wypchany, niech-że to wykona najlepszy majster.
— I cóż, zgodził się to zrobić?
— Nie, odesłał mnie do naturalisty, który wypycha małpy, ponieważ człowiek jest najwięcej do małp podobny.
— No i co?
— Czeka na pana.
— Jakto czeka! Żebym ja...
— Tak, żebyś pan natychmiast przybył. Według rozkazu Jej Cesarskiej Mości należy to bezzwłocznie wykonać.
— Nawet bez dania mi czasu na doprowadzenie do porządku swych spraw osobistych? Nie, to niemożliwe!
— Cóż robić, taki rozkaz!
— Więc niechże mi pan pozwoli przynajmniej napisać do Jej Cesarskiej Mości ze dwa słowa.
— Nie wiem, czy mam prawo.
— Posłuchaj pan, przecież to jest moja ostatnia prośba, a tego nie odmawia się nawet najbardziej zakamieniałym przestępcom. Błagam pana o to!
— Lecz przecież ja ryzykuję utratą stanowiska!
— A ja życiem!
— Zgoda. W takim razie pisz pan. Ale uprzedzam pana, że nie mogę pana ani na chwilę zostawić samego.
— Trudna rada. Poproś pan tedy, aby ktokolwiek z pańskich oficerów doręczył mój list Jej Cesarskiej Mości.
Policmajster zawezwał jednego ze swych oficerów, polecił mu odwieść list do pałacu i wracać natychmiast, gdy tylko doręczona zostanie odpowiedź. W jaką godzinę powrócił oficer z rozkazem cesarzowej natychmiastowego przyprowadzenia do pałacu Suderlanda.
Oczywiście, Suderland tylko tego sobie życzył.
Powóz już czekał nań koło tarasu jego domu. Nieszczęsny bankier wsiadł do powozu, a po kilku minutach znalazł się w Ermitażu, gdzie oczekiwała go Katarzyna. Ujrzawszy go, caryca wybuchnęła głośnym śmiechem.
Suderland doszedł do wniosku, że caryca zwarjowała. Pomimo to padł przed nią na kolana i, całując wyciągniętą ku niemu rękę, wyszeptał:
— Wasza Cesarska Mości! błagam o litość, a przynajmniej proszę o wytłomaczenie mi, czem zasłużyłem na taką okrutną karę?
— Mój drogi Suderlandzie, — odparła Katarzyna, nie przestając się śmiać, — przecież tu zupełnie nie o pana chodzi.
— O kogóż więc?
— O jamniczkę, którą mi pan podarowałeś. Właśnie wczoraj zdechła. Lubiłam ją bardzo, to też postanowiłam ją wypchać. Zawołałam tego durnia Rylejewa i kazałam mu wypchać skórę po Suderlandzie. Ten począł wykręcać się, coś mówić i prosić, tedy doszłam do wniosku, że on wstydzi się takiego polecenia, rozgniewałam się na niego i oświadczyłam mu, żeby natychmiast spełnił mój rozkaz.
— Wasza Cesarska Mość — odezwał się bankier, z wielką ulgą, — może być dumną ze sprężystości wykonawczej swej policji, ale błagam ją, aby jeśli drugim razem będzie coś polecała wykonać policji — lepiej tłomaczyła jej swe rozkazy...
Bankier Suderland wywinął się strachem, ale nie wszyscy tak szczęśliwie unikali w Petersburgu przykrości, dzięki niezwykłej ścisłości, z którą tu natychmiast wykonywano wszelkie rozkazy. Jako dowód może służyć choćby następujący wypadek.
Do hrabiego de Ségur, posła Francji przy dworze Katarzyny, przybył razu pewnego jakiś francuz, zapłakany, w porwanem ubraniu, wyglądający okropnie.
— Ekscelencjo, — zatkał nieszczęsny, — broń mnie!
— Od kogo? — zapytał hrabia.
— Od gubernatora. Kazał mi dać sto rózeg!
— Sto rózeg, — zawołał zdumiony poseł, — za co? Cożeś pan zrobił takiego?
— Absolutnie nic!
— To niemożliwe...
— Przysięgam na honor, panie pośle!
— Czy paneś aby przy zdrowych zmysłach, mój przyjacielu?
— Najzupełniej, Ekscelencjo.
— W takim razie, o co chodzi? Przecież gubernatora wszyscy chwalą za jego łagodność i sprawiedliwość!
— Racz mi wybaczyć, panie pośle, i pozwól mi pokazać mu przedtem ślady zadanych mi uderzeń.
Przy tych słowach nieszczęsny francuz zdjął górną odzież i pokazał hrabiemu de Ségur pokrwawioną koszulę i wyraźne ślady bicia.
— Opowiedzże mi pan, jak się to wszystko stało, — oświadczył poseł.
— Ekscelencjo, sprawa jest bardzo prosta. Dowiedziałem się, że hrabia Brjus poszukuje francuskiego kucharza. Jestem właśnie bez zajęcia, a przeto udałem się do niego, bu mu zaofiarować swe usługi.
Służący otwiera mi drzwi do gabinetu i mówi:
— Ekscelencjo, przyszedł kucharz.
— Ach, tak... — mówi Brjus, — w takim razie zaprowadzić go do stajni i wsypać mu sto rózeg.
— I oto, Ekscelencjo, wnet mnie porwano, zawleczono do stajen i, pomimo mych krzyków, gróźb i oporu, wsypano mi sto rózeg, ani o jedną więcej czy mniej.
— Jeśli to prawda, co pan mówi, to jest to hańba!
— Jeśli to nie jest prawda, Ekscelencjo, co mówię, to gotów jestem otrzymać dwa razy tyle rózeg!
— Posłuchaj mnie, przyjacielu, — rzekł de Ségur, — widzę, że pan rzeczywiście mówisz prawdę. Zbadam tę sprawę i, jeśli przekonam się, że pan mnie nie okłamałeś, to przyrzekam panu, że otrzymasz pan zupełną satysfakcję. Ale, jeśli stwierdzę, że choćby jednem słowem zełgałeś pan, to każę pana wysłać zagranicę. Wyjedziesz pan, bez żadnej opozycji do Francji!
— Zgadzam się, Ekscelencjo.
— W takim razie, — rzekł de Ségur, siadając do biurka, — zaniesie pan ten list gubernatorowi Brjusow.
— Dziękuję serdecznie Waszej Ekscelencji, ale ja nawet nosa nie pokażę więcej w tym domu, gdzie tak strasznie obchodzą się z ludźmi, którzy przybywają tam za jakimś interesem.
— Dobrze. Udasz się tedy pan tam w towarzystwie jednego z moich sekretarzy.
— A, to co innego; w towarzystwie sekretarza Ekscelencji gotów jestem iść nawet do piekła!
— Doskonale, W takim razie ruszajcie już, — rzekł de Ségur, wręczając list nieszczęśnikowi i rozkazując jednemu ze swych urzędników towarzyszyć mu do pałacu Brjusa.
W godzinę, lub mniej więcej w godzinę, powraca francuz do posła z twarzą rozpromienioną.
— No i cóż? — pyta de Ségur.
— Wszystko wyjaśniło się, Ekscelencjo.
— Jak widzę, jest pan zadowolony.
— Najzupełniej, Ekscelencjo!
— Opowiedz-że pan, jak się wszystko odbyło.
— Widzi Ekscelencja... u ekscelencji hrabiego Brjusa kucharzem był jego chłop pańszczyźniany, któremu Brjus ufał zupełnie. I oto cztery dni temu człowiek ten uciekł z domu, zabierając ze sobą pięćset rubli.
— No, i cóż dalej?
— Dowiedziawszy się, że miejsce kucharza u gubernatora jest wolne, jak to już miałem zaszczyt powiedzieć Ekscelencji — udałem się do pałacu Brjusa.
Na nieszczęście, tego samego rana powiadomiono hrabiego, że kucharz został aresztowany w miejscowości o dwadzieścia pięć wiorst oddalonej od Petersburga.
Gdy lokaj zakomunikował mu: „Ekscelencjo, kucharz znalazł się”, to gubernator pomyślał sobie, że przyprowadzono złapanego uciekiniera, a ponieważ był w owej chwili czemś wielce zajęty, tedy, nie obracając się nawet, rozkazał zaprowadzić go do stajni i wlepić mu sto rózeg.
— No i cóż? Czy gubernator przeprosił pana za to?
— Więcej, niż przeprosił, panie pośle! — kucharz, pokazując sakiewkę, pełnę złota, zapłacić mi po złotym dukacie za każde uderzenie rózgą, tak, iż bardzo żałuję, że dano mi sto rózeg, nie dwieście... Pozatem dał mi u siebie zajęcie i przyrzekł mi, że kara jaką otrzymałem, będzie mi zaliczoną na przyszłość, czyli, że jeśli popełnię coś niestosownego, to będę wolny od wszelkiej odpowiedzialności.
W tym momencie hrabiemu de Ségur podano list od Brjusa, w którym tenże zaprasza hrabiego na obiad nazajutrz, by móc wypróbować nowego kucharza...
Kucharz ten przesłużył u Brjusa dziesięć lat, poczem wrócił do Francji jako człowiek zamożny, błogosławiąc przez całe życie owe nieszczęsne rózgi, którym zawdzięczał swą pomyślność.
Wszystkie te anegdoty i przygody, dotkliwe dla skóry ludzkiej, które sobie przypominałem, nie wydawały mi się więcej niemożliwemi po tem, co zaszło dzień przedtem ze mną u Wielkiego Księcia Konstantego. Ja wszakże tak wiele słyszałem o cesarzu Aleksandrze, że postanowiłem za wszelką cenę spotkać go w parku, chociażby niewiem jak miało się skończyć dla mnie to spotkanie.
Obejrzałem wysoką kolumnę, postawioną tu dla uczczenia zwycięstwa przy Czesmie, poczem wałęsałem się jeszcze ze cztery godziny po parku i już, już począłem tracić nadzieję, czy ujrzę cara, gdy w jednej z alei zetknąłem się z jakimś oficerem, ubranym w prosty surdut.
Oficer ten skłonił mi się i poszedł dalej. Poza mną o tym czasie jakiś młody chłopak zamiatał dróżkę. Zapytałem go, kto jest ten oficer?
— To cesarz — odparł.
Puściłem się w boczną aleję, licząc, że zabiegnę mu drogi, wychodząc na tę aleję, którą powinien był iść. I rzeczywiście, nie zrobiłem nawet dwudziestu kroków na tej alei, gdy znów go dojrzałem
Zatrzymałem się i zdjąłem kapelusz.
Cesarz zwolnił kroku, poczem, widząc, że wciąż stoję nieruchomo na jednem miejscu, zbliżył się ku mnie.
Oczekiwałem go z odkrytą głową, podczas gdy cesarz zbliżał się ku mnie, kulejąc nieco z powodu rany, otrzymanej kiedyś.
Przyjrzałem mu się teraz doskonale i zauważywszy tę różnicę, która zaszła w nim od dnia, gdy dziewięć lat temu widziałem go w Paryżu.
Twarz cesarza, ongiś wesoła, otwarta, nosiła teraz wyraźne ślady chorobliwości i smutku. Znać było, że — jak to wszędzie mówiono — cierpi on na melancholję. Ale wraz z tem rysy jego twarzy zachowały w sobie jeszcze tyle dobroci, że w momencie, gdy miał właśnie przejść koło mnie, zdecydowałem się zrobić krok naprzód.
— Wasza Cesarska Mości... — rzekłem.
— Czego pan sobie życzy?
— Niech Wasza Cesarska Mość pozwoli mi podać sobie tę petycję.
Wyjąłem z kieszeni papier. Zasępiła się twarz cesarza.
Czy wiadomo panu, monsieur, — zwrócił się do mnie, że umyślnie wyjeżdżam z Petersburga, by wyzwolić się od wszelkich petycji?
— Wiem, Wasza Cesarska Mość, — odpowiedziałem, — i nie zaprzeczam zuchwalstwa mego kroku. Ale może dla tej petycji mojej, Wasza Cesarska Mość uczyni wyjątek, ponieważ zawiera ona wstawiennictwo bardzo ważnej osoby.
— Któż to jest taki — spytał Aleksander.
— Najmiłościwszy brat Waszej Cesarskiej Mości, jego cesarska wysokość, wielki książe Konstanty!
— Acha, — rzekł tylko cesarz i wyciągnął ku mnie rękę, ale wnet się powstrzymał.
— Nie, panie, — rzekł stanowczo cesarz, — nie przyjmę tego pańskiego listu, ponieważ gdybym to zrobił, jutro podadzą mi tyle próśb, że będę zmuszony uciekać stąd. Ale, — ciągnął dalej, — radzę panu wrzucić to pańskie podanie natychmiast tu w mieście do skrzynki pocztowej. Dziś jeszcze je otrzymam, a pojutrze dostanie pan moją odpowiedź.
Zastosowałem się do rady cesarza i posłałem mu petycję pocztą. W trzy dni potem, jak mi przyrzekł, otrzymałem odpowiedź.
Była to nominacja na godność mistrza szermierki oraz przyjęcie mnie na służbę w armji ze stopniem kapitana.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Dumas (ojciec).