W Szwajcaryi (Słowacki, 1894)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Słowacki
Tytuł W Szwajcarji
Pochodzenie Dzieła Juliusza Słowackiego tom III
Redaktor Henryk Biegeleisen
Data wydania 1894
Wydawnictwo Księgarnia Polska
Drukarz Drukarnia i litografia Pillera i Spółki
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii



W SZWAJCARJI.


I.

Odkąd zniknęła jak sen jaki złoty,
Usycham z żalu, omdléwam z tęsknoty.
I nie wiém czemu ta dusza, z popiołów,
Nie wylatuje za nią do Aniołów?
       5 Czemu nie leci za niebieskie szranki,
Do téj zbawionéj i do téj kochanki.


II.

W szwajcarskich górach, jest jedna kaskada
Gdzie Aar wody błękitnemi spada.
Pozwól tam spójrzéć zawróconéj głowie.
       10 Widzisz tę tęczę na burzy w parowie?
Na mgłach srebrzystych cała się rozwiesza,
Nic ją nie zburzy, i nic ją nie zmiesza;
A czasem tylko jakie białe jagnie,
Przez tęczę idzie, na skraju doliny
       15 Szczypać kwitnące róże i leszczyny:
Lub jaki gołąb co wody zapragnie,
Jakby się blaskiem pochwalić umyślnie,
Przez tęczę szybko przeleci i błyśnie.
Tam ją ujrzałem wnet rozkochany,
       20 Że z tęczy wyszła i z potoku piany,
Wierzyć zacząłem i wierzę do końca;
Tak jasną była od promieni słońca!
Tak pełna w sobie anielskiego świtu!
Tak rozwidniona zrennicą z błękitu! —
       25 Gdy oczy przeszły od stóp do warkoczy,
To zakochały się w niéj moje oczy;
A za tym zmysłem co kochać przymusza
Poszło i serce, a za sercem dusza.

I tak się zaczął prędko romans klecić,
       30 Że chciałem do niéj przez kaskadę lecić;
Bo się lękałem, że jak widmo blade
Nim dusza ze snu obudzona krzyknie;
Upadnie w przepaść, w tęczę i w kaskadę,
I rostopi się i zgaśnie i zniknie;
       35 I byłem jak ci co się we śnie boją,
Bo jużem kochał, bo już była moją.
I tak raz piérwszy spotkałem ja samą,
Pod jasną tęczy różno farbrnéj bramą;
Powiew miłości owiał mię uroczy.
       40 Stanąłem przed nią i spuściłem oczy.


III.

Poszedłem za nią przez góry, doliny,
I szliśmy razem u stóp téj lawiny,
Gdzie śnieg przybiega aż do stóp człowieka
Spłaszczoną płetwą, jak delfin olbrzymi;
       45 Para mu z nozdrza srebrzystego dymi,
A Rodan z paszczy biękitnéj ucieka.
Pamiętam chwilę... poranek był skwarny.
Tameśmy szmerem spłoszyli dwie sarny;
Te jakby szczęścia ludzkiego świadome,
       50 Stanęły blisko, złote, nieruchome;
I utopiły oczów błyskawice,
W kochanki mojéj błękitne zrennice;
I długo patrząc, nieruchome obie,
Głowy promienne pokładły na sobie:
       55 Rzekłem: — one się zakochały w tobie!
Rzekłem — i za to z ust zamkniętych skromnie,
Najpiérwszy uśmiech jéj przyleciał do mnie,
Przyleciał szybko i wrócił z podróży,
Do swego gniazda, do pereł i róży;
       60 A gdy zobaczył że oczów nie mrużę,
Całą jéj białą twarz zamienił w róże.
A wiecie? ani tak za serce chwyta,
Rumieniec kwiatu co świéżo roskwita;
Ani tak oko wedrowca zachwyca,

       65 Gór nad Alpejskich śnieżysta dziewica,
Kiedy od słońca różane ma lica:
Jak ten rumieniec bez wstydu i grzéchu,
Co się na twarzy urodził z uśmiéchu.


IV.

Odtąd szczęśliwi byliśmy i sami,
       70 Płynąc szwajcarskich jezior błękitami
I nie wiém czy tam była łódź pod nami;
Bom z duchy prawie zaczynał się bratać,
Chodzić po wodach i po niebie latać,
A ona tak mię prowadziła wszędzie!
       75 Ach! ona była jak białe łabędzie,
Była jeziora błękitnego panią;
Płynęła lecąc — łódź leciała za nią,
Za łodzią jasność szafirowym szlakiem.
Za tą jasnością rybek korowody,
       80 I wyrzucały się aż do niéj z wody;
I takimeśmy płynęli orszakiem,
Uśmiéchając się w błękitu krainie.
Bo ona była jak wodne Boginie:
Miała powozy z delfinów, z gołębi,
       85 I kryształowe pałace na głębi,
I xiężycowe korony w noc ciemną...
I mogła była co chce zrobić ze mną.


V.

Raz — że nie była niebieskim aniołem
Myślałem całe długie pół godziny,
       90 Wyspowiadałem się potém z téj winy —
Słuchajcie! — Oto przed Tela kościołem,
Piérwsza na kamień wyskoczyła płocha,
I powiedziała mi w głos że mnie kocha,
I odesłała mnie znów na jezioro;
       95 Łódkę mą piersią odtrąciwszy białą...
A ja — ach nie wiém co się ze mną stało!
Czy mnie anieli do nieba zabiorą,
Czy grzmiące fale jeziora pochłoną,
Czy uśmiéchami rozrywa się łono,

       100 Czy serce jak lód rozegrzany taje,
Czy dusza skrzydeł anielskich dostaje,
Czyli w nią wstąpił cały anioł złoty?
Czyli uśmiéchów pełna? czy tęsknoty?
Wszystkie uczucia gwałtownémi loty,
       105 Na serce spadły, jak gołębi chmura,
Pić łzy i białe w nim obmywać pióra,
Aby się czyste rozleciéć po niebie...
W tém zawołała łódź ze mną do siebie.
Usłyszała ją łódka i spostrzegła,
       110 I sama do niéj z błękitu przybiegła.


VI.

Pod ścianą ze skał i pod wieńcem borów,
Stoi cichości pełna i kolorów
Tella kaplica. Jest próg tam na fali,
Gdzieśmy raz piérwszy przez usta zeznali,
       115 Że się już dawno sercami kochamy:
A pod tym progiem są na wodzie plamy,
Od sosen co się kołyszą na niebie,
I od skał cienia; gdzie mówiąc do siebie
Wbite do wody trzymaliśmy oczy.
       120 A pod tym progiem, fala tak się toczy,
I tak swawolna i taka ruchoma,
Że wzięła w siebie dwa nasze obrazy,
I przybliżała, łącząc je rękoma,
Chociaż nas tylko łączyły wyrazy.
       125 Ach! fala taka szalona i pusta!
Że połączyła nawet nasze usta,
Choć sercem tylko byliśmy złączeni.
Fala tak pełna ruchu i promieni,
Że jednym światła objąwszy nas kołem,
       130 Zmięszała niby anioła z aniołem.
Gdy myślę — boleść dręczy mię nieźmierna.
Falo! niewierna falo! — i tak wierna!


VII.

Raz mię ów anioł zaprowadził złoty,
Przez jasne łąki do lodowéj groty.

       135 Tam ją obielił dzień alabastrowy;
I mróz na czole méj jasnéj królowéj,
Perłami okrył wszystkie polne róże;
I ze sklepienia łzy leciały duże;
A we łzach sylfy z jasnością ogromną,
       140 Deszczem spadały, na białą i skromną
Słysząc że ściany płaczą coraz głośniéj,
Cała się szatą okryła zazdrośniéj,
I wszystko oczom ciekawym ukradła,
I jeszcze ręce skrzyżowane kładła
       145 Na alabastry widne, choć zakryte.
Tak nieruchoma stała — a koło niéj
Igrały tęcze w blaski rozmaite.
Ja wtenczas modlić się zacząłem do niéj.
Ave Maria!
       150 Jak biała róża kiedy się rozwija,
Róż pokazuje z piersi odemkniętéj;
Taki rumieniec wyszedł z lica świętéj.
I zamyślona odwróciła głowę,
Palec na ściany kładąc kryształowe;
       155 Jak ta co imie ukochane kryśli,
Lub o błękitnych jakich myślach — myśli:
Wreszcie się do mnie obróciwszy rzekła:
Może za miłość ja pójdę do piekła,
I gdzieś w piekielne wprowadzona chłody,
       160 Wszczepioną będę w kryształowe lody;
Jako ta bańka z powietrza i z tęczy...
Lecz prawda rzekła: jeżeli się męczy
Ta jasność słońca stworzona promieniem,
Która lód w sobie mrozi i zabija:
       165 Można ją z lodu uwolnić westchnieniem...
Ave Maria!


VIII.

Pójdziemy razem na śniegu korony!
Pójdziemy razem nad sosnowe bory,
Pójdziemy razem gdzie trzód jęczą dzwony!
       170 Gdzie się w tęczowe ubiéra kolory
Jungfrau, i słońce złote ma pod sobą;
Gdzie we mgle jeleń przelatuje skory.

Gdzie orły skrzydeł rozwianych żałobą
Rzucają cienie na lecące chmury;
       175 O! moja luba tam pójdziemy z tobą.
A jeśli z takiéj nie wrócimy góry,
Ludzie pomyślą że nas wzięły duchy,
I gdzieś w niebieskie uniosły lazury.
Żeśmy się za gwiazd chwycili łańcuchy,
       180 I ulecieli z pelejad gromadą.
I tylko po nas potok spadnie głuchy,
I błyszcząca się łez rzuci kaskadą.


IX.

Ach! najszczęśliwsi na ziemi nie wiedzą,
Gdzie duchy skrzydła na ramionach kładną,
       185 Gdzie jak łabędzie zadumane siedzą?
Ach! najciekawsi na świecie nie zgadną
W jakim szalecie żyłem z moja miłą;
I wiele nam róż do okien świéciło,
I wiele wiszeń na około rosło,
       190 Ile słowików na wiszniach się niosło;
Ile tam w każdą noc miesięczną, bladą,
Kłóteń słowików płaczących z kaskadą;
Ile trzód naszych szło na łąkach dzwonić...
Ach! tego nawet śpiącym nie odsłonić,
       195 Ani pokazać, ani zawrzéć w słowie...
Łąka i szalet i wisznie w parowie,
W takim parowie, że stróż anioł biały
Rozwijał skrzydła od skały do skały,
I nakrywał ten cały parów dziki,
       200 Szalet i róże i nas i słowiki.


X.

Lecz nadto było cyprysowéj woni,
I nadto barwy co się w różach płoni;
I chciała nas już miłość ująć zdradą —
Było to rankiem — pomnę — pod kaskadą —
       205 Byliśmy niczém niestrwożeni — sami —
Czytając xiążkę pełną łez, ze łzami.

W tém duch mi jakiś podszepnął do ucha,
Ażebym na nią z xiążki przeszedł okiem. —
Była jak anioł co myśli i słucha —
       210 I nagle — takim przejrzystym obłokiem
Rumieniec smutny twarz jéj umalował,
Że nie wiém dotąd jak się wszystko stało;
Alem ją w usta różane całował,
I czułem ją tu, na mych rękach, białą,
       215 Sercem bijącą, brylantową w oczach,
W tém nagle w jasnéj kaskady warkoczach
Coś pomięszało się i coś urzekło;
Wiatr na nas rzucił całe wodne piekło,
I z kwiatów spłoszył wilgotnemi mgłami. —
       220 Odtąd jużeśmy nie czytali sami.


XI.

Odtąd w uśmiéchach była dla mnie rzadsza,
Smutniejsza, cichsza i bielsza i bladsza.
W głębszych się coraz zanurzała cieniach,
A obrywała róże na strumieniach;
       225 Albo przy kaskad naciągniętéj lutni
Stawała słuchać tak jak ludzie smutni
Z twarzą spuszczoną; lub sama w ustroni
Ręce na białą zakładała szyję,
Jak ta co boi się, albo się broni.
       230 Lub jako gołąb co w strumieniu pije,
Do nieba jasnym wzlatywała okiem.
Już wolnym, sennym błąkała się krokiem,
I jaskółeczek utraciła zwinność,
I zadumała ją całą — niewinność.


XII.

       235

Widząc ją taką, chciałem bronić siebie,
I rzekłem: Luba! jak Bóg jest na niebie,
Z sercaś mi wszystko odpuścić powinna;
Lilija jedna wszystkiemu jest winna.
Otoś ty wczoraj w tém źródle co bije
       240 Na jasnéj łące, myła twarz i szyję;

A tam za tobą prosta, niedaleka,
Jak służebnica co z rąbkami czeka;
Lilija jedna cała jasna, w bieli,
Oczekiwała aż wyjdziesz z kąpieli.
       245 Widząc was obie takie białe, w parze,
Myślałem że śpiąc o aniołach marzę;
I drżéć zacząłem i zadrżałem wszystek,
I jeden tylko poruszyłem listek,
Ten listek, inne poruszył listeczki,
       250 I szmer się zrobił — ty wybiegłaś z rzeczki;
I takęś prędko uciekała zlękła,
Żeś łonem, kwiatu potrąciła pręty;
I lilijowa wnet łodyga pękła,
I kwiat z niéj upadł twoją piersią ścięty;
       255 A jam rozważać zaczął z twarzą bladą,
Jak ten kwiat kruchy, jak ty jesteś zwinna.
I oto dzisiaj, rankiem, pod kaskadą —
Nie jam był winien — lecz lilija winna.


XIII.

Płonęła wonna jak kadzidło mirry,
       260 I widać było że nie wiedząc płonie.
Głębszemi oczu stały się szafiry,
I prędsza fala białości na łonie,
I dziwnym ogniem rospalone skronie
Wczesne zwiędnienie dawały bławatkom,
       265 Ona z tych była, co się skarżą matkom,
I skarżyła się gwiazd cichéj gromadzie,
Gdy do snu xiężyc nie pełny się kładzie;
Gdy kwiaty szepcą miłośnie do ucha,
Co zamyślone, własnych myśli słucha.


XIV.

       270 Czy ty gdzieś teraz o miła: z rospaczą
Aniołom Boskim mówisz rozżalona?
Jak ci co mówią skarżąc się — i płaczą.
Że była burza gromami czerwona.

Że była grota posępna i ciemna,
       275 I grocie z kaskad kryształu zasłona;
Że była trwoga w ciemności tajemna,
Razem niepamięć jakaś Boskiéj kary;
I skarga smutna czystych Nimf, podziemna;
Że nas tam samych dzień odstąpił szary,
       280 I zastał z twarzą ognistą przy twarzy.
I ptasząt nas tak obudziły gwary.
Mówisz ty o tém? jak ta co się skarzy?
O! nie mów ty tak aniołom! niebieska!
Bo każda twoja brylantowa łezka,
       285 Jednemu będzie z tych jasnych pożarem.
Bo ja, ach gdybym był także aniołem,
Z rospromienioném na błękitach czołem;
I nieskończoność całą miał obszarem,
I mógł zarządzać gwiazdami wszystkiemi:
       290 Nie chciałbym gwiazdy niebieskiemi świecić,
Lecz tylko rzucić błękity i lecić,
I taką jak ty mieć moją — na ziemi.


XV.

Z groty ta piękna wyjść nie śmiała sama.
Słońca się może bała na lazurze,
       295 Że za promienne będzie i za duże,
Albo że będzie jako czarna plama.
Ale na niebie była z tęczy brama,
Na wypłakanéj rozwieszona chmurze.
Wyszła — I naprzód ją zdziwiły róże
       300 Że takie były jak wczoraj różowe.
Zerwała jedną i podniosła głowę,
I zadziwiła ją ta tęcza ranna,
Niebios błękitnych przezroczystość szklanna,
Krążek xiężyca tonący w błękicie.
       305 Zda się że nowe ją zdziwiło zycie,
Tak w ciszy czegoś słuchała, tak biegła;
Aż gdzieś w krysztale jeziora spostrzegła
Na licu swojém przezroczystszą białość,
Żywszy ust koral, i większą omdlałość,
       310 I uśmiéch pełny tęsknoty, i żałość.

Więc osłoniła się cała w warkoczu,
I więcéj na mnie nie podniosła oczu.


XVI.

Jest chwila gdy się ma xiężyc pokazać,
Kiedy się wszystkie słowiki uciszą,
       315 I wszystkie liście bez szelestu wiszą,
I ciszéj źródła po murawach dyszą;
Jakby ta gwiazda miała coś nakazać,
I o czém cichém pomówić ze światem,
Z każdym słowikiem, z listeczkiem i z kwiatem.
       320 Jest chwila, kiedy ze srebrzystą tęczą
Wychodzi blady pierścionek Dyany:
Wszystkie się wtenczas słowiki rozjęczą,
I wszystkie liście na drzewach zabrzęczą,
I wszystkie źródła jęk wydają szklanny;
       325 O takiéj chwili ach dwa serca płaczą,
Jeśli coś mają przebaczyć — przebaczą;
Jeżeli o czém zapomnieć — zapomną.
O takiéj chwili z moją panią skromną,
Jużeśmy siedli w naszych progach sielskich,
       330 Już rozmawiali o rzeczach anielskich.


XVII.

Jak śpiewający na niebie skowronek
Z gór słychać było pustelnika dzwonek.
Rzekła raz: chodźmy do staruszka celi,
Może rozgrzeszy, może rozweseli,
       335 Dłonie nam zwiąże i kochać ośmieli.
Tak mówiąc wbiegła do sosnowéj chaty,
Szybko zamknęła wszystkie okienice,
Ażeby na nią nie patrzały kwiaty;
I ustroiwszy się jak gór dziewice
       340 Wybiegła do mnie — myślałem że padnę!..
Ani jéj oczy kiedy takie ładne,
Ani jéj usta takie były świeże.
Motyla miała czarnego na głowie,
Ten alabastrów od smagłości strzeże;

       345 I przeświecony od słońca w półowie
Na czoło rzuca skrzydła cieniu duże;
A pod motylem pochowane róże,
Z pod czarnéj gazy patrzały ciekawe,
Napół zamknięte, świéże jeszcze łzawe:
       350 Wiedząc że zawsze strzegę serca strony,
Złośliwy motyl usiadł przechylony.
Myślałem że mu to skrzydło połamię...
Siadł i na lewe przechylił się ramię.
I któżby wierzył w przeczucia co straszą,
       355 Gdy wyobraźnia cała szczęściem dumna!
Gdym z góry spojrzał na dolinę naszą,
Szalet się oku wydawał jak trumna,
Maleńki, cichy, kiedym spójrzał z góry:
Nasz ogród z wiszeń jak cmentarz ponury;
       360 I niespokojne o nas gołębice,
I zadumane o nas w łąkach trzody;
Ziemia smutniejsza, błękitniejsze wody,
Zabite śmierci ćwiekiem okienice;
Wszystko zaczęło mię straszyć i smucić,
       365 Jakbyśmy nigdy nie mieli powrócić.
Szedłem posępny i drżący na góry...
Jeziora czarne, głazy, śniegi, chmury;
Girlandy z orłów na błękitnym lodzie,
Słońce czerwone jak krew o zachodzie,
       370 Dom pustelnika śniegiem przysypany,
I dwa ogromne na straży brytany,
Krzyżyk na celi gdzie siadały gile,
Cela, pustelnik stary, xięgi w pyle —
Wszystko to dzisiaj już podobne snowi...
       375 Pamiętam tylko że promień zachodu
Cały się na twarz rzucał Chrystusowi;
Kiedy na palec jéj zimny jak z lodu
Kładłem pierścionek. ............
............


XVIII.

Gaje! doliny! łąki i strumienie!
       380 O nie pytajcie wy mię smutne o nią.

Są łzy co mówić na zawsze zabronią.
A kiedy mówię, wpadam w zamyślenie;
I widzę jasne, błękitne spójrzenie,
Co się zaczyna nademną litować,
       385 I widzę usta co mię chcą całować,
I drżę — i znów mię ogarną płomienie.
I nie wiém gdzie iść? i gdzie oczy schować?
I gdzie łzy ukryć? i gdzie być samotny?
I staję blady i kreślę jéj rysy;
       390 Lub imie piszę na piasku wilgotnym;
Lub błądzę między róże i cyprysy,
Jak człowiek który skarb drogi postrada,
Zmysły utracił, i płacząc usiada
Tam kędy urny na grobowcach siedzą;
       395 Myśląc że groby o niéj co powiedzą.


XIX.

Jest pod mojemi oknami fontanna
Co wiecznie jęczy zapłakanym szumem;
Jest jedne drzewo, gdzie harfowym tłumem
Żyją słowiki: jedna szyba szklanna
       400 Gdzie co noc blada zaziera Dyanna,
I czoło moje smutnym blaskiem mami.
I tak mię budzą zalanego łzami,
Te drzewo, xiężyc ten, ta fontanna.
I wstaję blady, przez okno wyziéram
       405 Słuchając różnych płaczów na dolinie.
Słowiki jęczą i fontanna płynie,
Mówią mi o niéj — ja serce otwiéram
I o śmierć prędką modlę się z rospacza,
I schnę, i więdnę — i ach nie umieram...
       410 I co dnia budząc mnie fontanny płaczą.


XX.

Kiedy się myślą w przeszłości zagłębię,
Nie wiém jak sobie jéj postać malować?
Czy kiedy przyszła spiącego całować,
Jak z roztwartemi skrzydłami gołębie?

       415 Czy wtenczas kiedy uciekała trwożna?
Czy gdy na jedną ze mną xięgi kartę
Wbijała oczy błękitne, otwarte
Na każde moje spójrzenie ostrożna?
Czy kiedy wiejskim otoczona dworem
       420 Chodziła gdyby zaklęta królowa?
Czy kiedy cicho uśnie pod jaworem?
Czy kiedy goni? czy kiedy się chowa
W xiężyca blasku biała — lub wieczorem
Od Alp na śniegu różowych — różowa.


XXI.

       425 Skąd piérwsze gwiazdy na niebie zaświecą
Tam pójdę, aż za ciemnych skał krawędzie.
Spójrzę w lecące po niebie łabędzie,
I tam polecę, gdzie one polecą.
Bo i tu — i tam — za morzem — i wszędzie
       430 Gdzie tylko poszlę przed sobą myśl biedną,
Zawsze mi smutno, i wszędzie mi jedno;
I wszędzie mi źle — i wiem że źle będzie.
Więc już nie myślę teraz tylko o tém,
Gdzie wybrać miejsce na smutek łaskawe,
       435 Miejsce, gdzie żaden duch nie trąci lotem
O moje serce rozdarte i krwawe;
Miejsce gdzie xiężyc przyjdzie aż pod ławę
Idąc po fali... zaszeleści złotem,
I załoskocze tak dusze tajemnie;
       440 Że stęskni — ocknie się i wyjdzie ze mnie.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Słowacki.