Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T3.djvu/090

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Więc osłoniła się cała w warkoczu,
I więcéj na mnie nie podniosła oczu.


XVI.

Jest chwila gdy się ma xiężyc pokazać,
Kiedy się wszystkie słowiki uciszą,
       315 I wszystkie liście bez szelestu wiszą,
I ciszéj źródła po murawach dyszą;
Jakby ta gwiazda miała coś nakazać,
I o czém cichém pomówić ze światem,
Z każdym słowikiem, z listeczkiem i z kwiatem.
       320 Jest chwila, kiedy ze srebrzystą tęczą
Wychodzi blady pierścionek Dyany:
Wszystkie się wtenczas słowiki rozjęczą,
I wszystkie liście na drzewach zabrzęczą,
I wszystkie źródła jęk wydają szklanny;
       325 O takiéj chwili ach dwa serca płaczą,
Jeśli coś mają przebaczyć — przebaczą;
Jeżeli o czém zapomnieć — zapomną.
O takiéj chwili z moją panią skromną,
Jużeśmy siedli w naszych progach sielskich,
       330 Już rozmawiali o rzeczach anielskich.


XVII.

Jak śpiewający na niebie skowronek
Z gór słychać było pustelnika dzwonek.
Rrzekła raz: chodźmy do staruszka celi,
Może rozgrzeszy, może rozweseli,
       335 Dłonie nam zwiąże i kochać ośmieli.
Tak mówiąc wbiegła do sosnowéj chaty,
Szybko zamknęła wszystkie okienice,
Ażeby na nią nie patrzały kwiaty;
I ustroiwszy się jak gór dziewice
       340 Wybiegła do mnie — myślałem że padnę!..
Ani jéj oczy kiedy takie ładne,
Ani jéj usta takie były świeże.
Motyla miała czarnego na głowie,
Ten alabastrów od smagłości strzeże;