Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T3.djvu/091

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


       345 I przeświecony od słońca w półowie
Na czoło rzuca skrzydła cieniu duże;
A pod motylem pochowane róże,
Z pod czarnéj gazy patrzały ciekawe,
Napół zamknięte, świéże jeszcze łzawe:
       350 Wiedząc że zawsze strzegę serca strony,
Złośliwy motyl usiadł przechylony.
Myślałem że mu to skrzydło połamię...
Siadł i na lewe przechylił się ramię.
I któżby wierzył w przeczucia co straszą,
       355 Gdy wyobraźnia cała szczęściem dumna!
Gdym z góry spojrzał na dolinę naszą,
Szalet się oku wydawał jak trumna,
Maleńki, cichy, kiedym spójrzał z góry:
Nasz ogród z wiszeń jak cmentarz ponury;
       360 I niespokojne o nas gołębice,
I zadumane o nas w łąkach trzody;
Ziemia smutniejsza, błękitniejsze wody,
Zabite śmierci ćwiekiem okienice;
Wszystko zaczęło mię straszyć i smucić,
       365 Jakbyśmy nigdy nie mieli powrócić.
Szedłem posępny i drżący na góry...
Jeziora czarne, głazy, śniegi, chmury;
Girlandy z orłów na błękitnym lodzie,
Słońce czerwone jak krew o zachodzie,
       370 Dom pustelnika śniegiem przysypany,
I dwa ogromne na straży brytany,
Krzyżyk na celi gdzie siadały gile,
Cela, pustelnik stary, xięgi w pyle —
Wszystko to dzisiaj już podobne snowi...
       375 Pamiętam tylko że promień zachodu
Cały się na twarz rzucał Chrystusowi;
Kiedy na palec jéj zimny jak z lodu
Kładłem pierścionek. ............
............


XVIII.

Gaje! doliny! łąki i strumienie!
       380 O nie pytajcie wy mię smutne o nią.